Monthly Archives: Maj 2013

Deck, który zmienił wszystko

whipWpis trochę spóźniony, ale byłem zajęty różnymi sprawami, które nie wprowadzały mnie w nastrój do pisania. Niemniej jednak tradycji stało się zadość i krótka relacja z warszawskich zmagań ligowych ląduje na Waszych monitorach, podczas gdy ja już myślę o dzisiejszym turnieju.

Ostatnio dłużej grałem Imperium (chociaż w moim przypadku „dłużej” znaczy dwa turnieje) i chciałem odmiany. Do tego doszedł jeszcze brak czasu i weny na złożenie czegoś nowego oraz chęć zagrania najbardziej wykręconym, ale działającym deckiem of all times. Tak to właśnie podjąłem decyzję o zagraniu talią Metatrona z Mistrzostw Europy 2013. Dla tych, którzy o talii nie słyszeli, wklejam wątek z forum, w którym toczy się o niej dyskusja: http://whinvasion.pl/viewtopic.php?f=6&t=2801.

W ramach testów talią udało mi się zagrać tylko z Wysokimi Elfami Arhry i Krasnoludami Nibelunga. Przeciwnicy byli w tych pojedynkach bez szans, chyba że start był tak beznadziejny, że nic się nie dało urodzić (raz się tak zdarzyło na jakieś 4 gry). Po – krótkich, ale jednak – testach miałem ochotę zamienić jedną mapę na jedne snarsy. Jakoś nie widziałem tego tylko na dwóch kopiach tej karty. Wystosowałem nawet wiadomość do Metatrona, ale odpisał dopiero po turnieju odradzając mi zamianę. Dobrze się złożyło, bo nie zdecydowałem się w końcu na nią stwierdzając, że trzeba talię wypróbować w takim kształcie, w jakim została zaprezentowana na Assaulcie.

Runda I

Szycha CHA 1:1

Znowu popełniłem błąd polegający na graniu bezpośrednio przed turniejem, ponieważ jakoś to już tak się trafia, że gram w turnieju z osobą, z którą walczyłem przed. Tym samym Szycha był zapoznany z talią i już sobie wykoncypował, jak ją kontrować. W pierwszej grze bardzo skutecznie kontrował mi jednostkę na Heroic Tasku, a jak już wyszedł Ptasior było wChaosWarrior2 zasadzie po grze, jako że nie mam go jak ściągnąć. Poległem. Pomyślałem, świetnie się zaczyna, ale rozumiałem, że kontrolny Chaos jest bardzo trudnym pojedynkiem dla tej talii, więc bez załamki. W drugiej grze wszystko poszło już po mojej myśli i kradłem zasoby ile wlezie. Niestety, Chaos czasem potrafi poradzić sobie bez zasobów (Blod Summoning + Khorvak i ogień), więc nie obyło się bez ciśnienia, ale w końcu udało się przewinąć zapętlając mocno snarsy. W trzeciej grze Szycha nienajgorzej kontrolował, była walka i gdyby nie koniec czasu, przegrałbym. Zabrakło może dwóch tur, ale tak to już czasem bywa, że czasem czas nas denerwuje, a czasem ratuje (sentencja godna Paulo Coelho, ale co tam, zostawiam!).

Runda II

Mikals DWA 2:0

dwarfZ Krasnoludami nie spodziewałem się problemów. Złośliwość tej talii została zaprezentowana w pełnej krasie, kradzież zasobów od samego początku sprawiła, że Mikals nie był w stanie konkurować. Szybkie 2:0 i rozprawiamy o tym, jak przyjemnie jest na turniejach, popijając. Z tą grą wiąże się śmieszna anegdotka. Otóż miałem w ręce snarsy, mapę i trzy zasoby i zapragnąłem wykonać manewr dla lansu. Zagrałem snarsy (2 zasoby zostały) i myślę: „zagram mapę, z mapy Raiding Ships, z misji karta i za ostatni zasób snarsy”. Zagrywam mapę, wyciągam Raiding Ships i co? I potasuj talię. Wtasowałem sobie położone na wierzchu snarsy i tyle było lansu.

Runda III

Nilis EMP 0:2

Ha! Tu z kolei ja nie miałem NIC do powiedzenia. Nilis ostatnio miażdży niesamowicie i nie jest w stanie przebić się tylko przez Ostrego, który nie dość, że miażdży, to jeszcze wdeptuje w ziemię. Ale nie o tym miałem pisać. Nilis miał talię, która ma odpowiedź na bardzo wiele zagrań. W pierwszej grze miał tak świetną rękę, że (jak sam to ujął) od dobrania pierwszych siedmiu kart wiedział, że nie mam szans i była to prawda. Wioski rasowe, pantery, Rodryki, Wernerzy i Hemmlerzy śmigali, aż miło. Nie pomogły nawet kulty. Opiszę tylko jedną sytuację. Mam Crone z książką, kulty w pustym battlu przeciwnika, na ręce dwa Call of the Kraken i Korsarza. Przyznacie chyba, że dość bezpieczna sytuacja dla legendy, nie? (w tym momencie zatrzymajcie się i pomyślcie, jak Imperium jest w stanie ją zabić) Nilis udowodnił mi, że mogę się w tyłekemp pocałować z moją przemyślną obroną. Pod koniec mojej tury w battla na kulty leci Werner (ma na sobie jedno obrażenie, więc nadal jestem podwójnie spokojny mając Korsarza na ręku). Na początku swojej tury odpacza go na misji i ma trzy młotki. Wystawia co ma wystawić i atakuje Crone, ja rzucam wezwanie krakena, zrzucam drugie i wstawiam do obrony korsarza celując w Wernera. Werner obroniony dyscypliną. No nic, myślę, Korsarz i tak obroni legendę. Nie obronił, bo dostał pielgrzymkę i udał się do Lichenia pomyśleć o swoich grzechach związanych z targetowaniem imperialnych bohaterów. Tak oto zginęła Starucha i w mniej więcej tym stylu toczyła się cała rozgrywka. Pod kontrolę i dyktando Nilisa. Wspominałem, że miał jeszcze legendę? Miał jeszcze legendę.

Runda IV

Nibelung DWA 2:0

Cóż, turniej bez gry z Nibelungiem, to turniej stracony. Znowu padło na nas i przy jękach przeciwnika (który talię znał i spodziewał się, jak gra będzie wyglądać, zwłaszcza, że ja jego talię znałem na pamięć) siedliśmy do gry. W pierwszej partii wystawiłem Crone z Książką w pierwszej turze, co jest niesamowitym wyczynem. Do tego miałem zrzuconego infiltratora, więc Nibelung grał na jednym lub braku zasobów przez całą grę. Nie mogło się skończyć inaczej, niż zwycięstwem Mrocznych. W drugiej grze było trochę inaczej, ale znowu w pełni kontrolowałem stół przez zrzucenie szybko Serpenta i Duregana, których wskrzeszałem książką do swoich niecnych celów.

IMG-20130522-00522

Najlepsze w tym zdjęciu jest to, że nie zostało zrobione podczas turnieju, a po nim. Warszawa jest spragniona gry!

Turniej z bilansem 2-1-1 zakończyłem na 6 miejscu. Najbardziej ciekawe jest to, że miejsca od 2 do 7 miały dokładnie tyle samo punktów, więc zadecydowały małe punkciki. Tak zaciętego turnieju nie pamiętam, walka o każdy punkt i do samego końca sprawia, że do emocje ligowe nie opuszczą nas chyba do ostatniego turnieju. Osobiście walczę o utrzymanie miejsca w TOP8, co będzie dla mnie świetnym wynikiem ligowym i dobrą zapowiedzią na przyszłość.

Integracja po turnieju była jak zwykle przednia, ale o tyle nietypowa, że zaraz po ostatniej rundzie wszyscy zasiedli do kolejnych gier wyciągając swoje funowe talie. Od następnej ligi musimy zrobić 5 rund.

Dzięki wszystkim, którzy dopytywali, kiedy będzie następny wpis. Zainteresowanie motywuje do pisania, mam nadzieję, że i tym razem Was nie zawiodłem.

Reklamy
Categories: Chaos, Dark Elf, Imperium, Krasnoludy, Liga, Turnieje | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

Jedna devka

devkaDzisiaj  krótko, zwięźle i na temat. Jedna devka. Jedna devka to różnica między piątym, a dziesiątym miejscem na ostatnim turnieju w Warszawie. To różnica między zadowoleniem z pozycji, a złością na siebie i na przeciwnika.

Parę słów prawdy o grze turniejowej w moim wydaniu. Kiedyś o tym wspominałem, a dobitnie pisał o tym na blogu Wiśnia swego czasu. Na turnieju chcę wygrać. Każdy pojedynek traktuję ambicjonalnie, w każdy staram się włożyć maksimum serca i umysłu. Denerwuję się na magiczne dociągi przeciwnika i beznadziejne swoje. Cieszę się, gdy szczęśliwie sam wylosuję jakąś kartę (rzadkość, believe me). Oczywiście, pozwalam cofać, wracać, zmieniać i wybierać raz jeszcze, to jednak tylko zabawa. Ale na płaszczyźnie gry, jako rywalizacji intelektualnej między dwoma zawodnikami traktuję to śmiertelnie poważnie i boli mnie porażka. Taką już mam konstrukcję psychiczną. Na ostatnim turnieju niezmiernie się zdenerwowałem, ale o tym za chwilę.

Zdecydowałem się pójść tą samą talią, co tydzień temu, czyli kontrolne Imperium z Hemmlerem. Jedyną zmianą w stosunku do zeszłej środy było wyrzucenie jednego raidera i jednych Synów Monety, a dołożenie dwóch panter. Zmianę oceniam ogólnie pozytywnie, chociaż to jednak tylko kosmetyka. Talia działała sprawnie i przyjemnie, niemniej jednak jak zakopały się gdzieś Hemmlery, Elita, Rodryki i Kościółki, to ciśnienie się podnosiło.

Do gry usiadłem tak, jak żołnierz idzie na przysięgę. Ogolony, ostrzyżony, lekko podchmielony. W świetnym humorze, z krążącą we krwi jeżynówką, w miejscówce, która latem jest totalnie fenomenalna, a że szczęście nam dopisywało i znowu mieliśmy odrębną salkę dla siebie, to jeszcze do tego mega komfortowa. Żyć nie umierać.

Runda I Nibelung DWA 1:2

serpentPo pewnej przerwie program znowu sparował mnie i Nibelunga razem, co niegdyś czynił nader często. Z krasnoludami mam bardzo ciężko, ponieważ nie jestem w stanie kontrolować ich na całego, kiedy wyskakują kanonki i wrzucają wsparcia. Poza tym majlajfy i valaye to również upierdliwe gówienka. No i MVP krasnoludzkie przeciwko Imperium, czyli (werble) MASTER… RUUUUNE… OF SPIIIIIIIIIIIIIIITE! Tak… Wracając do rzeczy, małych przykurczów z górskich tuneli bałem się dość mocno. Obawa była uzasadniona, choć akurat Nibelung nie miał w talii Spite. Miał jednak Serpent Slayera i milion devek, czyli jak jebnie to zabije. Powiem krótko. Gry bez historii. Jak Serpent był, to było źle. Jak go nie było, to w zasadzie bez stresu. W ostatniej grze jak na złość nie mogłem się dokopać do niczego, co pozwoliłoby mi uchronić się przed atakiem za sto i przegrałem. Dodam, że dobrym pomysłem według mnie jest wrzucanie do Krasnoludów dyscypliny. Często ta jedna karta robi różnicę. W tym miejscu gratsy dla Nibelunga, który był tego dnia w dobrej formie i ugrał na turnieju siódme miejsce.

Runda II Bokalus DE 2:0

Tutaj moje zwycięstwo, choć w obu grach byłem szybszy zaledwie o jedną turę. Bokalus nie zawiódł i znowu przyszedł z bardzo ciekawym deckiem. Rafał dysponuje naprawdę rzadką i godną podziwu umiejętnością tworzenia dziwnych, ale skutecznych talii. Przegrana ze mną to tylko kwestia braku ogrania talią. Nie będę zdradzał jej szczegółów, bo może Bokalus doszlifuje ją do Bydgoszczy, ale powiem tylko, że nikt nie jest bezpieczny. Talia potrafi i palić i przewijać. Muszę dodać, że pierwszy raz widzę tak skuteczne połączenie tych dwóch pomysłów na grę. Niemniej jednak popełniane błędy sprawiły, że w obu grach udało mi się spalić przeciwnika i ugrać 2:0.

Runda III Mikals (DWA) 2:1

dead eyeTo mój drugi w życiu pojedynek z Mikalsem, który jest bardzo obiecującym nowym zawodnikiem na naszej scenie, choć na razie zbiera przysłowiowe bęcki, ale któż z nas przez to nie przechodził? Niemniej jednak zaczyna się odgryzać, urywać punkty i tylko czekać należy, aż zaskoczy i zajmie wysokie miejsce w turnieju. Znowu Krasnoludy, tylko że tym razem mój koszmar się spełnił. W grze, którą przegrałem dostałem Spite w momencie, gdy na stole miałem trzech Huntsmenów, dwóch Synów Monety oraz Hemmlera. Poddałem po tej akcji, bo w zasadzie szczyściła mi stół. Nice move, sir! W pozostałych dwóch udawało mi się kontrolować – choć nie bez trudności – to, co Mikals miał na stole i wygrać. Głównie skupiłem się na dociągu kart, co okazało się dość skuteczną taktyką (chyba zawsze jest skuteczna). Także drugie zwycięstwo i wysokie miejsce w turnieju jeszcze było w zasięgu ręki, gdyby nie…

Runda IV Dex (CHA) 1:2

… koszmar w starciu z Dexem. Pierwszą grę poddałem po 5 minutach. Jak ja Synów Montety, to Dex pieska. Jak ja panterę, to Dex pieska. Jak ja wsparcie, to Dex misja, Spawn i wsparcie. Trafił mnie szlag i poddałem. W drugiej kontrolowałem dociąg przeciwnikowi, a sam dokopywałem się mozolnie do dyscyplin i kościołów, które w grze z Chaosem są kluczowe. Kiedy już przygotowałem grunt pod ofensywę wystawiłem wojsko na czele z Hemmlerem i zacząłem palenie. Trzecia gra, to dramat w stylu meczu Borussi z Malagą. Od samego początku kontrolowałem Dexowi dociąg podnosząc mu każdą jednostkę, zamieniając w devkę każde wsparcie, trzymając go w zasadzie na pustym stole z jedną lub dwiema lojalkami. W międzyczasie zrobiłem sobie warunki ekonomiczne pod atak i wyprowadziłem armię. Spaliłem Dexowi jedną strefę i zacząłem palić drugą, cały czas kontrolując. Dex nie mógł w zasadzie robić nic poza kładzeniem devek. Z raz, czy dwa razy uderzył zadając mi 4 obrażenia w battla i dwa w quest. Ja miałem jedną devkę w battlu i dwie w misji. Niestety, jak na złość nie mogłem wylosować żadnego kościoła, a tylko tego mi brakowało, żebym spał spokojnie. Dex miał już jak wspomniałem jedną strefę spaloną, a w drugiej 9 obrażeń, ale dużo devek. Atakuję Hemmlerem, dostaję spaczenie, nie mam kościółka więc zgrzytam zębami i mówię „grasz”. Dex losuje kartę (miał jedną wioskę rasową, ale dostał Infiltrację), z uśmiechem na ustach kładzie Spawna i rzuca Unleasha. Mówię, spoko, ale nie masz tylu devek, bo jak poświęcisz w battlu to sam się spalisz. Zaczynamy liczyć. Dex potrzebuje zadać 13 obrażeń, żeby mu się udało. Miał 15 devek, udało mu się. Jedna devka.

IMG-20130515-00520Z wynikiem 2-0-2 zająłem 10 miejsce w turnieju. Byłem rozgoryczony, ale cóż, tak to już bywa. Niemniej jednak wynik ten, jak również nieobecność części graczy z TOP10 pozwoliło mi wskoczyć na 8 miejsce w tabeli generalnej. Teraz tylko trzeba pracować nad utrzymaniem pozycji, czyli Stand Your Groundem. W następnym turnieju nie będę już grał Imperium, poszukam zupełnie trzeciej drogi. Mam nadzieję, że – jak niegdyś z Wood Elfami – będzie to dobry wybór.

Miłego weekendu, szykuje się całkiem upalny!

Categories: Imperium, Krasnoludy, Liga, Turnieje, Uncategorized | Tagi: , , , | Dodaj komentarz

Enemy at the Gates, czyli jak to Imperium z Chaosem mężnie walczyło

Warhammer_Mark_of_Chaos_1Emocje ligowe powróciły. Za nami 6 kolejka warszawskiej ekstraklasy rozegrana po raz pierwszy na nowej miejscówce, czyli w lokalu Solec 44. Zawodnicy zebrali się w liczbie osiemnastu, by godnie reprezentować barwy wybranych przez siebie frakcji oraz by bawić się i radować naszym cotygodniowym świętem Wojennego Młotka.

Solec 44 otworzył przed nami gościnne podwoje – udostępniono nam salę, która była tylko dla nas, także idealnie na inaugurację. Szeroki wybór ciekawych piw i innych alkoholi, a także ciekawa, właściwa tylko dla tego miejsca kuchnia oraz imprezowa i bardzo przyjazna atmosfera lokalu sprawiły, że grało i biesiadowało się bardzo przyjemnie. Mam nadzieję, że przed nami jeszcze wiele świetnych turniejów w tym miejscu.

Obrodziło nam Chaosem, aż ośmiu graczy wybrało flirt ze spaczeniem i poprowadziło armie wojennych ogarów, horrorów, demonów i innych kreatur wprost z pustkowi, którymi rządzą Mroczni Bogowie. Na polu bitwy stanęły także siły dobra, w przeważającej mierze złożone z elitarnych żołnierzy imperialnych, lecz także z krasnoludzkich zabójców oraz dumnych synów Ulthuanu. Jedynym dowódcą floty czarnych arek był Selverin, co może dziwić, biorąc pod uwagę sukces Mrocznych Elfów na Mistrzostwach Europy. Na osiemnastu graczy nie było żadnych Orków! Powiem szczerze, jak dla mnie to właśnie świadczy o nieprzewidywalności warszawskiej sceny i sprawia, że turnieje są tak emocjonujące i ciekawe. Nigdy nie wiadomo, czego się spodziewać i jakie będzie meta danego turnieju.

empireJa zdecydowałem się zagrać w miarę standardowym Imperium. Ostatnio grałem dość dużo destro i mi się znudziło. Generalnie lubię świeżość, dlatego też często zmieniam frakcje, rzadko gram długo jedną. Może nie jest to najlepsze, bo nie znam często talii na pamięć, ale przynajmniej ciągle coś nowego się dzieje.

Talia na deckboxie: http://deckbox.org/sets/373902

Założenia, jakie mi przyświecały składając talię:

– zdecydowana większość kart ma być x3

– brak udziwnień, w  prostocie siła

– Rodryk do kontroli wsparć

– Osterknachci do kontroli jednostek

– Call for Reserves do używania dwóch powyższych jednostek ponownie w zależności od potrzeby

– Hemmler do palenia

– Werner na snotlingi i kulty oraz ewentualnie do obrony questa

– Chain Lightning na rushe, Chaos i Dreamery

– Temple of Verena do wykorzystania zasobów z raidera niewykorzystanych na taktyki

 cl

Talią grało się bardzo przyjemnie. Mimo prostoty konstrukcji daje duże możliwości i wymaga dokonywania wyborów. Jest upierdliwa dla przeciwnika, bardzo szybko potrafi zrobić dobrą ekonomię. W defensywie radzi sobie świetnie. Jedynym poważnym problemem, jaki zaobserwowałem i który muszę rozwiązać jest brak firepowera do mocnego uderzenia. Walnięcie w strefę za 8 jest dość ciężkie, wymaga posiadania przynajmniej 4 jednostek w battlu, w tym Hemmlera, który przy oporze ze strony przeciwnika rani całą eskadrę. Me no likey. Niemniej jednak przy wszystkich zaletach tej talii, ta drobna wada nie przeszkadzała bardzo w graniu, a osiągnięty przeze mnie wynik wskazuje, że jest całkiem niezła.

Runda 1 (EMP – CHA 1:2)

lordPierwsza gra i niestety porażka, chociaż po zaciętej walce. Na marginesie chciałbym dodać, że bardzo cieszy mnie fakt, iż jeśli przegrywam, to coraz rzadziej 0:2, także mało kto ma ze mną łatwe zwycięstwo. Tym razem również tak było. Wylosowałem Bokalusa, który grał Chaosem z combem na Lord of Change, Barbed Snares i Sacred Cauldron w pakiecie. W pierwszej grze walczyłem dzielnie, ale dość dobra kontrola ze strony przeciwnika oraz niewystarczająca ilość młotków w battlu sprawiła, że musiałem ustąpić pola. W drugiej grze to ja kontrolowałem i Pan Przemian został zdjęty w odpowiednim momencie przez Elitę Osterknachtu. W trzeciej grze najbardziej podczas całego turnieju odczułem brak wystarczającego uderzenia w ataku. Miałem w zasadzie wygraną grę, mnóstwo kart na ręce, dużo zasobów i nie miałem takiej ilości młotków, żeby spalić Bokalusa. W końcu niestety to on spalił mnie decydując się na konwencjonalny atak, a nie odpalanie comba. Zlekceważyłem potęgę Chaosu i dostałem Unleashem i pierwsza runda w plecy.

Runda 2 (EMP – CHA 2:0)

 sg

Druga runda i znowu Chaos, tym razem na Khorvaku i spaczonych jednostkach atakujących z boku. Dykta dokonał delikatnych zmian w talii, którą grał we Wrocławiu, ale główny zamysł był mi znany. W obu grach udawało mi się kontrolować Osterknachtami i Rodrykami oraz samemu bronić się przed kontrolą dzięki dyscyplinom i kościołom. Również w obu grach od początku udawało mi się zorganizować duży dociąg, dzięki czemu Hemmler był na posterunku bardzo szybko. A wiadomo, szybki Hemmler, szybki koniec.

Runda 3 (EMP – CHAOS 1:1)

kMaraton z Chaosem trwa, zupełnie, jakbym znowu był na Assaulcie, tylko zamiast ciągłego oglądania kanonek i tuneli, na stole roiło się od piesków i ptaszków. Boodzik również miał standardowy chaos ze spaczonymi jednostkami i Khorvakiem. Żaden z moich przeciwników nie używał ani Daemonsworda, ani dysków, co mnie zdziwiło, bo w tego typu talii zazwyczaj sprawdzają się wyśmienicie. Pierwszą grę graliśmy z Boodzikiem dość szybko. Mimo moich prób obrony i kontroli, Boodzik miał jednak w ręce więcej argumentów i wygrał. W drugiej grze to ja miałem inicjatywę i po położeniu trzeciego kościółka w Kingdom oraz Hemmlera w battlu Boodzik grę poddał. Na zagranie trzeciego starcia mieliśmy 30 minut i śmialiśmy się, że i trzy byśmy zdążyli zagrać. Wykrakaliśmy sobie, ostatni pojedynek trwał całe pół godziny, kontrola po obu stronach, cios za cios, oko za oko, ząb za ząb. W momencie, w którym skończył się czas Boodzikowi zabrakło prawdopodobnie jednej tury, żeby mnie spalić. Udało mi się uratować remis, choć było gorąco.

Runda 4 (EMP – HE 2:1)

W ostatniej rundzie totalna zmiana klimatu. Musiałem się przestawić mentalnie, bo na mageswojej drodze napotkałem atakującą z boku (dzięki Sally Forth) armię z Ulthuanu prowadzoną przez Starscreama. Ciekawa talia, w której pierwsze skrzypce odgrywała wymieniona wyżej taktyka oraz Dreamer i zapożyczony z Imperium Celestial Apprentice, który do czasu wyjścia kościółków był dość denerwujący. W pierwszej grze miałem fatalną rękę startową, a Starscream wyszedł szybko z Learned Mage x3 (!) oraz Celestiala i Dreamera. Dwa ataki i po zawodach. W drugiej grze również nie zapowiadało się dla mnie różowo, ale po początkowych problemach zacząłem odzyskiwać inicjatywę dzięki heroicznej obronie moich jednostek (bronili się dzielnie nawet Huntsmani). W pewnym momencie mieliśmy po jednej spalonej strefie i każdy z nas mógł w swojej turze skończyć potyczkę atakując, jeśli drugi nie postawi na obronę. Wtedy właśnie Starscream popełnił poważny błąd. Mając 4 zasoby położył na stole Dreamera z attachmentami dającymi celewytrzymałość, wyznaczył na atakującego, a potem zaczął zadawać rany Learned Magom, żeby ściągnąć mi jednostki z questa, w którego atakował. Zabił sobie wszystko, co było do zabicia w queście, ale zabił mi także wszystkich potencjalnych obrońców. Później zadał obrażenia Dreamerowi, wyleczył go i znowu zadał obrażenia, żeby ten zaatakował równo za 8, czyli tyle ile trzeba do spalenia. Nie wziął tylko pod uwagę, że mam zostawione dwa zasoby, a Chain Lightning ściąga jednostki za 3, a nie tylko te za 2. Dreamer poszedł do piachu, a w następnej turze Hemmler et consortes pokazali długouchym siłę Imperium. W trzeciej grze Starscream poszedł mocno w obronę, przez którą przebijałem się przez dobre 20 minut. Udało mi się na 13 sekund przed końcem. Uff… To był najtrudniejszy pojedynek tego dnia dla mnie, tym bardziej cieszy zwycięstwo.

Ogólnie turniej bardzo udany. Zająłem 5 miejsce, co w Warszawie cieszy. Dalej przebijam się w tabeli ligowej do TOP10, jeśli utrzymam formę to nawet TOP8 jest realne, chociaż poziom jest wysoki, a gracze tacy jak Wosho, Selverin, Ostry, Awojdi, Wiśnia, Carnage, Bokalus czy Nilis (ostatnio w wyśmienitej formie, o czym świadczy choćby zwycięstwo w opisywanym turnieju) to bardzo trudni i wymagający rywale, dlatego też co tydzień jest bardzo ciężko. Ale walka trwa.

Categories: Chaos, HE, Imperium, Liga, Turnieje | Tagi: , , , , | 1 komentarz

Call the Banners – Wspomnienie Mistrzostw Europy 2013

IMG-20130427-00452Kurz bitewny opadł, bohaterowie powrócili do swych grodów z nowymi ranami odniesionymi w boju i nowymi historiami do opowiadania przy garnuszku rozgrzewającego trunku, Wrocław został zdobyty a emocje po tygodniu są już mniejsze (chociaż na forum wybuchła dziś na chwilę Fotogate, zanim odkurzacz Virgo wessał ją w otchłań niebytu). Jest to zatem najlepszy czas na podsumowanie Mistrzostw Europy, które już od tygodnia są miłym wspomnieniem.

The Day Before

Do Wrocławia przyjechałem, tak jak wielu graczy, dzień wcześniej. Stwierdziłem, że wolę być wyspany przed całym dniem gry i całą nocą integracji i był to strzał w dziesiątkę. Muszę przyznać – choć może wyjdę na kompletnego geeka – że jadąc odczuwałem już klimat turnieju. Wyobrażałem sobie graczy, którzy niczym wojska pod flagami różnych miast przemierzają krainę by następnego dnia oblegać Wrocław. Widziałem oczami wyobraźni stężałe twarze śmiałków, którzy w zacinającym deszczu na koniach pędzą przez stepy, pola, drogi i doliny po sławę i chwałę, która nie przemija nigdy. Ok, poniosło mnie, ale cóż – był to mój pierwszy tak duży turniej, a że jestem mocno w klimacie fantasy od dziecka to i efekty są takie, jakie są.

Po ulokowaniu się w hotelu odbyłem telekonferencję z częścią warszawskiej ekipy, która również docierała już do miastaIMG-20130426-00444 stu mostów. Umówiliśmy się na Rynku, gdzie w malowniczym sąsiedztwie McDonalds’a i klubu Go-Go znajdował się hostel chłopaków. Posililiśmy się potężnymi porcjami bardzo dobrych pierogów w pierogarni naprzeciw Ratusza i wypiliśmy świetne piwko w browarze Spiż (pierwszy raz w życiu piłem czekoladowe piwo – pycha!).

Potem nadszedł czas na ostateczne testy, które ja skończyłem ok. 22, ale chłopaki walczyli do późnych godzin nocnych (wczesnych rannych). Może trzeba było z nimi zostać, bo Awojdi, Ostry i Wiśnia zaliczyli odpowiednio czwarte, ósme i jedenaste miejsce. Ja jednak zdecydowałem się wyspać i nie żałuję tej decyzji. Podczas testów najmniejsze problemy dla mojej spaczonej talii sprawiło Imperium (o dziwo!), a największe Orki (tu akurat nie ma nic dziwnego, Wurrzag imba!!11oneone). Nie wiedziałem jeszcze, że następnego dnia na armie Cesarza Karla-Franza nie trafię wcale, a Orcza Horda stanie na mojej drodze zaledwie w dwóch z siedmiu gier.

Organizacja

Ogromne podziękowania i propsy dla organizatorów. Zorganizowanie imprezy tego formatu, przy tak dużej ilości uczestników jest nie lada wyzwaniem logistycznym. Ale podołaliście w pełni, gratulacje, chapeu bas! Bardzo dobrze sprawił się również program autorstwa Morphine, który to program z tego co widziałem nie sprawił najmniejszych problemów i nie wykrzaczył się pomimo ponad setki graczy. Nagrody również były świetne, nikt nie wyjechał z Wrocławia z pustymi rękami, a ilość gier i książek była naprawdę imponująca. Szkoda tylko, że FFG tak słabo wsparła Mistrzostwa Europy gadżetami typu maty i stolice. Ale nic to, nie narzekam, za turniej skończony w tabeli dalej niż bliżej zgarnąłem stylową Wolę Elektorów z alternatywnym artem oraz poziomą stolicę (świetny pomysł!).

dungeonŁyżką dziegciu w tej beczce miodu niech będzie sufit, oświetlenie i gulasz. Ogólnie miejscówka była świetna – podziemia zamku tworzyły bardzo fajny klimat, super pomysłem była możliwość zakupienia napojów na miejscu oraz możliwość pozostania w zamku na integrację w czysto inwazyjnym gronie. Minusem było kapanie z sufitu, co rozumiem, biorąc pod uwagę taką ilość ludzi i wilgotność w podziemiach zamkowych. Niemniej jednak było to nieprzyjemne, zwłaszcza że wystarczy odrobina wiedzy z fizyki, żeby wiedzieć, co kapało. Jeśli chodzi o oświetlenie, to problem był w tej części sali, w której grałem przez większość czasu. Tu niestety nie dało się chyba nic zrobić, trzeba było wczuć się w klimat dungeonu i walczyć dzielnie z przeciwnikiem i ciemnością. Temat gulaszu miał zostać poruszony w oddzielnym wątku na forum, ale został odpuszczony. Może to i dobrze, nie ma co wylewać łez. Mam jednak nauczkę na przyszłość, że najlepiej jednak organizować się samemu, zwłaszcza z prowiantem. W końcu gulasz zjadłem, rzeczywiście było w nim dużo mięska, jak obiecywał Przemo, ale nie powalił mnie na kolana. Niewątpliwą jego zaletą było jeszcze większe pogłębienie klimatu, w końcu to taką strawą mogli raczyć się dzielni woje w karczmach i zajazdach przemierzając drogi w poszukiwaniu przygód.

Integracja

DSC_0577

Pamparampampam! Tak się bawi Wasz oddany bloger:)
Autor zdjęcia: Joanna „mer” Mida.

Cud, miód, malina. Choć raczej powinienem powiedzieć „cud, spirytus i Nestea”. Żeby być w zgodzie z prawdą, powinienem napisać, że integrację zacząłem już od 9 rano, kiedy to otworzyłem pierwszą puszkę Jacka Danielsa z Colą i zacząłem rozmawiać z ekipą, która również właśnie dotarła na pole bitwy. Cały dzień raczyłem się różnorakimi trunkami i rozmawiałem z całą masą ludzi. Dla mnie to właśnie było najważniejszą częścią turnieju – poznanie ludzi z innych miast, porozmawianie z osobami, które znałem tylko z forum i rozpoznawałem tylko z avatarów. Nawet wypiłem małe piwo, na które skusiła mnie śliczna barmanka, będąca niewątpliwie jedną z największych ozdób turnieju.

Zamieniłem także parę słów z naszymi gośćmi zza granicy. Koledzy z Włoch byli bardzo mili, mają ciekawy i odmienny od naszego pogląd na Inwazję (w prostocie siła). Zechcieli wypić z nami nawet domowej roboty spirytusik, także komitywa na sto procent. Ekipa z Niemiec również bardzo rozmowna i kulturalna. Poznałem na żywo kolegów, z którymi grywam na OCTGN. Z rozmową z jednym z nich wiąże się anegdota. Otóż stałem sobie i obserwowałem grę Makabrysia, który naIMG-20130427-00460 środku swojej stolicy miał karteczkę z napisem “na początku tury strzelać, kurwa!!!”, która to karteczka była przypomnieniem o akcji Duregana Thorgrimsona. W pewnym momencie podszedł do mnie aktualny wicemistrz świata w Inwazję, czyli Franke Oliver z Niemiec, i zapytał po angielsku, czy Makabrysio gra na sproksowanej legendzie. Odpowiedziałem mu, że nie i wytłumaczyłem co jest napisane na kartce. Jednak jak doszedłem do słowa kurwa, to nie wiedzieć czemu przetłumaczyłem to jako “god damn it”. Chciałem chyba zachować poziom w kontaktach międzynarodowych i bezę zjadłem łyżeczką. Później czułem się jak lektor w filmie, który tłumaczy “fuck” na “kurczę”, “kurna”, lub “motyla noga”. Nic to, najważniejsze, że Makabrysio pamiętał o strzelaniu. Ja muszę następnym razem zrobić sobie taką karteczkę z napisem “połóż devkę zanim zaatakujesz, god damn it!”.

DSC_0431

Autor zdjęcia: Joanna „mer” Mida.

Dobrym pomysłem, który również przyczynił się do głębszej integracji było wspólne oglądanie finału na rzutniku. Jasne, jakość mogła być lepsza. Jasne, komentarz mógł być od samego początku. Niemniej jednak super, że organizatorzy poszli z duchem czasu i na chwilę podziemia zamku zamieniły się w mini salę projekcyjną. Bardzo przyjemnie było oglądać ten pojedynek popijając sobie z Makabrysiem i komentując zagrania.IMG-20130428-00502

Podczas wieczornej imprezy integracyjnej odbyły się kalambury, będące konkursem znajomości kart. Juri i Czarny mieli wspaniały pomysł i mam nadzieję, że zabawa ta na stałe wpisze się w tradycję turniejów regionalnych. Walka była zacięta, a zabawa przednia. Zająłem drugie miejsce ustępując nieznacznie Virgo, z którym szliśmy łeb w łeb. Dzięki temu zwiększyłem ilość spoilsów, bowiem zgarnąłem dodatkową poziomą stolicę (neutralną!!!) oraz kufel z wygrawerowanym logiem Mistrzostw Europy w Inwazję. Bardzo przyjemna nagroda i cenna pamiątka z wyjazdu.

IMG-20130428-00500O reszcie nie będę się rozwodził. Dodam tylko, że w trakcie rozdania nagród miało miejsce wręczenie nagrody za zwycięstwo w konkursie „Najprzystojniejszy gracz z młotkiem w…”. Nagrodę Darkerowi wręczył organizator konkursu – Makabrysio, a potem nastąpiły oględziny dowodu Darkera, żeby każdy mógł zrozumieć, że zwycięstwo było zasłużone. Na imprezie poturniejowej bawiłem się do 5 rano w doborowym towarzystwie, odbyłem wiele ciekawych rozmów o Inwazji i nie tylko, skosztowałem wielu lokalnych napitków wytoczonych z piwniczek przez graczy z różnych części Polski specjalnie na tę okazję. Słowem: “i ja też tam byłem, miód i wino piłem”.

W tym miejscu chciałbym serdecznie podziękować całej ekipie warszawskiej za trzymanie się razem i wsparcie w trakcie turnieju oraz integrację (z tymi ludźmi nie da się źle bawić!), Virgo za klimatyczną walkę w kalamburach oraz Tobiaco, Tobolowi, Michnikowi, Arcziemu, Stachowi, Radanerowi, Rodzynowi, Alanowi, a także wszystkim innym, z którymi udało mi się wypić i pogadać w zajebiście pozytywnej atmosferze. Obyśmy mogli to powtórzyć w Bydgoszczy.

The Game, czyli krew, pot, łzy i piur skil

Przejdźmy zatem do samego turnieju, czyli walce o zdobycie tytułu Mistrza Europy. Po wielu tygodniach poszukiwania talii i zastanawiania się, z jakim orężem najlepiej stanąć na ubitej ziemi wybrałem Chaos. Podczas przygotowań rozważałem grę Wood Elfami na maksymalnej kontroli devek i Verenie (nie byłby to chyba najlepszy pomysł, biorąc pod uwagę z iloma krasnoludami przyszło mi się zmierzyć), Dark Elfami na maksymalnej kontroli ręki i zadawaniu obrażeń za zrzucanie kart przez przeciwnika (chyba jednak zbyt losowe, choć fun był), Orkami na Gorbadzie (dzięki Wam, o Mroczni Bogowie, że odwiedliście mnie od tego!). Jednak w zasadzie w ostatniej chwili, na kilka dni przed turniejem wybrałem Chaos na Khorvaku i spaczonych jednostkach. Podobną talią wygrałem kiedyś turniej w Warszawie i byłem 10 w turnieju na OCTGN, miałem ją ograną i znałem na wylot, toteż stwierdziłem, że będzie najbardziej odpowiednia na mój pierwszy duży turniej.

Khorvak Rush-Control

Jednostki – 22

3 x Daemon Princekhorvakblood
2 x Fledgling Chaos Spawn
3 x Blue Horrors
3 x Pink Horrors
2 x Savage Gors
3 x Warhounds
3 x Sorcerer of Tzeentch
3 x Khorvak Grimbreath

Taktyki – 13

2 x Blood Summoning
2 x Long Winter
3 x Seduced by Darknessunleashdaemon
3 x Warpstone Experiments
1 x Plague Bomb
2 x Unleashing the Spell

Misje – 3

3 x Raiding Camps

Wsparcia – 15

2 x Disc of Tzeentchcamps
3 x Northern Wastes
3 x Rift of Battle
2 x Daemonsword
2 x Den of Iniquity
3 x Desacrated Temple

Z perspektywy czasu widzę, że w talii były dwa zasadnicze błędy i kilka mniejszych. Po pierwsze, Savage Gors wrzucone pod wpływem rozmowy z Arhrą nie wypaliły kompletnie. Talia w ataku ma wystarczającego powera bez nich, a poza battlem są w zasadzie bezużyteczni. Już lepiej było za nich dać trzeciego Spawna pod eksperymenty lub do questowania i poświęcania, albo nawet 1 Bloodthirstera, który by wyszedł z Blood Summoning. Po drugie, Long Wintery, jakkolwiek świetne, to w tej talii szły najczęściej w devkę. Kontrolę rozwinięć, jeśli jej potrzebowałem, dawała mi Desacrated Temple i poświęcanie jednostkek na Daemon Prince’a. Lepiej sprawdziłby się trzeci Blood Summoning i druga Bomba. Jeśli chodzi o mniejsze błędy, to opiszę je przy okazji poszczególnych gier.

IMG-20130427-00469Pomimo błędów, deckiem grało się bardzo przyjemnie, dzięki Raiding Campsom i kontroli jednostek często zostawiałem przeciwnika na początku z pustym stołem, sam mając moc młotków w queście. Khorvak za każdym razem wychodził za darmo z Blood Summoning i od razu atakowałem za 4-5, a czasem 8 młotków (jeśli był mieczor), co sprawiało, że inicjatywa szybko była po mojej stronie. I to właśnie ciekawe opcje kontroli, szybkość i przejmowanie inicjatywy, a także finiszer w postaci Unleashing the Spell były filarami tej talii. Z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że gdyby nie popełnione błędy i stres związany z brakiem doświadczenia w grze w tak dużym turnieju, to TOP20 wcale nie było nieosiągalne.

Pokrótce o pojedynkach, jakie przyszło mi stoczyć.

Runda 1
Szeryf (DWA) 2:1

my lifePrzed pierwszym pojedynkiem trochę trzęsły mi się ręce, ale starałem się nie dać po sobie znać. Pokerowe doświadczenie procentowało i trzymałem nerwy na wodzy. Kolega grał standardowymi krasnoludami, nie zauważyłem większych niespodzianek. Z mojej strony kontrola była dość skuteczna, ponieważ Szeryf nie opierał się na odporności, dzięki czemu i pieski i ptasior mogły spokojnie zadawać obrażenia jednostkom. Generalnie skończyłbym w miarę szybkim 2:0 gdyby nie dwie karty, które w każdej grze z krasnoludami tamtego dnia podnosiły mi ciśnienie oraz przez które nie zająłem lepszego miejsca w turnieju – My Life for the Hold i Master Rune of Spite. Pominę już fakt, że wydawało mi się, iż ZAWSZE na pierwszej ręce moi oponenci je mieli. Najważniejsze jest to, że utrudniało mi to niemiłosiernie grę. Jeśli chodzi o majlajfa, to rozważałem przed turniejem włożenie do talii Mob Up x 2 i byłaby to dobra opcja, biorąc pod uwagę, że głównie grałem z kraśkami. Któż jednak mógł wiedzieć. Na runę nic nie poradzę, Daemon Princy schodzą od niej z miejsca, wszystko z mieczykiem w zasadzie także. Mimo wszystko ilość majlajfów jest ograniczona, a runy były zazwyczaj techem w liczbie 1 lub 2, toteż po ciężkim boju udało mi się triumfować w pierwszej grze 2:1. W tym miejscu chciałbym poruszyć jedną, niemiłą kwestię. Otóż kolega Szeryf, który sam popełniał często błędy, wykonując pewne akcje nie w odpowiednim momencie nie pozwolił mi położyć devki po powiedzeniu słowa “atakuję”. Każdy, kto mnie zna wie, że ja zawsze pozwalam wszystko położyć i cofnąć – to tylko zabawa i nie należy się tak spinać. Ale sytuacja, w której ja ani razu nie zwróciłem przeciwnikowi uwagi, a on nie pozwolił mi raz (bo tylko raz popełniłem ten błąd w tej grze) czegoś zrobić zepsuła mi atmosferę pierwszej rozgrywki. Widać kolega liczył na poważne sukcesy tego dnia, bo liczyło się dla niego każde obrażenie. Cóż, tę grę i tak przegrał. Ja za to dostałem lekcję, że niektóre gry są mniej fun, a bardziej o punkty.

Runda 2
Angian (DE) 2:0

Jak dowiedziałem się, że gram przeciwko Dark Elfom, delikatnie się zasmuciłem. Ciągnę zazwyczaj bardzo dużo kart ze blackwzględu na atakowanie jednostkami z boku i użycie mieczyka, dlatego też przewijarki mają ze mną łatwiej. Podczas gry jednak przypomniałem sobie, że Mroczne Elfy mają z kolei problem z Chaosem – słabą obronę i taką sobie ekonomię. Z Angianem grało się bardzo przyjemnie i miło, jest to mega pozytywny człowiek. Miał ciekawą talię, w której gościli Black Guards i nowy raider za 4. Do tego Crone i przewijanie nagle przyspiesza dość mocno. W pierwszej grze wyżej wspomniane trio pojawiło się szybko na stole i zacząłem walkę z czasem. Angian kładł devki, co nie jest częstym widokiem na stolicy Mrocznych, ale w grze ze mną było niezbędne – widać doświadczenie przeciwnika. Zdążyłem jednak wygrać ten wyścig z czasem i w ostatniej turze (w następnej bym się przewinął, bo zostały mi chyba z 3 karty w decku) udało mi się położyć po 8 obrażeń w dwóch strefach i ściągnąć devki Zbezczeszczoną Świątynią poświęcając jednostki na Księcia Demonów. W drugiej grze Angian miał po prostu pecha. W swojej pierwszej turze położył tylko Hekartii, a to, co położył w drugiej ściągnąłem mu z Raiding Campsów i pieska. Po kilku turach z pustym stołem stwierdził, że nie ma sensu dalej przeciągać i poddał grę. Podziękowaliśmy sobie za pierwszą, ciekawą partię i odszedłem od stolika z drugim zwycięstwem na koncie i nadzieją, że ten dzień może przybrać dla mnie bardzo pozytywny obrót.

Runda 3
Argoth (DWA) 1:2

Niestety, pierwsza porażka, po koszmarnym błędzie, którego nie zapomnę bardzo długo, a może nigdy, i który mocno wybił mnie z rytmu na resztę dnia. Najpierw chciałbym podkreślić, że gra z Argothem była czystą przyjemnością. Jest to bardzo miły i kulturalny człowiek – oby więcej takich graczy. Dodatkowo, warto wspomnieć, że Argoth jest organizatorem międzynarodowego turnieju na OCTGN, który był świetnie przygotowany – tym milej było mi poznać i zagrać z nim. W pierwszej grze bardzo szybko skontrolowałem stół i dość gładko spaliłem krasnoludzką stolicę. Powiem szczerze, że grałem jak na skrzydłach. Nagle jednak doszło do katastrofy. W drugiej grze wymienialiśmy z Argothem ciosy – obrażenie za obrażenie. W pewnym momencie sytuacja wyglądała następująco. Moja tura. Przeciwnik ma w Kingdomie 7 facepalmobrażeń i chyba żadnej devki, pozostałe strefy czyste, w queście żadnych jednostek i żadnych devek, dwa supporty, jeśli dobrze pamiętam. Ja mam 4 zasoby, Unleashing the Spell, z 6 devek, jedną spaloną strefę i jestem w stanie zaatakować Daemon Princem, Khorvakiem i dwoma horrorami (jeden z dyskiem) za 8. Argoth ma 3 karty na ręce i się uśmiecha. Myślę sobie, ma majlajfa (mimo, że jeden już poszedł wcześniej). Sam sobie wkręciłem tego majlajfa tak, że zaślepiło mnie to maksymalnie. Do tego stopnia, że zamiast zaatakować i rzucić Unleashing to ja zacząłem coś kombinować ze zdejmowaniem mu supportów z questa, żeby nie losował kart i nie wystawiał jednostek do battla. Dziś jak na to parzę, to zastanawiam się jak mogłem popełnić taki błąd. Przecież wiedziałem że tym co ma na stole + jedną jedyną dodatkową jednostką w następnej turze mnie spali, więc na co czekałem? Przecież wiedziałem, że jeśli ma majlajfa, to nieważne w której turze go rzuci – czy w tej, czy w następnej. Zamroczyło mnie, spaliłem się psychicznie, sam nie wiem. Nie zaatakowałem, Argoth w następnej turze mnie spalił. Jak przygotowywaliśmy się do trzeciej gry to powiedział, że uśmiechał się, bo wiedział, że przegra jak mam Unleasha i nawet już przełożył karty do lewej ręki, żeby mi prawą podać. Ten błąd kosztował mnie nie tylko tę partię, ale również następną. Niewykorzystane sytuacje się mszczą i ta zemściła się na mnie okrutnie. Trzeci pojedynek oczywiście przegrałem i zamiast stanu 3-0-0 i pewnego podejścia do kolejnej gry miałem 2-0-1 i byłem niesamowicie na siebie zły. Niemniej jednak grało się, tak jak już napisałem, super i dostałem w tym pojedynku solidną lekcję.

Runda 4
Tobiaco (DWA) 2:1

Maraton z Krasnoludami trwał nadal. Powiem szczerze, że niewiele mogę o tej grze napisać, poza tym, że nie różniła się od innych za bardzo. Z tego co pamiętam, Tobiaco miał mnie majlajfów niż pozostali rywale. Pamiętam, że w ostatniej grze Tobiaco mógł stallować i ugrać remis, ale nie zrobił tego tylko walczył do końca, za co szacunek. Mój rywal okazał się bardzo miłym i zabawnym człowiekiem, z którym przyszło mi tego dnia wieczorem porozmawiać dość długo i wypić parę kubeczków. Zwycięstwo w tej grze dawało mi nawet szansę walki o topkę, toteż ze zniecierpliwieniem oczekiwałem paringu następnej tury.

Runda 5
Awojdi (ORC) 0:2

wurrzagDla odmiany trafiłem na Orki. Nie byłem z tego bardzo zadowolony, bo to dla mnie najtrudniejszy matchup. Dodatkowo, trafiłem na kolegę z Warszawy, który jest jednym z najlepszych graczy w Inwazję w Polsce i w Europie, co zresztą potwierdził zajmując czwarte miejsce w turnieju. Awojdi kontrolował mnie od początku. Niestety, nie zdążyłem zabić jego Wurrzaga, który rzygnął i sprowadził mnie do parteru, albo nawet piwnicy i tam trzymał, bił, przypalał i ogólnie katował. Pierwszą grę szybko poddałem. W drugiej historia się powtórzyła. Po prostu nie miałem szans. Nie z tą talią, nie z tym graczem. Stwierdziliśmy z Awojdim, że skoro mamy tyle czasu (gra trwała z 15 minut) to idziemy na gulasz. Cóż, jak już wiecie, gulaszu się nie doczekaliśmy. Spędziliśmy za to miło czas przy barze oraz kibicując innym reprezentantom stolicy

Runda 6
Cosa (DWA) 1:2

Po przerwie dla odmiany… Krasnoludy! Cosa był bardzo dokładny w tasowaniu i przekładaniu mojej talii, widać było, że serio traktuje turniej. Teoretycznie, zwycięzca naszego pojedynku po wygraniu również następnego miał nadal szansę na topkę, toteż częściowo rozumiem podejście. Ja grałem nadal bez spiny, chociaż cały czas miałem w głowie porażkę z Argothem i alergicznie reagowałem na każdego majlajfa u przeciwnika. Pierwszą grę przegrałem – nie podeszło mi nic, czym mogłem szybko zaatakować, a powolna rozbudowa przeciwko krasnoludom zazwyczaj oznacza śmierć. Powalczyłem jednak chwilę, ale musiałem ustąpić pod naporem górskich wojowników. W drugiej turze znowu wyrównana walka, ale obliczony na styk Unleashing pozwolił mi doprowadzić do remisu. Zostało nam kilka minut toteż bez zbędnej zwłoki przystąpiliśmy do decydującego pojedynku. Po dobraniu kart miałem na ręku średni start, mogłem wystawić tylko Desacrated Temple i Rift of Battle. Wziąłem mulligana. Popatrzyłem, zapłakałem. 1 x Unleashing, 3 x Seduced, 1 x Bomba, 1 x Den, 1 x Rift. Przeciwnik zaczyna, ja dobieram kartę – drugi Unleashing. Dziękuję, dobranoc, popij wodą.

Runda 7
Niestety, nie pamiętam (Karol?) (ORC) 1:2

Gra totalnie o pietruszkę, kolega na forum chyba nie bywa, ogólnie nie był mi znany. Przepraszam, ale nie zapamiętałem owpksywki, głupio mi. Przeciwnik nie grał na Wurrzagu (chociaż jak się później okazało miał go w talii). W obu wygranych grach miał niestety na ręce startowej Mustera, co go boostowało mocno ekonomicznie, a wiadomo – za 5 zasobów to Orki mogą już całkiem sporo. Dodatkowo, Orc Warning Post sprawiało, że do ataku musiałem poświęcać devki, tak bardzo mi potrzebne na Unleashing. Pierwszą partię po walce przegrałem, w drugiej to ja byłem górą kontrolując niemiłosiernie. Trzecia partia rozegrała się praktycznie w pierwszej turze. Ja zaczynam, ręka startowa marzenie. Horrory różowe i niebieskie w liczbie hurtowej (4!), Daemon Prince, elegancja francja. Wykładam więc całe tałatajstwo, nawet sobie ładnie dzielę, że jeden w Kingdom dla kasy, trzy w Quest, wszystko gra i buczy. Jeszcze Daemon do battla, devka, grasz. Przeciwnik: muster, rzyg. Zostałem z jedną kartą na ręce i w ten właśnie sposób zakończyłem turniej. Otworzyłem Jacka z Colą świętując awans do highlandera i podałem mojemu przeciwnikowi rękę gratulując zwycięstwa.

Zakończyłem turniej na 59 miejscu ze statystykami: 3 – 0 – 4. Czy jestem zadowolony? I tak i nie. Jadąc na Mistrzostwa każdy marzy o zwycięstwie. Ale patrząc realnie nie chciałem zająć jednego z ostatnich miejsc. To był plan minimum. Planem średnim było miejsce w środku tabeli i to udało się zrealizować. Plan maksimum miałem TOP30 i powiem szczerze – spokojnie było wykonalne. Dlaczego zatem się nie udało. W zasadzie wszystkie przyczyny już podałem w opisie poszczególnych pojedynków. Zabrakło trochę doświadczenia i trochę szczęścia. Mogło być lepiej, ale, jak się mawiało w dzieciństwie, pierwsze śliwki robaczywki. Chciałbym podziękować wszystkim moim przeciwnikom za grę i walkę w każdym pojedynku. Mam nadzieję, że jeszcze uda się kiedyś pograć i być może wyrównać porachunki.

Podsumowanie

SONY DSCTak właśnie doszliśmy do końca relacji z turnieju. W highlanderze byłem gdzieś w końcówce ambitnie wybierając Dark Elfy (chociaż Bokalus zajął ex aequo pierwsze miejsce również Mrocznymi – gratsy!). Spoczko się grało, były to moje pierwsze w życiu gry w tym formacie. Drugiego dnia nie miałem siły po melanżu zwlec się z łóżka i dotrzeć na drużynówkę, toteż wyspałem się i wyruszyłem w podróż powrotną z głową pełną wspomnień.

W tym miejscu chciałem jeszcze napisać, że podziwiam Metatrona. Grałem wczoraj jego talią i muszę powiedzieć, że stopień zaawansowania i możliwości, jakie daje ten deck są niesamowite. Granie tym cały dzień na pełnym skupieniu również zasługuje na szacunek.

Gratuluję serdecznie Radanerowi za zdobycie Mistrzostwa Europy (to musi być cudowne uczucie!) oraz całej topce. Szczególnie gratuluję Woshowi, Awojdiemu, Ostremu oraz Wiśni. Pokazaliście klasę zapewniając Warszawie aż cztery miejsca w TOP16. Europejski poziom.

Na sam koniec dziękuję jeszcze raz wszystkim, dzięki którym przeżyłem jeden z najlepszych dni w moim życiu. Mam nadzieję, że zobaczymy się w Bydgoszczy!

Categories: Chaos, Dark Elf, Krasnoludy, Orki, Turnieje | Tagi: , , , , , | 5 Komentarzy

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.