Call the Banners – Wspomnienie Mistrzostw Europy 2013

IMG-20130427-00452Kurz bitewny opadł, bohaterowie powrócili do swych grodów z nowymi ranami odniesionymi w boju i nowymi historiami do opowiadania przy garnuszku rozgrzewającego trunku, Wrocław został zdobyty a emocje po tygodniu są już mniejsze (chociaż na forum wybuchła dziś na chwilę Fotogate, zanim odkurzacz Virgo wessał ją w otchłań niebytu). Jest to zatem najlepszy czas na podsumowanie Mistrzostw Europy, które już od tygodnia są miłym wspomnieniem.

The Day Before

Do Wrocławia przyjechałem, tak jak wielu graczy, dzień wcześniej. Stwierdziłem, że wolę być wyspany przed całym dniem gry i całą nocą integracji i był to strzał w dziesiątkę. Muszę przyznać – choć może wyjdę na kompletnego geeka – że jadąc odczuwałem już klimat turnieju. Wyobrażałem sobie graczy, którzy niczym wojska pod flagami różnych miast przemierzają krainę by następnego dnia oblegać Wrocław. Widziałem oczami wyobraźni stężałe twarze śmiałków, którzy w zacinającym deszczu na koniach pędzą przez stepy, pola, drogi i doliny po sławę i chwałę, która nie przemija nigdy. Ok, poniosło mnie, ale cóż – był to mój pierwszy tak duży turniej, a że jestem mocno w klimacie fantasy od dziecka to i efekty są takie, jakie są.

Po ulokowaniu się w hotelu odbyłem telekonferencję z częścią warszawskiej ekipy, która również docierała już do miastaIMG-20130426-00444 stu mostów. Umówiliśmy się na Rynku, gdzie w malowniczym sąsiedztwie McDonalds’a i klubu Go-Go znajdował się hostel chłopaków. Posililiśmy się potężnymi porcjami bardzo dobrych pierogów w pierogarni naprzeciw Ratusza i wypiliśmy świetne piwko w browarze Spiż (pierwszy raz w życiu piłem czekoladowe piwo – pycha!).

Potem nadszedł czas na ostateczne testy, które ja skończyłem ok. 22, ale chłopaki walczyli do późnych godzin nocnych (wczesnych rannych). Może trzeba było z nimi zostać, bo Awojdi, Ostry i Wiśnia zaliczyli odpowiednio czwarte, ósme i jedenaste miejsce. Ja jednak zdecydowałem się wyspać i nie żałuję tej decyzji. Podczas testów najmniejsze problemy dla mojej spaczonej talii sprawiło Imperium (o dziwo!), a największe Orki (tu akurat nie ma nic dziwnego, Wurrzag imba!!11oneone). Nie wiedziałem jeszcze, że następnego dnia na armie Cesarza Karla-Franza nie trafię wcale, a Orcza Horda stanie na mojej drodze zaledwie w dwóch z siedmiu gier.

Organizacja

Ogromne podziękowania i propsy dla organizatorów. Zorganizowanie imprezy tego formatu, przy tak dużej ilości uczestników jest nie lada wyzwaniem logistycznym. Ale podołaliście w pełni, gratulacje, chapeu bas! Bardzo dobrze sprawił się również program autorstwa Morphine, który to program z tego co widziałem nie sprawił najmniejszych problemów i nie wykrzaczył się pomimo ponad setki graczy. Nagrody również były świetne, nikt nie wyjechał z Wrocławia z pustymi rękami, a ilość gier i książek była naprawdę imponująca. Szkoda tylko, że FFG tak słabo wsparła Mistrzostwa Europy gadżetami typu maty i stolice. Ale nic to, nie narzekam, za turniej skończony w tabeli dalej niż bliżej zgarnąłem stylową Wolę Elektorów z alternatywnym artem oraz poziomą stolicę (świetny pomysł!).

dungeonŁyżką dziegciu w tej beczce miodu niech będzie sufit, oświetlenie i gulasz. Ogólnie miejscówka była świetna – podziemia zamku tworzyły bardzo fajny klimat, super pomysłem była możliwość zakupienia napojów na miejscu oraz możliwość pozostania w zamku na integrację w czysto inwazyjnym gronie. Minusem było kapanie z sufitu, co rozumiem, biorąc pod uwagę taką ilość ludzi i wilgotność w podziemiach zamkowych. Niemniej jednak było to nieprzyjemne, zwłaszcza że wystarczy odrobina wiedzy z fizyki, żeby wiedzieć, co kapało. Jeśli chodzi o oświetlenie, to problem był w tej części sali, w której grałem przez większość czasu. Tu niestety nie dało się chyba nic zrobić, trzeba było wczuć się w klimat dungeonu i walczyć dzielnie z przeciwnikiem i ciemnością. Temat gulaszu miał zostać poruszony w oddzielnym wątku na forum, ale został odpuszczony. Może to i dobrze, nie ma co wylewać łez. Mam jednak nauczkę na przyszłość, że najlepiej jednak organizować się samemu, zwłaszcza z prowiantem. W końcu gulasz zjadłem, rzeczywiście było w nim dużo mięska, jak obiecywał Przemo, ale nie powalił mnie na kolana. Niewątpliwą jego zaletą było jeszcze większe pogłębienie klimatu, w końcu to taką strawą mogli raczyć się dzielni woje w karczmach i zajazdach przemierzając drogi w poszukiwaniu przygód.

Integracja

DSC_0577

Pamparampampam! Tak się bawi Wasz oddany bloger:)
Autor zdjęcia: Joanna „mer” Mida.

Cud, miód, malina. Choć raczej powinienem powiedzieć „cud, spirytus i Nestea”. Żeby być w zgodzie z prawdą, powinienem napisać, że integrację zacząłem już od 9 rano, kiedy to otworzyłem pierwszą puszkę Jacka Danielsa z Colą i zacząłem rozmawiać z ekipą, która również właśnie dotarła na pole bitwy. Cały dzień raczyłem się różnorakimi trunkami i rozmawiałem z całą masą ludzi. Dla mnie to właśnie było najważniejszą częścią turnieju – poznanie ludzi z innych miast, porozmawianie z osobami, które znałem tylko z forum i rozpoznawałem tylko z avatarów. Nawet wypiłem małe piwo, na które skusiła mnie śliczna barmanka, będąca niewątpliwie jedną z największych ozdób turnieju.

Zamieniłem także parę słów z naszymi gośćmi zza granicy. Koledzy z Włoch byli bardzo mili, mają ciekawy i odmienny od naszego pogląd na Inwazję (w prostocie siła). Zechcieli wypić z nami nawet domowej roboty spirytusik, także komitywa na sto procent. Ekipa z Niemiec również bardzo rozmowna i kulturalna. Poznałem na żywo kolegów, z którymi grywam na OCTGN. Z rozmową z jednym z nich wiąże się anegdota. Otóż stałem sobie i obserwowałem grę Makabrysia, który naIMG-20130427-00460 środku swojej stolicy miał karteczkę z napisem “na początku tury strzelać, kurwa!!!”, która to karteczka była przypomnieniem o akcji Duregana Thorgrimsona. W pewnym momencie podszedł do mnie aktualny wicemistrz świata w Inwazję, czyli Franke Oliver z Niemiec, i zapytał po angielsku, czy Makabrysio gra na sproksowanej legendzie. Odpowiedziałem mu, że nie i wytłumaczyłem co jest napisane na kartce. Jednak jak doszedłem do słowa kurwa, to nie wiedzieć czemu przetłumaczyłem to jako “god damn it”. Chciałem chyba zachować poziom w kontaktach międzynarodowych i bezę zjadłem łyżeczką. Później czułem się jak lektor w filmie, który tłumaczy “fuck” na “kurczę”, “kurna”, lub “motyla noga”. Nic to, najważniejsze, że Makabrysio pamiętał o strzelaniu. Ja muszę następnym razem zrobić sobie taką karteczkę z napisem “połóż devkę zanim zaatakujesz, god damn it!”.

DSC_0431

Autor zdjęcia: Joanna „mer” Mida.

Dobrym pomysłem, który również przyczynił się do głębszej integracji było wspólne oglądanie finału na rzutniku. Jasne, jakość mogła być lepsza. Jasne, komentarz mógł być od samego początku. Niemniej jednak super, że organizatorzy poszli z duchem czasu i na chwilę podziemia zamku zamieniły się w mini salę projekcyjną. Bardzo przyjemnie było oglądać ten pojedynek popijając sobie z Makabrysiem i komentując zagrania.IMG-20130428-00502

Podczas wieczornej imprezy integracyjnej odbyły się kalambury, będące konkursem znajomości kart. Juri i Czarny mieli wspaniały pomysł i mam nadzieję, że zabawa ta na stałe wpisze się w tradycję turniejów regionalnych. Walka była zacięta, a zabawa przednia. Zająłem drugie miejsce ustępując nieznacznie Virgo, z którym szliśmy łeb w łeb. Dzięki temu zwiększyłem ilość spoilsów, bowiem zgarnąłem dodatkową poziomą stolicę (neutralną!!!) oraz kufel z wygrawerowanym logiem Mistrzostw Europy w Inwazję. Bardzo przyjemna nagroda i cenna pamiątka z wyjazdu.

IMG-20130428-00500O reszcie nie będę się rozwodził. Dodam tylko, że w trakcie rozdania nagród miało miejsce wręczenie nagrody za zwycięstwo w konkursie „Najprzystojniejszy gracz z młotkiem w…”. Nagrodę Darkerowi wręczył organizator konkursu – Makabrysio, a potem nastąpiły oględziny dowodu Darkera, żeby każdy mógł zrozumieć, że zwycięstwo było zasłużone. Na imprezie poturniejowej bawiłem się do 5 rano w doborowym towarzystwie, odbyłem wiele ciekawych rozmów o Inwazji i nie tylko, skosztowałem wielu lokalnych napitków wytoczonych z piwniczek przez graczy z różnych części Polski specjalnie na tę okazję. Słowem: “i ja też tam byłem, miód i wino piłem”.

W tym miejscu chciałbym serdecznie podziękować całej ekipie warszawskiej za trzymanie się razem i wsparcie w trakcie turnieju oraz integrację (z tymi ludźmi nie da się źle bawić!), Virgo za klimatyczną walkę w kalamburach oraz Tobiaco, Tobolowi, Michnikowi, Arcziemu, Stachowi, Radanerowi, Rodzynowi, Alanowi, a także wszystkim innym, z którymi udało mi się wypić i pogadać w zajebiście pozytywnej atmosferze. Obyśmy mogli to powtórzyć w Bydgoszczy.

The Game, czyli krew, pot, łzy i piur skil

Przejdźmy zatem do samego turnieju, czyli walce o zdobycie tytułu Mistrza Europy. Po wielu tygodniach poszukiwania talii i zastanawiania się, z jakim orężem najlepiej stanąć na ubitej ziemi wybrałem Chaos. Podczas przygotowań rozważałem grę Wood Elfami na maksymalnej kontroli devek i Verenie (nie byłby to chyba najlepszy pomysł, biorąc pod uwagę z iloma krasnoludami przyszło mi się zmierzyć), Dark Elfami na maksymalnej kontroli ręki i zadawaniu obrażeń za zrzucanie kart przez przeciwnika (chyba jednak zbyt losowe, choć fun był), Orkami na Gorbadzie (dzięki Wam, o Mroczni Bogowie, że odwiedliście mnie od tego!). Jednak w zasadzie w ostatniej chwili, na kilka dni przed turniejem wybrałem Chaos na Khorvaku i spaczonych jednostkach. Podobną talią wygrałem kiedyś turniej w Warszawie i byłem 10 w turnieju na OCTGN, miałem ją ograną i znałem na wylot, toteż stwierdziłem, że będzie najbardziej odpowiednia na mój pierwszy duży turniej.

Khorvak Rush-Control

Jednostki – 22

3 x Daemon Princekhorvakblood
2 x Fledgling Chaos Spawn
3 x Blue Horrors
3 x Pink Horrors
2 x Savage Gors
3 x Warhounds
3 x Sorcerer of Tzeentch
3 x Khorvak Grimbreath

Taktyki – 13

2 x Blood Summoning
2 x Long Winter
3 x Seduced by Darknessunleashdaemon
3 x Warpstone Experiments
1 x Plague Bomb
2 x Unleashing the Spell

Misje – 3

3 x Raiding Camps

Wsparcia – 15

2 x Disc of Tzeentchcamps
3 x Northern Wastes
3 x Rift of Battle
2 x Daemonsword
2 x Den of Iniquity
3 x Desacrated Temple

Z perspektywy czasu widzę, że w talii były dwa zasadnicze błędy i kilka mniejszych. Po pierwsze, Savage Gors wrzucone pod wpływem rozmowy z Arhrą nie wypaliły kompletnie. Talia w ataku ma wystarczającego powera bez nich, a poza battlem są w zasadzie bezużyteczni. Już lepiej było za nich dać trzeciego Spawna pod eksperymenty lub do questowania i poświęcania, albo nawet 1 Bloodthirstera, który by wyszedł z Blood Summoning. Po drugie, Long Wintery, jakkolwiek świetne, to w tej talii szły najczęściej w devkę. Kontrolę rozwinięć, jeśli jej potrzebowałem, dawała mi Desacrated Temple i poświęcanie jednostkek na Daemon Prince’a. Lepiej sprawdziłby się trzeci Blood Summoning i druga Bomba. Jeśli chodzi o mniejsze błędy, to opiszę je przy okazji poszczególnych gier.

IMG-20130427-00469Pomimo błędów, deckiem grało się bardzo przyjemnie, dzięki Raiding Campsom i kontroli jednostek często zostawiałem przeciwnika na początku z pustym stołem, sam mając moc młotków w queście. Khorvak za każdym razem wychodził za darmo z Blood Summoning i od razu atakowałem za 4-5, a czasem 8 młotków (jeśli był mieczor), co sprawiało, że inicjatywa szybko była po mojej stronie. I to właśnie ciekawe opcje kontroli, szybkość i przejmowanie inicjatywy, a także finiszer w postaci Unleashing the Spell były filarami tej talii. Z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że gdyby nie popełnione błędy i stres związany z brakiem doświadczenia w grze w tak dużym turnieju, to TOP20 wcale nie było nieosiągalne.

Pokrótce o pojedynkach, jakie przyszło mi stoczyć.

Runda 1
Szeryf (DWA) 2:1

my lifePrzed pierwszym pojedynkiem trochę trzęsły mi się ręce, ale starałem się nie dać po sobie znać. Pokerowe doświadczenie procentowało i trzymałem nerwy na wodzy. Kolega grał standardowymi krasnoludami, nie zauważyłem większych niespodzianek. Z mojej strony kontrola była dość skuteczna, ponieważ Szeryf nie opierał się na odporności, dzięki czemu i pieski i ptasior mogły spokojnie zadawać obrażenia jednostkom. Generalnie skończyłbym w miarę szybkim 2:0 gdyby nie dwie karty, które w każdej grze z krasnoludami tamtego dnia podnosiły mi ciśnienie oraz przez które nie zająłem lepszego miejsca w turnieju – My Life for the Hold i Master Rune of Spite. Pominę już fakt, że wydawało mi się, iż ZAWSZE na pierwszej ręce moi oponenci je mieli. Najważniejsze jest to, że utrudniało mi to niemiłosiernie grę. Jeśli chodzi o majlajfa, to rozważałem przed turniejem włożenie do talii Mob Up x 2 i byłaby to dobra opcja, biorąc pod uwagę, że głównie grałem z kraśkami. Któż jednak mógł wiedzieć. Na runę nic nie poradzę, Daemon Princy schodzą od niej z miejsca, wszystko z mieczykiem w zasadzie także. Mimo wszystko ilość majlajfów jest ograniczona, a runy były zazwyczaj techem w liczbie 1 lub 2, toteż po ciężkim boju udało mi się triumfować w pierwszej grze 2:1. W tym miejscu chciałbym poruszyć jedną, niemiłą kwestię. Otóż kolega Szeryf, który sam popełniał często błędy, wykonując pewne akcje nie w odpowiednim momencie nie pozwolił mi położyć devki po powiedzeniu słowa “atakuję”. Każdy, kto mnie zna wie, że ja zawsze pozwalam wszystko położyć i cofnąć – to tylko zabawa i nie należy się tak spinać. Ale sytuacja, w której ja ani razu nie zwróciłem przeciwnikowi uwagi, a on nie pozwolił mi raz (bo tylko raz popełniłem ten błąd w tej grze) czegoś zrobić zepsuła mi atmosferę pierwszej rozgrywki. Widać kolega liczył na poważne sukcesy tego dnia, bo liczyło się dla niego każde obrażenie. Cóż, tę grę i tak przegrał. Ja za to dostałem lekcję, że niektóre gry są mniej fun, a bardziej o punkty.

Runda 2
Angian (DE) 2:0

Jak dowiedziałem się, że gram przeciwko Dark Elfom, delikatnie się zasmuciłem. Ciągnę zazwyczaj bardzo dużo kart ze blackwzględu na atakowanie jednostkami z boku i użycie mieczyka, dlatego też przewijarki mają ze mną łatwiej. Podczas gry jednak przypomniałem sobie, że Mroczne Elfy mają z kolei problem z Chaosem – słabą obronę i taką sobie ekonomię. Z Angianem grało się bardzo przyjemnie i miło, jest to mega pozytywny człowiek. Miał ciekawą talię, w której gościli Black Guards i nowy raider za 4. Do tego Crone i przewijanie nagle przyspiesza dość mocno. W pierwszej grze wyżej wspomniane trio pojawiło się szybko na stole i zacząłem walkę z czasem. Angian kładł devki, co nie jest częstym widokiem na stolicy Mrocznych, ale w grze ze mną było niezbędne – widać doświadczenie przeciwnika. Zdążyłem jednak wygrać ten wyścig z czasem i w ostatniej turze (w następnej bym się przewinął, bo zostały mi chyba z 3 karty w decku) udało mi się położyć po 8 obrażeń w dwóch strefach i ściągnąć devki Zbezczeszczoną Świątynią poświęcając jednostki na Księcia Demonów. W drugiej grze Angian miał po prostu pecha. W swojej pierwszej turze położył tylko Hekartii, a to, co położył w drugiej ściągnąłem mu z Raiding Campsów i pieska. Po kilku turach z pustym stołem stwierdził, że nie ma sensu dalej przeciągać i poddał grę. Podziękowaliśmy sobie za pierwszą, ciekawą partię i odszedłem od stolika z drugim zwycięstwem na koncie i nadzieją, że ten dzień może przybrać dla mnie bardzo pozytywny obrót.

Runda 3
Argoth (DWA) 1:2

Niestety, pierwsza porażka, po koszmarnym błędzie, którego nie zapomnę bardzo długo, a może nigdy, i który mocno wybił mnie z rytmu na resztę dnia. Najpierw chciałbym podkreślić, że gra z Argothem była czystą przyjemnością. Jest to bardzo miły i kulturalny człowiek – oby więcej takich graczy. Dodatkowo, warto wspomnieć, że Argoth jest organizatorem międzynarodowego turnieju na OCTGN, który był świetnie przygotowany – tym milej było mi poznać i zagrać z nim. W pierwszej grze bardzo szybko skontrolowałem stół i dość gładko spaliłem krasnoludzką stolicę. Powiem szczerze, że grałem jak na skrzydłach. Nagle jednak doszło do katastrofy. W drugiej grze wymienialiśmy z Argothem ciosy – obrażenie za obrażenie. W pewnym momencie sytuacja wyglądała następująco. Moja tura. Przeciwnik ma w Kingdomie 7 facepalmobrażeń i chyba żadnej devki, pozostałe strefy czyste, w queście żadnych jednostek i żadnych devek, dwa supporty, jeśli dobrze pamiętam. Ja mam 4 zasoby, Unleashing the Spell, z 6 devek, jedną spaloną strefę i jestem w stanie zaatakować Daemon Princem, Khorvakiem i dwoma horrorami (jeden z dyskiem) za 8. Argoth ma 3 karty na ręce i się uśmiecha. Myślę sobie, ma majlajfa (mimo, że jeden już poszedł wcześniej). Sam sobie wkręciłem tego majlajfa tak, że zaślepiło mnie to maksymalnie. Do tego stopnia, że zamiast zaatakować i rzucić Unleashing to ja zacząłem coś kombinować ze zdejmowaniem mu supportów z questa, żeby nie losował kart i nie wystawiał jednostek do battla. Dziś jak na to parzę, to zastanawiam się jak mogłem popełnić taki błąd. Przecież wiedziałem że tym co ma na stole + jedną jedyną dodatkową jednostką w następnej turze mnie spali, więc na co czekałem? Przecież wiedziałem, że jeśli ma majlajfa, to nieważne w której turze go rzuci – czy w tej, czy w następnej. Zamroczyło mnie, spaliłem się psychicznie, sam nie wiem. Nie zaatakowałem, Argoth w następnej turze mnie spalił. Jak przygotowywaliśmy się do trzeciej gry to powiedział, że uśmiechał się, bo wiedział, że przegra jak mam Unleasha i nawet już przełożył karty do lewej ręki, żeby mi prawą podać. Ten błąd kosztował mnie nie tylko tę partię, ale również następną. Niewykorzystane sytuacje się mszczą i ta zemściła się na mnie okrutnie. Trzeci pojedynek oczywiście przegrałem i zamiast stanu 3-0-0 i pewnego podejścia do kolejnej gry miałem 2-0-1 i byłem niesamowicie na siebie zły. Niemniej jednak grało się, tak jak już napisałem, super i dostałem w tym pojedynku solidną lekcję.

Runda 4
Tobiaco (DWA) 2:1

Maraton z Krasnoludami trwał nadal. Powiem szczerze, że niewiele mogę o tej grze napisać, poza tym, że nie różniła się od innych za bardzo. Z tego co pamiętam, Tobiaco miał mnie majlajfów niż pozostali rywale. Pamiętam, że w ostatniej grze Tobiaco mógł stallować i ugrać remis, ale nie zrobił tego tylko walczył do końca, za co szacunek. Mój rywal okazał się bardzo miłym i zabawnym człowiekiem, z którym przyszło mi tego dnia wieczorem porozmawiać dość długo i wypić parę kubeczków. Zwycięstwo w tej grze dawało mi nawet szansę walki o topkę, toteż ze zniecierpliwieniem oczekiwałem paringu następnej tury.

Runda 5
Awojdi (ORC) 0:2

wurrzagDla odmiany trafiłem na Orki. Nie byłem z tego bardzo zadowolony, bo to dla mnie najtrudniejszy matchup. Dodatkowo, trafiłem na kolegę z Warszawy, który jest jednym z najlepszych graczy w Inwazję w Polsce i w Europie, co zresztą potwierdził zajmując czwarte miejsce w turnieju. Awojdi kontrolował mnie od początku. Niestety, nie zdążyłem zabić jego Wurrzaga, który rzygnął i sprowadził mnie do parteru, albo nawet piwnicy i tam trzymał, bił, przypalał i ogólnie katował. Pierwszą grę szybko poddałem. W drugiej historia się powtórzyła. Po prostu nie miałem szans. Nie z tą talią, nie z tym graczem. Stwierdziliśmy z Awojdim, że skoro mamy tyle czasu (gra trwała z 15 minut) to idziemy na gulasz. Cóż, jak już wiecie, gulaszu się nie doczekaliśmy. Spędziliśmy za to miło czas przy barze oraz kibicując innym reprezentantom stolicy

Runda 6
Cosa (DWA) 1:2

Po przerwie dla odmiany… Krasnoludy! Cosa był bardzo dokładny w tasowaniu i przekładaniu mojej talii, widać było, że serio traktuje turniej. Teoretycznie, zwycięzca naszego pojedynku po wygraniu również następnego miał nadal szansę na topkę, toteż częściowo rozumiem podejście. Ja grałem nadal bez spiny, chociaż cały czas miałem w głowie porażkę z Argothem i alergicznie reagowałem na każdego majlajfa u przeciwnika. Pierwszą grę przegrałem – nie podeszło mi nic, czym mogłem szybko zaatakować, a powolna rozbudowa przeciwko krasnoludom zazwyczaj oznacza śmierć. Powalczyłem jednak chwilę, ale musiałem ustąpić pod naporem górskich wojowników. W drugiej turze znowu wyrównana walka, ale obliczony na styk Unleashing pozwolił mi doprowadzić do remisu. Zostało nam kilka minut toteż bez zbędnej zwłoki przystąpiliśmy do decydującego pojedynku. Po dobraniu kart miałem na ręku średni start, mogłem wystawić tylko Desacrated Temple i Rift of Battle. Wziąłem mulligana. Popatrzyłem, zapłakałem. 1 x Unleashing, 3 x Seduced, 1 x Bomba, 1 x Den, 1 x Rift. Przeciwnik zaczyna, ja dobieram kartę – drugi Unleashing. Dziękuję, dobranoc, popij wodą.

Runda 7
Niestety, nie pamiętam (Karol?) (ORC) 1:2

Gra totalnie o pietruszkę, kolega na forum chyba nie bywa, ogólnie nie był mi znany. Przepraszam, ale nie zapamiętałem owpksywki, głupio mi. Przeciwnik nie grał na Wurrzagu (chociaż jak się później okazało miał go w talii). W obu wygranych grach miał niestety na ręce startowej Mustera, co go boostowało mocno ekonomicznie, a wiadomo – za 5 zasobów to Orki mogą już całkiem sporo. Dodatkowo, Orc Warning Post sprawiało, że do ataku musiałem poświęcać devki, tak bardzo mi potrzebne na Unleashing. Pierwszą partię po walce przegrałem, w drugiej to ja byłem górą kontrolując niemiłosiernie. Trzecia partia rozegrała się praktycznie w pierwszej turze. Ja zaczynam, ręka startowa marzenie. Horrory różowe i niebieskie w liczbie hurtowej (4!), Daemon Prince, elegancja francja. Wykładam więc całe tałatajstwo, nawet sobie ładnie dzielę, że jeden w Kingdom dla kasy, trzy w Quest, wszystko gra i buczy. Jeszcze Daemon do battla, devka, grasz. Przeciwnik: muster, rzyg. Zostałem z jedną kartą na ręce i w ten właśnie sposób zakończyłem turniej. Otworzyłem Jacka z Colą świętując awans do highlandera i podałem mojemu przeciwnikowi rękę gratulując zwycięstwa.

Zakończyłem turniej na 59 miejscu ze statystykami: 3 – 0 – 4. Czy jestem zadowolony? I tak i nie. Jadąc na Mistrzostwa każdy marzy o zwycięstwie. Ale patrząc realnie nie chciałem zająć jednego z ostatnich miejsc. To był plan minimum. Planem średnim było miejsce w środku tabeli i to udało się zrealizować. Plan maksimum miałem TOP30 i powiem szczerze – spokojnie było wykonalne. Dlaczego zatem się nie udało. W zasadzie wszystkie przyczyny już podałem w opisie poszczególnych pojedynków. Zabrakło trochę doświadczenia i trochę szczęścia. Mogło być lepiej, ale, jak się mawiało w dzieciństwie, pierwsze śliwki robaczywki. Chciałbym podziękować wszystkim moim przeciwnikom za grę i walkę w każdym pojedynku. Mam nadzieję, że jeszcze uda się kiedyś pograć i być może wyrównać porachunki.

Podsumowanie

SONY DSCTak właśnie doszliśmy do końca relacji z turnieju. W highlanderze byłem gdzieś w końcówce ambitnie wybierając Dark Elfy (chociaż Bokalus zajął ex aequo pierwsze miejsce również Mrocznymi – gratsy!). Spoczko się grało, były to moje pierwsze w życiu gry w tym formacie. Drugiego dnia nie miałem siły po melanżu zwlec się z łóżka i dotrzeć na drużynówkę, toteż wyspałem się i wyruszyłem w podróż powrotną z głową pełną wspomnień.

W tym miejscu chciałem jeszcze napisać, że podziwiam Metatrona. Grałem wczoraj jego talią i muszę powiedzieć, że stopień zaawansowania i możliwości, jakie daje ten deck są niesamowite. Granie tym cały dzień na pełnym skupieniu również zasługuje na szacunek.

Gratuluję serdecznie Radanerowi za zdobycie Mistrzostwa Europy (to musi być cudowne uczucie!) oraz całej topce. Szczególnie gratuluję Woshowi, Awojdiemu, Ostremu oraz Wiśni. Pokazaliście klasę zapewniając Warszawie aż cztery miejsca w TOP16. Europejski poziom.

Na sam koniec dziękuję jeszcze raz wszystkim, dzięki którym przeżyłem jeden z najlepszych dni w moim życiu. Mam nadzieję, że zobaczymy się w Bydgoszczy!

Reklamy
Categories: Chaos, Dark Elf, Krasnoludy, Orki, Turnieje | Tagi: , , , , , | 5 Komentarzy

Zobacz wpisy

5 thoughts on “Call the Banners – Wspomnienie Mistrzostw Europy 2013

  1. Cześć,
    bardzo szczegółowa, a zarazem ciekawie napisana relacja z mistrzostw. Widać przy okazji, że podnoszą się (a może odkrywają?) zdolności pisarskie. Czytając relację stwierdziłem, że na takich turniejach szczególnie liczy się perfekcja i nazwijmy to hmm… gra o każdą kartę. Gratuluję zajęcia, może nie wymarzonego miejsca, ale i tak solidnego skoro był to Twój „pierwszy raz” na turnieju takiej skali.
    Pozdrowienia ze Szczecina,
    Piortek

  2. Darecki

    nie wiem czy dobrze zrozumialem blad w meczu z Argothem ale czy nie wystarczylo zaatakowac zeby (najprawdopodobniej) wymusic mylife’a na ktorego odpowiedzialbys UTS’em?

  3. Wilk

    No właśnie chodzi o to, że nie zaatakowałem:) Ale czekaj, chcesz powiedzieć, że jak ktoś rzuca majlajfa to można w odpowiedzi rzucić unleasha i wejdzie? To chyba tak nie działa, majlajf kasuje wszystko w danej turze, nie?

    • kotuo

      Ależ działa tak właśnie! Majlajf owszem kasuje, ale nie wstecz – UTS w odpowiedzi wskakuje przed tym dziadostwem 🙂

  4. przemo

    Dobra relacja! Świetnie się czytało!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: