Turnieje

Trofeum Mareela 2014 – wilcza relacja

Intro

introUwielbiam jeździć na regionalsy. Dla mnie to cały rytuał. Na piątek biorę wolne, wynajmuję dużo wcześniej dobry hotel, jadę najbardziej komfortowo, jak się da. Oszczędzam na regionalsa, na regionalsie nie oszczędzam – to moje motto. Zrobiłem od tej reguły jeden wyjątek – Mistrzostwa Polski, kiedy mieszkałem w hostelu – i tylko super ekipa, która opanowała hostel wszystko uratowała. Jadąc drugi raz do Grodu Kraka nie popełniłem tego błędu i wszystko było zgodnie z rytuałem. Turniej był znakomity. W moim odczuciu na równi z Mistrzostwami Europy we Wrocławiu, do których będę miał szczególny sentyment, bo był to mój pierwszy regionals. W Krakowie atmosfera i klimat były na najwyższym poziomie, emocje sięgały zenitu a integracja miażdżyła. Jeśli byłeś – wiesz. Jeśli Cię nie było, następnym razem nie popełnij tego błędu.

mgla

Mgła jest przyjacielem szczurów

Na Kraków!

Jako środek transportu wybrałem pociąg i był to świetny wybór, bo dokładnie tym pociągiem jechał też Makabrysio i Virgo. Mimo problemów z dotarciem nasza legenda za 8, znany także w niektórych kręgach jako Eheś, zdążył na peron i ustawiliśmy się, że po ogarnięciu przedziałów spotkamy się w Warsie. Na umówiony znak sygnał nasza trójka zasiadła w przedziale jadalnym i rozpoczęła konsumpcję napojów energetyzujących o smaku chmielowym. Podróż upłynęła w wybornej atmosferze dyskusji o inwazji i sondowaniu nawzajem swoich talii w bardzo subtelny sposób (“a Corba masz?”). Pociąg dotarł bez opóźnień, co było miłym zaskoczeniem, biorąc pod uwagę czas jazdy do Gdańska na

ostatnie regio i to, że sorry, ale taki mamy klimat.

Na dworcu rozdzieliliśmy się –

Guns & Ammo

Guns & Ammo

chłopaki poszli coś zjeść i do Hexa, a ja skoczyłem do hotelu zostawić rzeczy

i ogarnąć się. Hotel był bardzo przyjemny, nawet dostałem wiśnióweczkę na dzień dobry, nie omieszkałem więc jej spożyć, żeby utrzymać flow rozpoczęte w pociągu. Po ogarnięciu się wyruszyłem w trasę do Hexa. Raz się zgubiłem, ale było blisko i w końcu dotarłem do bramy, która bardziej strachliwym może podnieść ciśnienie. Bardzo szybko zobaczyłem znajome twarze (na miejscu był już Virgo, Makabrysio, Stach i Repek), pudełka po (z?) bronią i amunicją i już wiedziałem, że jestem wśród swoich.

preparty

Butelki, buteleczki…

Popołudnie upłynęło nam na miłej rozmowie (chwilę później dołączył Dashi, Drumdaar i Szymuss, a później swój prowiant przywiózł Rodzyn – prawdziwie krasnoludzkie zaopatrzenie) i później, kiedy zostałem tylko ze Stachem i Virgo, na kilku grach. Koło 20tej rozeszliśmy się, żeby zregenerować się przed jutrzejszym dniem (w końcu miałem zagrać następnego dnia 10 gier i tym razem myślałem o tym serio). Po raz pierwszy na regionalsie poszedłem spać przed północą, zatem byłem wyspany i gotowy.

Przygotowania

razem

Konsylium debatuje nad talią Makabrysia

Zanim napiszę o przebiegu turnieju, chciałbym cofnąć się w czasie o jakieś dwa tygodnie, bo wpłynie to na opis gier turniejowych, a być może jest to nawet najważniejsza część tego wpisu. Otóż na dwa tygodnie przed turniejem postanowiłem – robię topkę. Wiem, że jestem graczem ze średniej półki, ale postanowiłem, że nie ma przebacz, nie chcę już być na tej półce bo raz, że ciasno, a dwa, że na wyższej półce jakoś tak ciekawiej. Do Gdańska jechałem nieprzygotowany, ze złą talią, bez ogrania. Teraz wiedziałem, że nie popełnię tego błędu. Już na poprzednie regio chciałem jechać szczurami i nie wiem, dlaczego tego nie zrobiłem. Zatem wybór rasy był prosty – Skaven – chociaż były wahania w trakcie testów (jakie te Dwarfy stabilne, jakie te DE przyjemnie, jaki ten Chaos kontrolny, jakie te Orki IMBA!!!111oneone). Nie zmieniłem jednak swojej decyzji i całe dwa tygodnie testowałem różne warianty Skavenów.

wisniowka

Na dobry start!

No właśnie, dwa tygodnie. O ile Przemo pisał, że nie przygotowywał się długo, o tyle ja cisnąłem przez dwa tygodnie prawie codziennie. W tym miejscu po raz pierwszy chciałbym podziękować wszystkim testerom, którym chciało się ruszyć z domu, przyjechać do mnie, na polibudę, albo pozwolić mi przyjechać do siebie: Szycha, Makabrysio, Nibelung, Arhra, Dykta, Nilis – dziękuję!!! Dziękuję Wam również (tutaj dodam także Dexa) za wsparcie przed i w trakcie turnieju, a także po jego fatalnym dla mnie końcu. Dziękuję! Szczególne podziękowania dla mojego Mistrza – Ostrego. Dziękuję Ci bardzo za podsuwanie pomysłów, za wątpliwości co do doboru kart, za dyskusje, za rady, za wsparcie, za wiarę w moje zwycięstwo i za sprawienie po raz kolejny (już raz przy coachingu Ostrego byłem w topce, w Bydgoszczy), że wspiąłem się na wyżyny swoich możliwości. To jest właśnie w tej grze piękne i tego uczucia wszystkim życzę. Jeszcze raz Ostry, bardzo dziękuję!

Makabrysio i Szycha

Towarzysze broni

Testowałem różne wersje Skavenów. Z innowacją, z musterem, z warpstonem. Z grubasami, bez grubasów. Z misją, bez misji. Ze Screaming Bell, bez Screaming Bell. Z ripami, bez ripów. Na szybko, na spokojnie, na kontrolnie. Mieszane z innymi rasami i w sosie własnym. Testowałem przeciwko wszystkim rasom. Testowałem do tego stopnia, że byłem przekonany co do każdej włożonej kart, żadnej bym nie wymienił. Wiedziałem, które chcę mieć x3, które x2, a które x1. Wiedziałem jak ma wyglądać startowa ręka, jak się zachowam przeciwko danej rasie, jak będę grał na początku, jak w middle game i jak w late game. Robiłem rozpoznanie ostatnich kilku turniejów w każdym mieście, przy liście zapisanych graczy wpisałem prawdopodobne rasy, którymi mogą grać. Miałem wizję meta (które akurat nie było jakieś trudne do przewidzenia). Byłem przygotowany na sukces. Nie zrozumcie mnie źle – nie ma w tym zarozumiałości, ani przechwałek. Po prostu odrobiłem przed turniejem pracę domową, żeby powalczyć o zwycięstwo, żeby zmazać porażkę z Gdańska, żeby udowodnić że szczury potrafią, żeby być dla każdego zagrożeniem i żeby – poza integracją – turniej miał dla mnie także wymiar turnieju, czyli rywalizacji.

Wierzyłem w topkę. Marzyłem o zwycięstwie.

Talia, czyli Szczurki z Kanału

Koniec końców zdecydowałem się na jechanie na warpstonie, ripach i grubasach oraz większej dawce kontroli. Poniżej deck:

http://deckbox.org/sets/584318

Chciałbym opisać poszczególne karty oraz karty, których nie ma. Pozwoli to chętnym prześledzić mój tok myślenia, a nowym graczom może pozwoli poznać nowe sztuczki.

Rat Swarm x 6 – w testach bywał x5, ale jednak w komplecie są niezbędni. Bronią przed inkruzją kluczowych supportów po bokach (jednostki rzadko tam bywały), pozwalają z warpstonem wystawić za darmo Abominację, z Clan Ratami robią ekonomię, dopalają Greyseera Thanquola, wspomagają Deathmaster Sniktcha, są mięsem pod eksperymenty do ataku, do zdejmowania snotlingów, do obrony z zaskoczenia. Robią robotę, dużo, tanio, tesco.

Clan Moulder’s Ellite x 3 – czyli tak zwany Duży Szczur. Wybór oczywisty. DE nie ściągną go tak szybko, bomba też nie. Łykają indirecty jak potrzeba. Jak już spadną to wrócą z Wodza, żeby przeprowadzić ostatni atak. Jedna z najmocniejszych skaveńskich kart i to od dawna.

Skaven_Clan_Rat_by_StugMeister

Clan Rats x 3 – według mnie świetna karta, chociaż nie każdy podziela moje zdanie. Według mnie jeden w plecach to poważny minus, ale jeśli nie gram z DE to nie robi mi to wielkiej różnicy, a goście są świetni do robienia ekonomii, zwłaszcza na początku. Teraz trik z cyklu “witamy w świecie pro zagrań dla najmłodszych”: wystawiamy Clan Rata w kingdom i zerówkę w quest. W następnej turze na początku spaczamy Clan Rata dając zerówce młotek, następnie odpaczamy go i po dobraniu zasobów spaczamy jeszcze raz dając drugi młotek. Mamy 3 kasy i 4 karty. Dla starych wyjadaczy trik znany, ale kilku graczom musiałem udowadniać, że da radę go spaczyć dwa razy w jednej turze przed dobraniem kart. Opcjonalnie dawał młotek do ataku, jak była potrzeba. Musiałbyć x3 bo miał robić starty. I robił.

Clanrat Clawleader x 3 – zerratowany nie po myśli niemych pracowników FFG, francuskich tłumaczy, Organizacji Narodów Zjednoczonych oraz Instytutu Matki i Dziecka. Wbrew obiegowej opinii o jego przegiętości, nie powiedziałbym. Oczywiście, świetna jednostka, ale takich potrzeba szczurom, które z założenia mają być w ataku liczne. Czy wracanie z grobu jest fluffowe. Kiedyś Red5 na forum udowodnił mi (można poczytać w wątku “Czarny robi questa” w dziale Flejm), że fluffem da się uzasadnić wszystko. Zresztą fluffowych baboli w Inwazji jest dużo więcej (vide wspomniany wyżej wątek). Zatem nie płakałem po starej interpretacji karty tylko do przodu, do przodu. Bij, bij, bij. Szybko, szybko! Starałem się nie wrzucać z ręki dużego szczura, choć czasem było trzeba. Często lądował Clan Rat dając ze swoją abilitką dwa młotki, często też wracałem nim jednostki z grobu. W jednej grze potrzebowałem dodatkowego skavena, żeby Deathmaster miał wystarczająco kart do zabicia jednostki przeciwnika, więc weszła i zerówka. Jak to mawia Virgo, witamy w świecie pro zagrań.

Corb Polybog x 3 (ciekawostka: jednostka z błędem wpisana na deckboxa) – według mnie musi być. Wrzucam go właściwie do każdej talii, chyba że totalnie mi się nie mieści, ale to się bardzo rzadko zdarza. Przemo pisał już co nieco o tym, że gracze zapominają, że działa on na obu graczy, że po jego zejściu można już grać. Ostatnio była z nim spinka na turnieju w Wawie. Jednostka według mnie bardzo skillowa. Trzeba wiedzieć czym się gra, przeciwko komu się gra, jaki jest etap gry, jakie karty mogą nas skrzywdzić najbardziej oraz jakie są najbardziej potrzebne przeciwnikowi. U mnie najczęściej grany na my life’a, na Osterknachta, na Troll Vomit i na Śmierć w Cieniach. Przydawał się bardzo. Zdecydowanie x3, chciałem go mieć jako opcję od początku.

greyseerGreyseer Thanquol x 2 – pierwsza karta x2. Grałem z opcją x1, grałem też x3. W życiu do głowy by mi nie przyszło, żeby go do talii nie brać. Cóż, Virgo przyszło to do głowy i wygrał turniej. Nie żałuję, że go miałem, robi gry generując potężny napór, zmusza przeciwnika do natychmiastowej reakcji, a jeśli przeciwnik nie jest w stanie zareagować to często kończy grę. Na pierwszej ręce nie chciałem go raczej mieć, stąd x2, potrzebowałem miejsc na inne karty.

Deathmaster Sniktch x 2 – również x 2. Jednostki ładowałem raczej w battla, a on nie posiedzi tam sobie z Thanquolem, zatem x 2. Robił świetną kontrolę, w middle i late game potrafi ściągnąć nawet bloodthirstera jeśli trzeba. Wystawiałem go najczęściej z ręki w battla i po deklaracji atakujących spaczałem, ale zdarzyło mu się wyjść z ripa, jeśli była taka konieczność.

Hellpit Abomination x 3 – zdecydowałem się na tę kartę, bo pod ripa jest świetna do ekonomii, ataku i obrony, może wejść za darmo do battla (nie zapominajcie, że włożenie go jako pierwszego za darmo “zjada” akcję stolicy!) jeśli poświęcimy 3 spaczone jednostki, co jest łatwe przy warpstonach, clan ratach, Śmierci, i sniktchu. Potężny skubaniec, polecam potestowanie go. W testach grał x3, ale jeśli nie podejdzie Corb, to nie ma odpowiedzi na Dwarfową anulację, zatem…

kot

Moja odpowiedź na pytanie: „mogę cofnąć?”:)

Bloodthirster x 1 – Bloodek to the rescue. Teraz nie tańczy już tylko w Orkach, zatańczył dla Rogatego Szczura bijacz! Bloodek jest grubasem pod ekonomię, ale w kluczowym momencie potrafił zaskoczyć ripowany w ramach ominięcia majlajfa. Dał radę, jestem z niego zadowolony. <głosem Bogusia Lindy> Dobry, kurwa, demon.

Seduced by Darkness x 2 – to była karta, która zagrała mi najmniej, ale raz zagrała, co przeważyło szalę zwycięstwa na moją korzyść, zatem przydała się. Ataku nią nie powstrzymywałem, służyła za zmiękczanie obrony, za zabranie przeciwnikowi tych wyliczonych na styk hit pointsów.

Chittering Horde x 3 – karta-klucz. Zaczynamy robienie szczurzego decku od włożenia jej x3. Dla nowych graczy: omija infiltrację (co jest zajebiste!).

Death in the Shadows x 3 – jedna z nielicznych według mnie kart, które dużo lepiej brzmią po polsku. Śmierć w Cieniach. Czujesz to. W Cieniu czai się na ciebie Śmierć. Nocne powietrze przeszywa świst sztyletu, a z ciebie uchodzi życie. Obowiązkowy zestaw kontrolny każdego szczura z klanu Eshin. Stealth. Infiltration. Assasination. Dwójki giną, aż miło.

Rip Dere ‚Eads Off x 3 – wspaniała karta. Pomysł do głowy, żeby jej używać włożył mi do głowy Ostry i postanowiłem ustawić moją talię tak, żeby używać tej karty. Ogólnie to jestem w niej od pewnego czasu zakochany i chcę ją mieć w przeróżnych destro-deckach. Robiła ekonomię i atak z Abominacją i Bloodkiem, robiła kontrolę z Deathmasterem. Robiła fantastyczną i niespodziewaną często obronę. Zabójcza w mirrorach, gdzie po takim ripie atak nie wchodzi, a ginie czterech lub pięciu atakujących. Jestem zadowolony, że ją wziąłem. Pamiętam zdenerwowanie, jak zaczęła się dyskusja na forum o użyciu ripa w Skavenach na jakieś trzy dni przed turniejem, podczas gdy od tygodnia cisnąłem nim już na ostro. Na szczęscie nikt się nie wystraszył i nie skarcił mnie Long Winterem. Super karta, daje dużo zabawy i zwiększając poziom trudności talii, daje więcej opcji kombinowania. Jako ciekawostkę dodam, że Rip był częściej obronny i ekonomiczny niż ofensywny.

Warpstone Experiments x 3 – karta, której nie trzeba przedstawiać. Atak, obrona, ekonomia. Wszystko.

jaikotyBurn it Down x 3 – kolejna opcja kontrola. Niezbędna do gry z DE, żeby zniszczyć arkę, ale przydaje się przeciwko każdej rasie i wielu przeciwników się jej nie spodziewa. Zwłaszcza, że grając na ripie devki nie zawsze idą od razu w battla, więc jest dobrze zakamuflowana. Kolejny odcinek z cyklu “Witamy w świecie pro zagrań”: miałem 2 zasoby, a przeciwnik (DE), żadnych supportów. Wystawił wszystko, co chciał i widzę, że potrzebuje zasobu na Shattered Thought, ale jest pewny, że dostanie go ode mnie. Rzuca Hate, a ja, żeby nie oddawać mu tego zasobu rzuciłem Burn it Down na własnego Plunderera. Taki byłem.

Plunderer x 2 – ciekawa karta, ale nie chciałem jej mieć w decku. Niestety, przy ripach, burnach i seduced jest niezbędna. I nie powiem, robiła robotę pozwalając rzucić obronnego ripa częściej, niż mogłoby się to wydawać.

Warpstone Excavation x 3 – nie trzeba tłumaczyć.

Skryre District x 2 – fajnie robi starty z warpstonem, niemniej jednak przy moich ripach ekonomicznych nie zawsze się opłacał. Jeśli nie było go na starcie, albo w drugiej turze, to zazwyczaj już go nie wykładałem. Ale bardzo dobra karta, bez dwóch zdań. Trzeba tylko potem pamiętać, żeby się nie pomylić z wykładaniem i dopakowywaniem boków. No i rada dla nowych graczy: Thanquol atakujący z boku też go zdejmuje, warto mieć to na uwadze.

lokal

Stołówka

Screaming Bell x 1 – znam graczy, którzy uważają, że musi być x 3, znam też takich, którzy do nie włożą do talii. Według mnie bardzo przydatny support, ale nie na początku. Może przechylić szalę zwycięstwa w odpowiednim momencie, ale nie jest niezbędny. Jedna z moich dyskusji z Ostrym dotyczyła właśnie tej karty. Postawiłem na swoim i wziąłem. Nie żałuję, przydał się, ale x1 jest dla niego według mnie idealną liczbą.

Wielcy nieobecni to z pewnością:

We Hates Them All – nie uwierzyłem w magię misji. Powiem szczerze, przed turniejem nawet nie wiedziałem, że jednostka położona na nią już ją odpala. Raskoks ją miał i chyba dobrze na tym wyszedł, w moim decku jej nie czułem.

Gutter Runners – czyli zwiadowca. Wiele osób mnie do niego namawiało. Jakoś tego nie widziałem. Jak dla mnie on wchodzi tylko z Wodza, jeśli go nie mam na początku to nie boli tak przeciwnika, a bez wracania go z grobu co turę ten scout nie jest kluczowy. Niektóre talie mają go totalnie w tyłku. Błąd, czy nie błąd? Według mnie nie.

mata

Night Runners – indirecty były kuszące, ale przy buildzie, na który ja się zdecydowałem to był on, albo Clan Rat. Uznałem, że Clan Rat daje mi dużo więcej opcji, a indirecty też nie są jakieś imba, nawet jak jest ich 5. Dodam tylko w tym miejscu, że ten gość jest świetny do talii na orków na multiataku z Makką Greenfistem. Czek dis ałt!

Oczywiście, jest jeszcze wiele ciekawych kart Skavenow. Legenda, na razie niewykorzystana, Master Moulder, Vicious Clanrat czy Shattered Tower. Definitywnie, można potestować.

Uff, rozpisałem się strasznie o talii, ale to moje wypieszczone cacuszko i chciałem je pokazać światu w pełnej krasie i opisać moje zamysły. Mam nadzieję, że jeszcze jesteście ze mną, bo doszliśmy właśnie do turnieju!

Walka o Trofeum Mareela – wzloty i upadek

Minuta ciszy dla Mareela… Nie znałem osobiście człowieka, ale słyszałem same pozytywne rzeczy. Była minuta ciszy na turnieju, było kieliszek wylany i wypity. Są ludzie, w których pamięci żyje i widziałem to rozmawiając z niektórymi osobami.

kominek

Przy kominku atmosfera gorąca

Turniej zaczął się od tego, że była awaria kibla. Czyli tak, mieliśmy rozjechanego na drodze szczura, mieliśmy zalew nieczystości, a ostatnim w toalecie był Przemo. Wtedy jeszcze się z tego śmiałem, ale to były omeny (nie mogę się powstrzymać od śmiechu jak to piszę). Akcja z kibelkiem była słaba, ale dzięki temu pierwsze rundy były naprawdę pro, bo wszyscy powstrzymywali się od picia przez pierwsze rundy (ja do końca nic nie piłem, co chciałbym podkreślić). Wielkie propsy jednak dla właścicieli, bo ogarnęli temat fachowo i sprawnie.

Chwila o właścicielach, lokalu i zimnie. Właściciele bardzo mili, wspaniali i sympatyczni ludzie. Jeśli chodzi o lokal to w piątek po południu wyglądał jak warsztat: symfonię grały młoty, szlifierki, piły i inne narzędzia. Pył unosił się wszędzie i nie wyglądało na to, że następnego dnia będzie tam regionals. Ale był. Następnego dnia, czyli w sobotę wszystko wyglądało bardzo fajnie, eleganckie i duuuże stoły z suknem, bardzo wygodnie mi się grało. Czy było zimno? Cóż, ja założyłem, że może być zimno więc wziąłem bluzę. Żadnego zimna nie czułem przez cały turniej, a jak grałem blisko kominka (tak, był kominek z prawdziwym ogniem!) to było bardzo ciepło. Także jeszcze raz, wielkie gratsy dla właścicieli, super wszystko było przygotowane.

Wróćmy do gier.

Runda 1

Morphine (DWA) 2:0

morphinePierwsza runda. Morphine już poznałem na OMP-kach, człowiek legenda, twórca programów, z których korzystam robiąc turnieje i składając decki. Bardzo miły i spokojny człowiek. Sam napisał w swojej relacji, że byłem troszkę zdenerwowany. Była to mieszanina zdenerwowania i podniecenia, ekscytacji. Troszkę się stresowałem, jak pójdzie ta pierwsza gra, a przecież mierzyłem wysoko. Wiedziałem, że przyjdzie mi się mierzyć z Dwarfami, w testach miałem wyśmienite wyniki, więc wiedziałem, że kluczowe będzie dla mnie zablokowanie majlajfa w odpowiednim momencie. Udało się to w obu grach, i obie wygrałem. Trzeba przyznać, na styk. W następnej bym płonął. Ale tak to jest właśnie z grą szczurami. Trzeba ryzykować, być gotowym zagrać va banque i być na krawędzi. Inaczej się tą rasą nie da. Morphine pięknie mnie raz zaskoczył wstawieniem na Thana Wielkiej Księgi Uraz. Dobry trik, prawie kosztował mnie grę. Pierwsze zwycięstwo na drodze, jest dobrze.

Runda 2

Raskoks (SKA) 0:2

raskoksCzułem, że się spotkam z Raskoksem. Poznaliśmy się na żywo dopiero na miejscu, potem na integracji była okazja do pogadania i wypicia wódeczki. Raskoks jest bardzo fajnym człowiekiem, przyjemnie się grało. Wiedziałem, że w mirrorze będzie dużo losowości, będzie się liczyło kto zaczyna, kto co pociągnie. Ale tutaj należą się też gratsy dla przeciwnika, bo miał bardzo fajną talię, chociaż misji bym nie wrzucał (zresztą był tak szybki, że nawet jej przeciwko mnie nie odpalił chyba). Nie będę się rozwodził. Był szybszy i mnie pogonił. Ale nic to, myślę, jedziemy dalej!

Runda 3

Xasinus (EMP) 2:0

Miałem przewagę, bo przeciwnik nie znał za bardzo kart skaveńskich, nie za bardzo wiedział, co go może spotkać. Grał Imperium na skakaniu, więc był i tak dla mnie bardzo groźny – counterstrike boli cholernie. W obu grach przydała się kontrola, Burny, Seduced (haha, Lincoln!), Śmierć w Cieniach. Wszystko śmigało jak słowo boże po kościele i dałem radę. W drugiej grze Xasinus po mulliganie miał słabą rękę i ciężko mu było się rozbudować, zatem włączyłem aggro mode i pojechałem. Bardzo miła atmosfera gry i bliskość kominka sprawiła, że czułem się jak na szczurzej wigilii. Pamiętam z tej gry jeden błąd oponenta. W swojej drugiej turze zagrywam na zerówkę eksperymenty, żeby dobrać karty, w odpowiedzi dostaję żelazną dyscyplinę, to ja w odpowiedzi drugie eksperymenty, na co przeciwnik po namyśle drugą dyscyplinę. Ok, ograniczył mi dociąg, ale później zabrakło mu tych dyscyplin, jak fruwały sztylety.

Runda 4

Repek (ORC) 2:0

z repkiemOrka się trochę bałem. Repek na dzień dobry powiedział mi, że cofanie jest do czasu położenia kolejnej karty. Ok, powiedziałem, chociaż ja miałem ochotę w tym turnieju nikomu nie dawać nic cofnąć (pro gaming, a co!). Sam chciałbym w tym momencie powiedzieć, że nic nie cofnąłem w całym turnieju (zrobiłem dwa błędy i ponosiłem konsekwencje). Grało się miło, chociaż ciśnienie było poważne. Śledzie stopowały mnie skutecznie, gra była do samego końca, do ostatniego obrażenia, na styk. W drugiej Repkowi nie podeszły rzygi przez dużą część gry, dzięki czemu nie miał jak się pozbyć mojej hordy i trochę ku wspólnemu zdziwieniu wygrałem kolejną grę bez straty rundy. Naprawdę było ciężko.

Przerwa

Z wynikiem 3-1 schodziłem na przerwę. Trochę się bałem, bo we Wrocławiu było tak samo, a skończyło się 3-4. Wiedziałem, że teraz jestem bogatszy w doświadczenie i lepiej przygotowany, zatem zamiast rozważać bez sensu różne opcje udałem się na pierogi, a po ich konsumpcji dołączyłem do chińczyka, gdzie chyba ¾ turnieju siedziało. Knajpa została przejęta, super klimat!

Runda 5

Germanus (ORC) 1:2

IMG-20140118-01094Znowu Orki, znowu bardzo ciężko. Germanus jest bardzo dokładnym graczem, raczej nie robi błędów, rozważa ruchy. Dodatkową atrakcją był Jaszczur za moimi plecami. Po pierwszej przegranej grze (Wurrzag, Rzyg, śledzie, AP wracający rzyga, Wurrzag, rzyg) oddech Wicemistrza Świata dodał mi skrzydeł i zdążyłem spalić zanim cały kontrolny arsenał Orka mnie zmiótł z powierzchni ziemi. W trzeciej jednak zripowany w Kingdomie Lord of Change pogrzebał moje zamiary i w zasadzie ustawił grę. Przegrałem. Z bilansem 3:2 wiedziałem, że muszę obie wygrać, a przynajmniej wygrać jedną i jedną zremisować. Nie było innej opcji. Kości zostały rzucone. Devka, pach, leci.

Runda 6

Boreas (CHA) 1:1

z BoreasemZ Boreasem jeszcze nigdy nie grałem, ale wiedziałem, że jest diablo niebezpieczny, ma łeb na karku i skilla na najwyższym poziomie. Grał talią, którą spokojnie mógłbym nazwać antydeckiem na Skaveny. W pierwszej grze męczył mnie niesamowicie Wasting Disease, którą wracał sobie dzięki Horrific Favour. Dodatkowo Ptasior jako restrykcja był bezlitosny. Pierwszą przegrałem. W drugiej to ja przeważałem i w pewnym momencie byłem już pewny wygranej. Boreas wtedy poddał grę, dodatkowo zauważając, że jedną strefę spalił mi Daemon Princem, który miał na sobie tylko jeden żeton (dezorientacja wynikała z tego, że Boreas nie kładł żetonów, tylko używał kostki do zaznaczania, ile ma żetonów). Gramy ostatnią, ale zostało już bardzo mało czasu. Jak to powiedział Boreas, “włączam tryb obronny”. Wystawił Sorcerera w pierwszej turze i następnego w drugiej. Co ciekawsze, obu mi się udało zdjąć, ale nie starczyło już czasu, by spalić).

Runda 7

Arczi (DE) 2:1

arczi2

Zagadka: gdzie jest Arczi?

Mecz o wszystko. Jak na złość, przyszło mi go grać z nemesis mojej talii – Mrocznymi Elfami. Dodatkowo prowadzonymi przez świetnego gracza – Arcziego. W bardzo miłej atmosferze toczyliśmy bardzo zacięty pojedynek. Pierwszą wygrałem ja, w drugiej było blisko. Pamiętam ostatni atak, miałem dwa grube szczury i dwie inne jednostki. Arczi zdjął mi wszystko po deklaracji atakujących poza jednym szczurem, którym spaliłbym rzucając na niego eksperymenty. Problem w tym, że miałbym po tym 3 karty na ręce, a Arczi miał jeszcze jeden zasób i w decku/na ręce (nie wiedziałem gdzie) ostatni Shattered Thought. Rzuciłem eksperymenty i mówię: “powiedz mi proszę, że nie masz tego Shattered Thought, że wygrałem”. Nie powiedział tego, strzaskał mi myśl i gramy trzecią. Bój był zacięty i na minutę przed końcem udało mi się spalić. Podskoczyłem aż z miejsca z okrzykiem zwycięstwa, zwłaszcza, że usłyszałem ze stolika Borin-Przemo, że tam jest remis. Upragniona topka była moja.

I teraz miało miejsce najsmutniejsze wydarzenie w całym turnieju. Pewnie większość z Was już o tym słyszała, lub czytała. Zobaczyłem, że Borin z Przemem dyskutują, wiedziałem dobrze o czym jest ta dyskusja. Niestety, Borin poddał grę Przemowi i z remisu zrobiło się zwycięstwo Przema. Zwycięstwo, które zamiast 12 punktów dało mu 14, a tym samym ja (13 punktów) zająłem 9 miejsce z bilansem 4-1-2 i wypadłem poza topkę. Cóż mogę powiedzieć, było mi bardzo smutno, bardzo źle. Łzy złości spływały mi po policzkach. Cały trening, wszystkie przygotowania, wszystko jak krew w piach. Wtedy byłem wściekły i rozżalony. Dziś nie jestem. Takie jest po prostu życie. Robimy to, co możemy najlepiej i liczymy, że będzie dobrze. Ale nie zawsze jest. Nie zawsze wszystko da się przewidzieć, nie zawsze nasze best będzie good enough. I tak było wtedy. Odbyłem długą rozmowę z Borinem, z Przemem (który w ćwierćfinale trafił na swój antydeck, więc nie powalczył). Napiłem się z nimi wódki, wyjaśniliśmy sobie wszystko. Przemo, Borin, zostawmy to za nami. Wtedy miałem żal, dziś go nie mam. Jasne, jeszcze co jakiś czas wraca do mnie, że to mógł być ten dzień, to zwycięstwo, ten sukces. Ale po prostu nie był. Nie był to ten dzień. Ten dzień jest jeszcze przede mną, ten dzień jeszcze nadejdzie i przyjdzie czas triumfu. Jest na co czekać, jest o co walczyć. I bardzo dobrze – głód gry mam większy niż kiedykolwiek. To nie jest tak, że zwycięstwa nas budują. Najbardziej budują i hartują nas porażki i z tą lekcją wyjeżdżałem w niedzielę z Krakowa po to, by już w poniedziałek spotkać się z kolegami w Warszawie i cisnąć w Inwazję! Dlatego właśnie kocham tę grę!

Integracja, podziękowania, całuski, cukiereczki, ciasteczka

top3

TOP3

Finałowe gry oglądałem tylko przez ramię, bo już skupiłem się na integracji. Tego nie da się opisać, klimat był niesamowity, była wódeczka, były historie, był śmiech, były kiełbaski, wygłupy, wódki przy barze, tańce na stole, rajdy po Krakowie, zebranie FAQ Teamu, papierosy przed lokalem. Słowem, był klimat – jak zawsze. Dla tych ludzi warto jeździć na regionalsy, warto zbierać kaskę, warto czekać.

Anegdotka z integracji. Wracając pijany jak szpadel do hotelu zgubiłem się deczko. Patrzę, a tam stoi grupa takich hardkorowych dresów zabijaków. I ja w swoim zamroczonym umyśle wymyśliłem, że “ci są z pewnością miejscowi, więc dobrze ogarniają”. Podszedłem więc do nich i bełkotliwie pytam: “Panowie, na Garbarską to w prawo czy w lewo”. Na co oni deczko osłupieli, bo chyba nie spodziewali się, że ktoś do nich podejdzie z własnej woli. W końcu jeden wskazał ręką kierunek i powiedział: “w prawo”. Przeżyłem.

FAQ

Nocna zmiana, czyli obrady FAQ Team

Ok, na koniec jeszcze jedna kwestia. Wielu z Was czeka na informację o regionalsie w Warszawie. Chciałbym Wam powiedzieć, że pracujemy nad tym. Ja się w zeszłym tygodniu dowiedziałem, że jestem poważnie chory, wczoraj dowiedziałem się, że bardziej, niż myślałem do tej pory. Przepraszam, za te osobiste wynurzenia, ale one wpływają na moją zdolność do ogarniania. Ogarniam na tyle, na ile mogę, jutro na turnieju będę o tym rozmawiał z chłopakami na turnieju. Czy regionals w Warszawie stoi pod znakiem zapytania? Z pewnością tak. Czy się poddajemy? Z pewnością nie.

W tym miejscu chciałbym bardzo, bardzo serdecznie podziękować Ekipie Krakowskiej (należą im się duże litery) za zorganizowanie tego regionalsa. Był to świetny turniej, nagrody były bardzo ciekawe (maty piękne, super stolica drewniana!, bardzo fajny pomysł z drewnianymi znacznikami spalenia i żetonami z eliksirami oraz skinkiem). Wszystko było tip top, bardzo mi się podobało i dziękuję raz jeszcze.

Na podziękowania zasługują także szczególnie Makabrysio i Szycha, z którymi ramię w ramię przyszło mi walczyć i zginąć na krakowskiej ziemi. To był piękny bój, dziękuję chłopaki!

Gratuluję topce. Nie było lekko. Virgo, wielkie gratulacje za zwycięstwo w turnieju, postawiłeś kropkę nad i w swojej inwazyjnej karierze. Gratuluję też wszystkim, którzy wzięli udział i walczyli. Żaden pojedynek który rozegrałem nie był łatwy, poziom był bardzo wysoki.

To tyle ode mnie, do zobaczenia na następnym regionalsie, mam nadzieję, że u nas!

koniec

Na zdrowie!

Reklamy
Categories: FAQ, Meta, neutralne armie, Ogólne, regionalsy, Skaven, Turnieje, Uncategorized, Zasady | Tagi: , , , , , , | 4 Komentarze

What is dead may never die – relacja z Regionalsa w Gdańsku.

All good things come to an end…

IMG-20131208-00969

Pięknie!

Powrót do rzeczywistości po tak fantastycznym regionalsie jest bardzo trudny. Całym pięknem naszych inwazyjnych spotkań jest to, że na jeden weekend wszystkie problemy – nieszczelne okna, przybijająca praca, czy inne rozterki – znikają i ustępują miejsca zabawie i rywalizacji. Na dwie doby stajemy się dowódcami, którzy prowadzą swoje armie do boju, toczą potężne batalie na śmierć i życie, palą i rabują, poświęcają i zabijają, budują potężne budowle i kierują różnorakimi kreaturami. Na dwie doby jesteśmy znowu dziećmi, które cieszą się z tej świetnej zabawy. Potem trzeba wracać do rzeczywistości, ale zostają nam po tych chwilach wspomnienia, które także chciałbym zachować w tym wpisie.

Nie będę za bardzo koncentrował się na swoich grach, bo jak już pewnie wszyscy czytający wiedzą, zająłem ostatnie miejsce. Zawsze jest tak, że ktoś musi je zająć, każdy marzy o tym, żeby to nie był on, ale po prostu ktoś musi. I w jakiś dziwny, fetyszystyczny sposób cieszę się, że to ja je zająłem. Złożyłem talię, która nie miała prawa działać, nie przetestowałem jej wcześniej na niczym, użyłem rasy, która raczej wiadomo, że nie miała szans przebicia się do czołówki, a przez ostatnie dwa miesiące byłem tylko dwa razy na turnieju, z czego raz musiałem dropować po drugiej turze. Przy czym żeby było jasne. Ja się nie usprawiedliwiam. Ja tylko piszę, że za te wszystkie grzechy spotkała mnie należyta kara. Duma gracza oczywiście została urażona, ale tym bardziej chcę teraz pojechać do Krakowa i Wam wszystkim wklepać.

Nach Danzig czyli Wiatr się wzmaga.

Z braku wolnego dnia w pracy (tak, tak, w wigilię też będę kiblował) nie mogłem pojechać rano, jak to mam w zwyczaju, więc pociąg miałem dopiero 14.30. Orkan Ksawery pokazał swoją siłę akurat, gdy jechałem na Dworzec Centralny. Pierwszy raz w życiu widziałem śnieg padający poziomo. Orkan Power niestety nie dostało limited i tak było przez dużą część drogi. Wybrałem pociąg. To według mnie najlepszy środek transportu podczas długiej zimy. Zamiast 4,5 godziny jechałem prawie 7, ale dojechałem w miarę wygodnie i w cieple.

Nie każdy miał takie szczęście. Dex z GilGaladem i Selverinem jechali 8 godzin i dojechali na 2 w nocy. Radaner z Majestym jechali z 15 dojeżdżając na godzinę przed rozpoczęciem turnieju, a Alan i Oreł nie dojechali wcale i byli zmuszeni do pozostania na noc w Bydgoszczy i przyjazdu jakimś megaporannym pociągiem następnego dnia. Nie dojechali, bo autosbus którym mieli jechać brał udział w wypadku, w którym zginęły 3 osoby. Kolega, którego poznałem na turnieju – Yogi – jadąc samochodem na turniej miał z kolei wypadek, który spowodowała jakaś kobieta. Wypadek na tyle poważny, że zabrali jej prawo jazdy. Jadąc pociągiem myślałem, że to ja mam pecha w dojeździe – jak się okazało miałem farta i to dużego.

Najważniejsze, że wszystkim, którzy chcieli dojechać, udało się dotrzeć na turniej w jednym kawałku. To pokazuje, jaka determinacja drzemie w graczach inwazji!

Z całej Polski ludzie są tu!

IMG-20131206-00871

Rozgrzewka przed sobotą.

Ja dojechałem na 21.10 na Gdańsk Główny, skąd miałem 10 minut piechotą do hotelu. Jak się okazało w trakcie podróży, Zygi mieszka naprzeciwko mojego hotelu, a że tam miała być integracja, to miodzio! Zameldowałem się, szybki prysznic i lecę do chłopaków. Tobiaco był dobry człowiek i po mnie wyszedł. Dodam tylko, że orkan już prawie opuścił wtedy Gdańsk i ludzie oraz zwierzęta nie latali już nad miastem, tylko poruszali się pieszo.

Jak się okazało byłem pierwszy. Spożyliśmy z Zygim i Tobiaco orzeźwiające napoje i popiliśmy je wódką. Chwilę później przyjechał Białystok reprezentowany przez Virgo, Kowala i Ptaszka. Podlaski prowiant wyjechał na stoły i impreza rozkręciła się na dobre. Niewiele później (albo czas leciał mi tak szybko) pojawiła się część ekipy z Bydgoszczy, czyli Marcin i Góral. Gadaliśmy o inwazji (spiseG!) caaaaaaaały czas – super było znowu poczuć ten klimat przed turniejem regionalnym. Niesamowite uczucie, polecam. Nagle zrobiła się druga i pomyślałem, że warto by było jednak pójść spać. Akurat jak miałem wychodzić pojawiła się ekipa z Warszawy (bez

IMG-20131206-00864

„A tak będę tłukł szczurami!”

Trybsona na szczęście), czyli Dex, GilGalad i Selverin. Pogadaliśmy chwilę i zawinąłem się do hotelu. Tam jeszcze doszlifowałem swoją talię (ale śmiesznie to nawet brzmi), spisałem decklistę, obejrzałem Wojewódzkiego (była żona Lewandowskiego, no nie dało rady nie obejrzeć) i poszedłem spać w nadziei, że Las pokaże jutro swoją siłę. Pokazał mi faka. Ale prawdziwy las pokazał coś innego ekipie z Warszawy, nocującej w akademiku. Mianowicie dzika. Normalnego, pełnowymiarowego dzika, który biegał sobie koło akademika. Dex myślał, że to kot [poprawka: Dex mówi, że nie myślał, że to kot, tylko zawołał na niego „kici kici”].

20131207_031301

Kot, czyli dzik.

Czas bohaterów

IMG-20131207-00872Na miejsce turnieju dojechałem w miarę wcześnie, był czas pogadać z ludźmi, rozejrzeć się po lokalu, wypić klina i zaaklimatyzować się. Niesamowicie się cieszyłem, że mogę znowu brać udział w regionalsie i zbić piątki z wszystkimi, którzy przyjechali. Szkoda trochę, że nie dopisał Wrocław i Kraków, ale mam nadzieję, że zobaczymy się już w styczniu!

Bez większej obsuwy zaczął się turniej – miejsca do gry dużo, wszystko sprawnie i elegancko, wielkie gratulacje dla organizatorów! Skoro jestem przy organizatorach, to w tym miejscu chciałbym powiedzieć, że turniej był bardzo kozacko przygotowany. Wszystko sprawnie i elegancko, miejscówka idealna do tego typu wydarzeń. Nagrody bardzo syte: gry planszowe, morze książek, maty dla TOP8 i za ostatnie miejsce, koszulki na karty, pudełka, karty z alternatywnymi artami, bloki kart do wycięcia. Było na co  popatrzeć i z czego wybierać. I o co walczyć.

IMG-20131207-00888

Spoils of War!

Walka nie była moim celem na ten turniej, bardziej przyjechałem dla zabawy i integracji. Ale powiem Wam, że to jednak błąd. Rywalizacja i chęć zwycięstwa jest potrzebna, daje dodatkową zabawę, której ja nie miałem. Na szczęście w każdej grze miałem miłych przeciwników, więc nie było tragedii. Ale jak ktoś jedzie na turniej totalnie i wyłącznie for fun, to może się okazać, że tego funu będzie mniej, niż się spodziewa.

Ale może po kolei. Ostatnio bardzo mało grałem, nie miałem ograne w zasadzie nic, poza Chaosem na spaczaniu z Bydgoszczy. Zanim wyszło Hidden Kingdoms marzyłem o tym, żeby pojechać na regionalsa szczurkami. Jak wyszło Hidden Kingdoms byłem pewien, że pojadę na regionalsa szczurkami. Podzieliłem się tym z paroma osobami. Z każdej strony słyszałem, że jak DE położą żeton na Hekartii to po mnie. Zacząłem o tym myśleć, ale jakoś strasznie się nie przejmowałem, bo nie zależało mi na wyniku, więc nawet jak miałem przegrać, to co? Potem zrobiłem jeden wieczór testów z kolegami „nie turniejowymi” i szczurki dały radę elegancko, leśnymi przegrałem wszystko. Jedynie Chaos walczył. Niemniej jednak widmo Mrocznych krążyło nad skavenami, więc jakoś pomyślałem, że może jednak ten chaos. Poszedłem nim zatem na turniej środowy w Warszawie. Przegrałem dwie pierwsze gry (z DWA i DE) po czym musiałem zdropować. Zatem Chaos nie. I tak jakoś się zakręciłem, że jak Chaos nie, szczurki nie, to może te leśne. I jak kretyn je wziąłem i złożyłem na dzień przed turniejem w zasadzie. Dodam tylko, że Skaveny również miałem ze sobą w pudełku. Wystarczyło je wyjąc i zagrać. Zabrakło mi jaj.

Moja talia: http://deckbox.org/sets/550136

IMG-20131207-00882Generalnie nie napiszę Wam za bardzo, co talia miała robić, bo w tym momencie sam nie wiem. Pamiętam, że jak w pierwszej grze wziąłem rękę startową to pomyślałem: „ok, to jaki masz plan na grę?”. I wtedy – niestety dopiero wtedy – uświadomiłem sobie, że oto nie mam żadnego planu na grę, nie czekam na żadną kartę, bo i tak niewiele zrobię. Jasne, coś tam kontrolowałem Pielgrzymkami czy Spalić to!, ale to była „jakaś tam” kontrola. Mogłem atakować pojedynczymi jednostkami, ale przy kontroli w dzisiejszym meta jedną jednostką to można się pobawić w zaciszu domowym, ale to  co kto lubi, ja nie wnikam.

Zatem moment, w którym mnie olśniło, że nic na tym turnieju nie zdziałam, że prawdopodobnie przegram wszystko był trochę przygnębiający. Chodzi o to, że w takim maksymalnym przegrywaniu nie kryje się żadna zabawa. Cały dzień z zazdrością patrzyłem na Tobola i kibicowałem mu ogromnie do samego końca armii z kanałów.

IMG-20131207-00885

Runda I

Kowal (DE) 1:2

Udało mi się jedną wygrać. Kowalowi nie podeszła kontrola, ja poszedłem maksymalnie w battlefield i po prostu zdążyłem. W pozostałych dwóch nie miałem za wiele do powiedzenia, kontrola ręki i decku zrobiła swoje. Przeciwnik bardzo spoko, kupiłem od niego stolicę, którą zrobił dla mnie z przesłanego artu. Stolica super pro, jak ze sklepu. Miło się piło w piątek wieczorem, miło się grało w sobotę rano.

IMG-20131207-00883

Runda II

Tobiaco (DE) 0:2

Mecz przyjaźni. Tobiaco jest mega spoko gościem, miło się grało. Tu byłem kompletnie bez szans, zostałem skontrolowany, bez kart na ręce. Totalny nokaut.

Runda III

Nilis (EMP) 1:2

IMG-20131207-00900Kolejny mecz przyjaźni, z Mateuszem. Rywala znałem dobrze, bo gramy na warszawskich turniejach. Jest wspaniałym imperialnym graczem, zawsze niebezpiecznym. Do tego pasjonat, więc zawsze gra się miło. Przegrałem, nawet nie miałem szans walczyć (sam nie wiem jak jedną ugrałem). Załatwiła mnie zapętlona infiltracja, którą dostawałem tura za turą. Najśmieszniejsze jest to, że udało mi się pociągnąć dwa Karnozaury, a że miałem 4 zasoby,  bo stał Corp Polybog (który wyeliminował Elitę Osterknachtów) na którego Imperium nie miało jak zdjąć, to je wystawiałem i atakowałem. Ale zaraz wszedł Wilhelm i Karnozaury zamieszkały w Królestwie. Ale spoko, miałem 14 kasy na turę. Ciągnąłem niestety jedną kartę, więc było po zabawie.

Runda IV

IMG-20131207-00903

Darkblue (LIZ) 0:2

Jedyna przedstawicielka płci pięknej na turnieju, miło było zagrać. Już wcześniej siedzieliśmy koło siebie dwa razy i była okazja się sobie przedstawić. Jaszczurki jak to jaszczurki – mocne uderzenie, bez żartów. Polybogiem blokowałem legendę, ale moje jednostki były dobrze kontrolowane – wsparciami się nie da wygrać. W miłej atmosferze przegrałem kolejny pojedynek i na tym etapie widmo przegrania wszystkiego było już poważne.

Runda V

Yogi (ORC) 0:2

IMG-20131207-00896Po przerwie, w której posililiśmy się solidnie, zasiadłem do gry o matę. Na tym etapie wiedziałem już, że i tak będę wracał na tarczy do domu – czemu by nie wrócić z matą? Powiem tak. Miałem szansę powalczyć w tej grze, ale odpuściłem. Po prostu straciłem serce do walki, potężny las zamienił się w plątaninę ostrokrzewów, krzaków i chwastów. Dąb Wieków się zsechł, Dziki Gaj został splądrowany, Ariel odleciała (swoją drogą nie położyłem legendy chyba przez cały turniej). Po prostu straciłem serce do walki i nawet nie walczyłem. Przeciwnik bardzo miły, to on właśnie miał przygodę z samochodem i kolizją po drodze na turniej. Co ciekawe, nawet gdybym zaciekle walczył to dostawałem na twarz Inwazję Snotlingów jedną za drugą, Grimgora z rytuału i pozostałe wisienki z orczego tortu. Porażka i pełne politowania spojrzenia ludzi dookoła.

Runda VI

Bartek (ORC) 0:2

IMG-20131207-00898

Tu były jaja. Podchodzi na oko dziesięcioletni chłopczyk, którego poznałem podczas pierwszej gry bo grał obok mnie. Nie chciał ode mnie alternatywnego żetonu spalenia. Dobrze się nauczył, żeby nie brać prezentów od obcych. Okazało się, że ostatnią grę gramy razem. Co śmieszniejsze, okazało się także, że nawet remis sprawi, że nie będę ostatni i nie będzie maty. No to, myślę sobie, świetna okazja żeby się podłożyć. Młody będzie miał frajdę, że wygra coś, a ja będę miał matę. Poza tym mnie ostatnie miejsce nie zaboli bardzo, nie wejdzie na ambicję ani nie zniszczy mojej miłości do gry. Zatem już chciałem je zająć. Myślę sobie – spoko, podłóż się i po sprawie. Otóż nawet nie zdążyłem zacząć się podkładać. W pierwszej grze w trzeciej turze moja sytuacja była tak beznadziejna, że miałem jedną strefę spaloną, w drugiej 6 obrażeń i dwie Inwazje Snotlingów. Mówię do młodego – „stary, spaliłeś mnie w trzy tury!”. Na co on mówi z pełną powagą: „takie są Orki”. No to teraz już totalnie mam wjechane na ambicję, myślę sobie „podłożyć się zdążysz, teraz graj na super serio i wygraj to na 1:1”. Zaczynamy grać, nawet zdążyłem spalić jedną strefę, ale w następnej turze sam spłonąłem. Orc Warboss, dwie strefy w jedną turę, dziękuję, dobranoc. Mówię zszokowany: „gratuluję”. No co młody wyciąga zegarek z kieszeni, patrzy na niego, na mnie i mówi: „11 minut”, po czym odchodzi. I tak to właśnie finis coronat opus, mój upadek stał się faktem.

I znowu nocy było mało

IMG-20131207-00909

Dla mnie w tym momencie zaczęło się afterparty. Organizatorzy pozwolili mi wybrać sobie matę. Chociaż tyle dobrze, bo wziąłem sobie matę skaveńską. Naprawdę nie wiem, co ja z tym Wood Elfami myślałem… No nie wiem… Umówiłem się z Tobolem, że jak on wejdzie do TOP8 to mu oddam tę matę, bo mu się należała 100 razy bardziej niż mi. Ale nie wszedł do TOP8 ulegając w najlepszej szesnastce Barry’emu, który grał na kombo-kociołku. Obserwowałem całą grę i było mi bardzo szkoda Tobola i szczurków, bardzo im kibicowałem. Oglądałem gry topki, piłem wódeczkę z różnymi ludźmi (tu szczególne pozdro za ciekawe rozmowy przy wódeczce w trakcie topki dla Metatrona i Górala, a także dla Tobola, z którym utopiliśmy w kieliszku smutek po przegranej Skavenów) i bawiłem się przednio.

IMG-20131207-00915

Kibicowałem też kolegom z Warszawy. Selverin uległ w TOP16 Dexowi. Szkoda, że musiał się odbyć bratobójczy pojedynek, taka sama sytuacja była w pierwszej rundzie topki na MPkach, gdzie Dex mierzył się z GilGaladem. Tym razem Dex wyszedł zwycięsko z derbów i wszedł do TOP8. To samo udało się GilGaladowi i mieliśmy dwóch reprezentantów w ćwierćfinale. Tam Hubert musiał uznać wyższość talii Wojta, który zamiatał Chaosem i w efekcie ugrał trzecie miejsce na turnieju.

IMG-20131207-00911

Dex natomiast twardo szedł po mistrzostwo, ale na drodze stanął mu Mistrz Europy, the one and only Radaner Łódź. Mimo dopingu, jaki robiliśmy Dexowi, nie udało się naszemu enfant terrible pokonać Piotrka i ostatecznie zajął drugie miejsce. W trakcie finału wszystkich zgromadzonych spotkała dodatkowa atrakcja, a mianowicie Zygi grający w GTA2. Pozdro Zygi, Gouranga! I pamiętaj: damn nation! No donation, no salvation!

IMG-20131207-00918

Podczas ważenia finalistów.

IMG-20131207-00921

Gouranga!!!

IMG-20131207-00922

Pojedynek o beczkę Bugmana.

Turniej się skończył, zwycięzcy pobrali spoilsy, które – jak już pisałem były bardzo okazałe. Przyszedł czas na integrację, na której miałem okazję wystąpić. Było bardzo miło, byliście świetną publicznością. Po obejrzeniu filmu zdecydowałem się nie umieszczać go jednak w necie. Są na nim poza mną inni ludzie, a że godzina była już późna (po 23.00) i integracja toczyła się w najlepsze, nie każdy był w stanie zupełnej trzeźwości, dobrą polityką jest zachowanie tego dla siebie. Mam nadzieję, że wszyscy to rozumieją.

IMG-20131207-00938

Mistrz!

IMG-20131207-00943

Wicemistrz!

IMG-20131207-00954

III miejsce!

IMG-20131207-00945

Finaliści i organizatorzy – zdjęcie przyjaźni:)

Późniejsza integracja na zawsze pozostanie w naszej pamięci, było gruuuubo, a kto nie był, niech żałuje!

Dodam tylko, że było bardzo wiele dodatkowych atrakcji, umilających nam integrację, takich jak konkurs siłowania na rękę z Filkiem, czy gry i zabawy zespołowe.

IMG-20131207-00966

Dykta nie miał sobie równych w konkursie im. Filka

IMG-20131207-00959

IMG-20131207-00914

IMG-20131207-00930

Tym zdjęciem zakończę relację z integracji.

Na koniec chciałbym podziękować wszystkim, którzy włączyli się w organizacje tego wydarzenia, w szczególności  Zygiemu. Dzięki wszystkim, z którymi grałem za bardzo miłą atmosferę i przyjemne gierki. Dzięki wszystkim, którzy oglądali mój stand-up i dobrze się przy nim bawili. Tu szczególne pozdro dla Michnika, któremu słowo „dupa” od razu kojarzy się z frazami „za darmo” i „dla wszystkich”. Naprawdę Michnik, nie wiedziałem, że to w Tobie drzemie. Dzięki wszystkim, z którymi mogłem porozmawiać, wypić i świetnie się bawić. Duże pozdro dla ekipy warszawskiej!

IMG-20131207-00965

Still Alive!

To był wspaniały regionals, którego z pewnością długo nie zapomnę.

Do zobaczenia w Krakowie!

Long live the Invasion!

(ps. Jeśli ktoś nie chce, żeby jakieś zdjęcie było zamieszczone niech da znać, usunę.)

Categories: Gdańsk, regionalsy, Turnieje, wood elf | Tagi: , , , | Dodaj komentarz

Zmagania ligowe – Siła z Gór

3Wczoraj mieliśmy trzeci turniej ligowy w Warszawie. Strasznie żałuję, że nie mogłem być na pierwszym, ale postaram się nie opuścić już żadnego. Klimat na turnieju jak zwykle wyśmienity, grając razem parę miesięcy ekipa się już dość mocno zgrała, co uświadomiłem sobie tydzień temu, kiedy chłopaki zrobili mi super niespodziankę, o której pisałem w poprzednim wpisie.

Jeśli chodzi o talię, którą postanowiłem zagrać to wziąłem talię drumdaara z Katowic, o której możecie poczytać na naszym forum: http://whinvasion.pl/viewtopic.php?f=5&t=3220

Biorąc pod uwagę, że drumdaar elegancko wyłożył o co chodzi w talii, ja skupię się na swoich przemyśleniach oraz na grach i wynikach z wczorajszego turnieju. Po pierwsze, bałem się trochę grać tą talią. Z jednej strony nie wiedziałem, czy nie będzie znowu wielu talii DE, a z drugiej rzadko grałem do tej pory krasnoludami i nie jestem ekspertem w tej rasie. Ponadto, przeglądając talię kilka razy stwierdziłem, że do jej prowadzenia trzeba mieć skilla. Temat ten poruszał też drumdaar, talia wymaga ogrania, a ja miałem grać nią pierwszy raz. Rzeczywiście, ciekawe rozwiązania (takie jak Pielgrzymka, Serpent i Tunnel Fighter w jednej talii) sprawiają, że trzeba dużo przewidywać, kombinować i po prostu myśleć. Wcześniej dużo grałem orkami i w porównaniu z graniem tą talią granie orkami to bułka z masłem.

Według mnie świetnym rozwiązaniem jest tu wrzucenie My Life x 2 i Master Rune of Valaya x 2. Zastanawiałem się przed turniejem czy nie zmniejszyć liczby kart do 52 poprzez wyrzucenie dwóch valai, a dołożenie jednego majlajfa. Byłby to ogromny błąd – valaja się przydała niesamowicie, a brak potrzeby poświęcania pod nią jednostki był genialny. Zasoby na nią nigdy nie stanowiły problemu.

Dużym rozczarowaniem była dla mnie żelazna dyscyplina. Użyłem ją raz podczas turnieju, ale mam świadomość, że grałem przeciwko taliom, które nie targetują w zasadzie. Na wczorajszy turniej lepszą kartą byłyby Posiłki. Jestem pod wrażeniem możliwości tej karty, jaram się na potęgę.

Ogólnie wielki szacunek drumdaar za świetną talię. Zająłem nią wczoraj 4 miejsce w niełatwym warszawskim środowisku.

I runda

2:1 O’Jerry (Chaos)

2

Ciężka przeprawa, ale zakończona zwycięstwem. Jerry gra chaosem od kołyski, więc wie co i jak. Był ciężkim przeciwnikiem. W pierwszej grze miał kiepskie dojście, przewaga ekonomiczna którą zdobyłem była nie do nadrobienia i w sumie gładkie 1:0. W drugiej grze zostałem brutalnie i maksymalnie skontrolowany. Dwarf Cannon Crew poszło do piachu, supporty wyczyszczone dzięki misji – zostałem z pustym stołem a przeciwnik z bombami, poświęcarkami i Sigvaldem w grze. Żeby było jeszcze weselej to jak nie poddając się włożyłem supoport i jednostkę to dostałem dwa razy Beastmen Incursion i zrozumiałem, że czas grać trzecią grę. Partia decydująca najciekawsza, miałem niesamowity start (Wioska w quest, kanonka wyciągająca ancestrala w kingdom i z devek tunelarz w quest) i w drugiej turze miałem 5 zasobów i 4 karty. Opcji było mnóstwo, ale nie należy lekceważyć potęgi chaosu, który z lojalkami samymi może się podnieść nie mając żadnych młotków. Walka była zacięta i kluczowym momentem w grze było uratowanie przeze mnie tuneli górniczych, kiedy Jerry zagrał Den i chciał mi z misji na której siedział spawn zdjąć support. W odpowiedzi, za 2 zagrałem pielgrzymkę na spawna, którą kisiłem (zostawiając co turę zasoby) od dwóch tur. Nie widziałem nigdy takiej napinki na zdjęcie spawna, like ever. Pierwsza runda do przodu.

II runda

Selverin (DWA) 1:1

Mirrorów się bałem, a jak się dowiedziałem, że gram z Selverinem to morale na chwilę opadło. Ale pomyślałem sobie, że walczymy. Skończyło się remisem, raczej klasycznie. Był wyścig na majlajfy i tu się świetnie przydały valaje, naprawdę robiły grę. Pierwszą przegrałem, napór był za silny, a gracz za dobry. Druga gra to mój szaleńczy atak, a Tomka obrona. Obaj byliśmy bardzo rozbudowani, ja spaliłem jedną strefę, Tomek jedną i tak się bujaliśmy. W ciągu 3 tur zaatakowałem go łącznie za chyba 76 obrażeń. 14 przeszło i to wystarczyło. Na trzecią grę mieliśmy 5 minut. Tomek zaczynał i od razu zaczął od szybkiego naporu – wiedziałem, że tak będzie, każdy doświadczony gracz by to zrobił. Ja zatem przyjąłem taktykę obrony, bo atak nie miał sensu ze względu na to, że Selverin napór zaczął pierwszy. Obrona Czestochowy czyli Kingdoma była zażarta, ale miałem na ręce 2 majlajfy i valaję, więc nie mogło się skończyć inaczej niż remisem. Dobra gra, wymagająca.

III Runda

Dex (ORC) 0:2

Tu kompletna porażka. Nie byłem w stanie skontrolować orka, mimo że naprawdę się starałem i w drugiej grze do zera wyczyściłem stół Dexowi. Ale po prostu było to niemożliwe. Powiem tylko, że w drugiej grze, w trzeciej turze przeciwnik miał Wurrzaga i dwa rzygi na ręce, a ja jedną prawie spaloną strefę i trzy inwazje snotlingów obok swojej stolicy. Także no jak można dać radę – no jak?

IV Runda

Pablo (ORC) 1:0

1Bałem się tego orka, ale Pablo mnie pocieszył mówiąc: „spokojnie, ja to potrafię spierdolić”. Lubię grać z Pablem, bardzo ciepły i sympatyczny człowiek, dużo humoru w grze i zero spinki. W pierwszej szybki Serpent zaczął zabijać, a jak umarł zarzygany to utrzymał pozycję, a po drugiej bohaterskiej śmierci w odmętach trollich rzygowin zastąpił go kolega. Palenie było nieustające, Pablo nie miał jak zniszczyć devek w battlu. W drugiej grze już nie było tak różowo, dostawałem rzygami, Grimgorami i innym zielonym tałatajstwem, aż miło. Pablo miał jednak słaby dociąg i mimo posiadania na ręce z 20 kart nie mógł znaleźć nic do spalenia, a musiał zapakować aż trzy strefy. Jest to jednak ryzyko talii kontrolnej na Wurrzagu, że może być ciężko palić, zwłaszcza krasnale. W pewnym momencie zostało 7 minut do końca, ja miałem po kilka obrażeń w dwóch strefach i jedną czystą, w dłoni 2 valaje i jednego majlajfa, pielgrzymki i obrońców gdzie trzeba, także wiedziałem że dowiozę zwycięstwo. Bardziej nastawiłem się na obronę i atak – w taki to oto typowo krasnoludzki rozważny sposób twardziele z gór pokonali orczą hordę.

2-1-1 to całkiem dobry wynik biorąc pod uwagę stopień skomplikowania decyzji w talii i fakt, że grałem nią po raz pierwszy. Jestem bardzo zadowolony, polecam wypróbować!

Categories: Chaos, Krasnoludy, Liga, Orki, Testy talii, Turnieje, Uncategorized | Tagi: , , , , , | Dodaj komentarz

Inwazja pozytywnie zakręconych – wspomnienie Turnieju Regionalnego w Bydgoszczy

IMG-20130628-00563Kurz bitewny dawno opadł, turniej w Bydgoszczy jest już tylko wspomnieniem, poznaliśmy już relację Kubali (błyskawicznie napisaną!) oraz Przema. Nadszedł czas, żebym i ja podzielił się swoimi wrażeniami z tego wyśmienitego turnieju.

Przygotowania

Mam dwa oblicza. Z jednej strony jestem pod wpływem mocy Chaosu – nieprzewidywalny i targany skrajnymi emocjami. Z drugiej zaś drzemie we mnie imperialny perfekcjonista, który musi mieć wszystko poukładane. W sprawach wszelakich przygotowań górę nad szalonym Mr Hyde bierze jednak Dr Jeckyll, który jak nie zaplanuje – nie zaśnie. Dlatego też bilet na pociąg oraz hotel zarezerwowałem sobie z miesięcznym wyprzedzeniem. Dwa dni przed turniejem wydrukowałem mapki wrzucone przez Alana (propsy za mapki – full pro), wziąłem w pracy urlop na piątek, wydrukowałem decklistę, potwierdzenia i bilety, włożyłem wszystko w teczkę i byłem lock&stock, czyli w pełni gotowy na podbój największego grodu województwa kujawsko-pomorskiego.

Jedyne, czego na etapie przygotowań żałuję, to tego, iż nie udało mi się zmobilizować chorągwi warszawskiej w większej liczbie dzielnych wojów. Po ostatecznym przeliczeniu szabel okazało się, że Inwazji na Bydgoszcz dokonamy w sile czterech: Ostry, Selverin, Mikals i Wasz uniżony skryba. Ze wstępnego rozeznania wynika, że na Mistrzostwa Polski pojedziemy dużo mocniejszym składem, także nie ma co płakać, patrzymy w przyszłość z optymizmem.

Wracając jednak do przeszłości, silni, zwarci i gotowi czekaliśmy, kiedy wybije godzina zero.

Dzień przedgrandfather_nurgle_by_xleshiyx-d5besm9

Wreszcie nadeszła długo wyczekiwana chwila – wyjazd. Na Dworcu Centralnym, gdzie rozpoczęła się przygoda spotkałem się z Ostrym, z którym dzieliliśmy trudy podróży zarówno w jedną, jak i w drugą stronę. Wyjechaliśmy dzień wcześniej, żeby spokojnie dojechać, przejść się po Bydgoszczy i pograć jeszcze trochę przed turniejem. Podobnie było we Wrocławiu i myślę, że jest to dobre rozwiązanie.

W naszym przedziale siedziała kobieta, która kaszlała, jakby miała gruźlicę. Trochę nas to martwiło, bo zaraza Nurgla ma to do siebie, że lubi się rozprzestrzeniać, ale postanowiliśmy nie przejmować się tym, choć zaraz po przyjeździe mieliśmy w planach wypić trochę napojów na bazie spirytusu celem oczyszczenia organizmu i odpędzenia ewentualnych sługusów Dziadka.

Podróż upłynęła nam na rozmowie, w zasadzie cały czas o Inwazji. W tym miejscu chciałbym podziękować Ostremu za ten wyjazd. Według mnie to zdecydowanie gracz ze ścisłej polskiej czołówki i przywilejem (nie bójmy się tego słowa) było z nim rozmawiać o grze. Podczas tego weekendu bardzo dużo się nauczyłem, na pewne zagrania zacząłem patrzeć inaczej, poznałem pewne aspekty gry, na które wcześniej nie zwracałem uwagi. Dodatkowo, zrozumiałem jak ważny jest odpowiedni mindset, którego do tej pory nie doceniałem, choć w pokerze był dla mnie podstawą. Chłonąłem wiedzę jak gąbka, co przydało się również na turnieju. To w dużej mierze dzięki radom Ostrego udało mi się wejść do topki i zająć wysokie miejsce. Dlatego też chciałbym tutaj również Pawłowi podziękować.

IMG-20130628-00562

Silni, zwarci i gotowi!

Po odświeżeniu się w hotelu wyszliśmy na miasto, gdzie spotkaliśmy się z Mikalsem i jego dziewczyną. Po posiłku i kilku głębszych udaliśmy się do naszego hotelu celem ogrywania talii. Po drodze zaszliśmy jeszcze do sklepu, gdzie kupowaliśmy prowiant na wieczór. Za mną w kolejce stała grupka dresiarzy. Ja kupuję: woda, cola, jest pasta do zębów?, aha nie ma, to jeszcze może… rum! Pakuję wszystko do siatki, na koniec flaszkę, odwracam się, a jeden z dresiarzy kiwnął do mnie głową dając do zrozumienia, że zakup zaaprobował. Pierwsze spotkanie z lokalną społecznością nastroiło nas pozytywnie na następny dzień.

Talie testowaliśmy z Ostrym do ok. 3 rano. Mikals nie chciał siedzieć tak długo, ale jest to zrozumiałe, biorąc pod uwagę, że przyjechał z przeuroczą towarzyszką, z którą również chciał spędzić czas. Testy upłynęły w pozytywnej atmosferze choć – jak to zwykle bywa – wywróciły wszystko do góry nogami i tak to płynnie przechodzimy do rozdziału poświęconemu talii, którą grałem.

The Deck

IMG-20130628-00564

Testerzy

Jadąc do Bydgoszczy byłem przekonany, że będę grał Dark Elfami na End Times. Konkretnie miałem na myśli deck, którym Daniel z Winvasion wygrał kanadyjskiego regionalsa (http://deckbox.org/sets/393440). Dokonałem w nim jednak zmiany wyrzucając Vile Sorceress a dorzucając trzeciego Walking Sacrifice oraz dwóch Mannfredów (według mnie jedna z kluczowych jednostek dla tego typu talii i chyba nie pomyliłem się, bo Przemo również go miał). Z pełnym przekonaniem jechałem tym deckiem, miałem wydrukowaną na niego decklistę, byłem spokojny.

Mój spokój od samego początku zaczął burzyć Ostry, który stwierdził, że nie powinienem tym grać, ponieważ nie jest to optymalny deck, da się to złożyć lepiej, a poza tym nie jestem ograny. Mocno natomiast przekonywał mnie, że powinienem jechać Chaosem który miałem we Wrocku, bo tam mogłem zajść daleko, gdyby nie błędy.

IMG-20130629-00567

Powiększenie tego zdjęcia pomoże odgadnąć tajne hasło;)

Nie powiem, siał ziarno na żyzną glebę, ponieważ mocno rozważałem wzięcie Chaosu. Do tego stopnia mocno, że miałem go ze sobą na wszelki wypadek. Ostatecznie, jak wszyscy wiedzą zagrałem nim (po drobnych zmianach), ale może po kolei. End Timesem chciałem jechać ponieważ trochę obraziłem się na Inwazję. Stało się to po ostatnim przed Bydgoszczą turnieju, kiedy to nie dość, że zostałem zmiażdżony, to jeszcze mój Unleashing został zastopowany przez disdaina rzuconego z kasy z Waystonów, o czym zresztą już płakałem na blogu. Coś wtedy we mnie pękło, obraziłem się na grę i stwierdziłem, że End Times będzie odpowiedzią na wszystkie moje problemy i troski. Nie był.

Po długich debatach i rozważaniach późną nocą w hotelowym pokoju zdecydowałem się jednak na Chaos. Wpłynęła na to analiza meta, jaką dokonaliśmy z Ostrym (wywiad i analiza pola bitwy przed walką to podstawa; Sun Tzu, Sun Pin, elo). Stwierdziliśmy, że będzie dużo Dark Elfów, z którymi dobrze sobie radziłem. Ponadto, talią byłem ograny, mogłem grać z zamkniętymi oczami. Postanowiłem jednak zmodyfikować ją w stosunku do tej z Wrocławia, ponieważ niektóre karty mi wtedy bardziej przeszkadzały, niż pomagały. Wyrzuciłem:

Savage Gors – talia i bez nich ma mocne uderzenie, poza tym musiałem ich wkładać w battlefield, co psuło mi koncepcję ciągnięcia maksymalnej możliwej ilości kart.

Long Winter – kontrolę devek mam w tali dzięki Księciu Demonów i Desacrated Temple, więc dodatkowa nie była aż tak potrzebna. Zresztą, zamiast kontrolować devki wolę wjeżdżać przeciwnikowi z buta w twarz, więc zimy nie pasowały do koncepcji.

Plague Bomb – najbardziej dyskusyjna według wielu zmiana. Rzeczywiście, bomba się świetnie sprawdza w kontroli jednostek. Ale jest taktyką, kosztuje 3, ma 3 lojalki a za tyle to mi się zdarzało strefę palić. Dlatego też jednak wypadła.

Daemonsword – kiedyś wydawało mi się, że ta talia bez mieczyka nie ma prawa bytu. Daje trzy młotki i dwa wytrzymałości, a drawback w postaci corruptu jest tutaj akurat dodatkowym atutem. Niemniej jednak zauważyłem, że jednostka z mieczykiem zawsze jest celem numer jeden przeciwnika, który zrobi wszystko, żeby ją zdjąć, podczas gdy bez miecza jednostki są często lekceważone. Dlatego też trudna, ale chyba słuszna decyzja.

O tym, co dodałem za chwilę. Ważne dla mnie było również, żeby talia miała równo 50 kart – znów za sprawą Ostrego, który przekonał mnie po długiej debacie, że jedna karta więcej jednak robi różnicę, a trzy więcej czasem przegrywają grę. Ciężko było rezygnować z kart, ale udało się. Ostatecznie talia zmieniła się z control na aggro-control i wyglądała tak:

Aggro-Control Khorvak Quest Desant

(http://deckbox.org/sets/373889)

Jednostki – 20

2 x Daemon Princekhorvak

3 x Fledgling Chaos Spawn

3 x Blue Horrors

3 x Pink Horrors

3 x Warhounds

3 x Sorcerer of Tzeentch

3 x Khorvak Grimbreath

Taktyki – 13

3 x Blood Summoningblood

3x Offering of Blood

2 x Seduced by Darkness

3 x Warpstone Experiments

2 x Unleashing the Spell

Misje – 3

3 x Raiding Camps

Wsparcia – 14

3 x Disc of Tzeentchdisc

3 x Northern Wastes

3 x Rift of Battle

2 x Den of Iniquity

3 x Desacrated Temple

Wielu młodszych stażem graczy prosiło mnie, żebym opisał jak cała talia działała, więc poświęcę temu parę linijek. Ogólnie zamysł był prosty. Ładuję wszystko w misję poza Książętami i jak najdłużej utrzymuję przeciwnika w przekonaniu, że jest bezpieczny. W kluczowym momencie cała eskadra ładuje w strefę, dopalam Unleashingiem i – co często było niespodzianką – Offeringiem. Przy okazji kontroluję jednostki pieskami i ptaszkami, devki księciem i świątynią a suporty Raiding Campsami. Krótko o poszczególnych kartach. Postaram się napisać tak, żeby doświadczonych graczy nie znudzić, a wręcz zabawić:

IMG-20130629-00576

Myślicie że to finał? To pierwsza runda. Emocje od rana do wieczora.

Daemon Prince – bardzo rzadko używany do palenia, najczęściej do kontroli devek. W stosunku do Wrocławia zmieniłem liczbę z 3 do 2. Nie jest to kluczowa jednostka, a przy takim dociągu 2 wystarczy jak mam – zdąży się poświęcić, co trzeba.

Fledging Chaos Spawn – do poświęcania pod Księcia i Offering, do spaczania pod Summoning. Ponadto pod eksperymenty do dociągu. Warto zaznaczyć fakt, że podpakowany eksperymentami pomiot z dyskiem w strefie z riftami niemalże sam pali strefę. Nie wiem czemu mnie przymuliło i we Wrocławiu miałem tylko dwa, tu naprawiłem ten błąd.

Pink Horrors i Blue Horrors – żeby wchodziły razem trzymając się za rękę i śpiewając piosenkę. Niebieskie nawet jak schodzą, to wchodzą więc dobry deal. Czasem robiły świetne starty, jak wychodziły 2 + wioska rasowa + summoning + piesek.

IMG-20130629-00571

Zwycięzca maty we własnej osobie – Mistrz!

Warhounds – pieski to podstawa, tania jednostka która daje nam młotki zabierając je przeciwnikowi. Must have.

Sorcerer of Tzeentch – jeśli chodzi o chaosowe restrykcje to według mnie numero uno. Ptaszek jak wchodzi to odpala przeciwnikowi zegar. Jak wchodzą dwa to odpalają ból dupska. Daje nam młotki, zabierając je przeciwnikowi, czego chcieć więcej.

Khorvak Grimebreath – musi być razy trzy. Wchodzi za darmo z Summoninga i od razu generuje wcisk, ciśnienie, strach i przerażenie. Chowajcie swe dziatki, Khorvak ma naprawdę srogi oddech.

Blood Summoning – MVP tej talii, zdecydowanie najważniejsza karta. Robi fantastyczne starty, pozwala wstawić Khorvaka i od razu zaatakować. Bardzo ważna w grze przeciwko Mrocznym Elfom i kradzieży zasobów, bardzo popularnej w pometatronowym meta. Daje też fałszywy spokój przeciwnikowi, który myśli, że pewnych jednostek nie wystawię z braku kasy, a tu jednak witam Pana Ptasiora!

Offering of Blood – moja niespodzianka dla wszystkich, którzy myśleli, że mają jeszcze turę, że uda się przewisieć na devce, ale najbardziej dla tych, którzy z uśmiechem na ustach mówili „czyli zadajesz siedem, więc jeszcze nie palisz”. Otóż już palę, pani kierowniczko, ja palę cały czas, można powiedzieć non-stop palę. Offering pozwala na niedopalenie stref, co również daje fałszywe poczucie bezpieczeństwa przeciwnikowi. Przy założeniu, że odpalam wszystkie Offeringi to na stolicy oponenta mam gwarantowane po trzy obrażenia w każdej strefie. To znacząco zmniejsza ilość obrażeń, jakie potrzebuję zadać, żeby skończyć grę, zwłaszcza przy użyciu Unleasha. Niedoceniana, ale wybitna karta.

IMG-20130629-00569

Warszawa – Wrocław
Long live the Invasion!

Seduced by Darkness – nie ma się co rozwodzić. Spowalnia przeciwnika, a jak trzeba to spacza mi jednostkę, którą muszę użyć do ataku a nie mam spaczonej, np. Spawn z dwoma eksperymentami i dyskiem na sobie. Tylko 2 kopie, trzecia wypadła, ale wyrzucałem z ciężkim sercem. Jednak nie jest to kluczowa karta, a przeciwnik często nie zdąży mnie zaatakować na tyle skutecznie, żebym musiał się desperacko bronić. Ponadto, DE za dużo nie atakują, a przecież analiza meta była pro robiona.

Warpstone Experiments – najlepsze o wpół do dziesiątej rano, czyli przed questem dla kart + później do wcisku. Ich brak w takiej talii to karygodny błąd.

Unleashing the Spell – znany i lubiany chaosowy finiszer. Nie zliczę nawet gier, które kończyły się stwierdzeniem „… no i anlisz”. Tu również z ciężkim sercem wyrzuciłem jedną kopię, ale trzy to jednak za dużo, bo potrzeba tylko jednego, żeby skończyć. Poza tym to nie jest tak, że jak nie dojdzie to nie da rady wygrać gry.

Raiding Camps – misja dociągająca karty, czyli to, co demony lubią najbardziej. Poza tym podstawa kontroli wsparć, według mnie aktualnie jedyna grywana chaosowa misja (może poza Beastmen Incursion, ale to jednak specjalna misja)

IMG-20130629-00574Disc of Tzeentch – w zastępstwie za Khorvaka pozwala atakować z boku, daje dodatkowy młotek i położony na spawnie sprawia, że przeciwnik zaczyna mieć ciężkie wybory, co zabijać. Koniecznie razy trzy, we Wrocławiu miałem dwa i to było za mało.

Northern Wastes – tanio, szybko, Dosia.

Rift of Battle – mnożnik obrażeń, dla nas prawie niegroźny, chyba że jakieś Sally Forth, mirror, albo uporczywa obrona w queście, który prawie zawsze jest obstawiony, więc którego najczęściej i tak nie ma sensu atakować.

Den of Inquity – Generalnie do kontroli jednostek przeciwnika razem z zestawem do usuwania devek i kamienia nazębnego. Dla mnie najsłabszy punkt talii, nie spełniał aż tak dobrze swojej roli. Według mnie można spróbować wrzucić coś innego, może jakiś support z jedną lojalką (ale jak myślę o Northern Forge to od razu mam mieczyk przed oczami).

Desacrated Temple – pogromca devek, świetne wsparcie. Z Księciem robi bardzo dobrą robotę.

Podsumowując: niszczyć, spaczać i palić, palić, palić!

Pył bitewny

IMG-20130629-00572

Ogłoszenia parafialne od MC Alana!

Po krótkim śnie i solidnym śniadaniu stawiliśmy się na polu bitwy, czyli w Cafe Kino. Świetna miejscówka, bardzo klimatyczne miejsce z cytatami i zdjęciami z filmów na ścianach. Bardzo fajnie podzielona sala, w której graliśmy – na stoły dla topki, salę główną i salę płaczu, żalu i sromoty, czyli tak zwane „przy kiblach”. Było wygodnie i przestronnie, świetnie to Alan ogarnąłeś!

Wiele razy było to już powiedziane, napisał to także Przemo w swoim wpisie, ale napiszę to i ja: to dla takich chwil człowiek gra w Inwazję. Dla tych ludzi, którzy tak jak Filku mówią: „Jak zrobisz regionalsa w Warszawie to przyjeżdżam nawet w Boże Narodzenie”, którzy jak Przemo są chodzącymi legendami tej gry, czy jak Czarny – są chodzącym fluffem. Dla tego klimatu, wspaniałej atmosfery, która sprawia, że człowiek czuje, że jest to prawdziwe święto, a nie tylko sobota. Dla emocji, dla radości wygranej i goryczy porażki, dla trzech pajączków na pierwszej ręce, dla topdeck Hemmlera ciągnąc jedną kartę, dla odpalenia komba i zablokowania odpalenia komba, dla szalonych talii i pomysłów. Wystarczy pobyć na takim turnieju chwilę i człowiek widzi pasję w oczach graczy. To naprawdę piękne przeżycie dlatego nakurwiać na MP-ki wszyscy!

A zatem do rzeczy – runda zasadnicza.

Runda 1

Drixen (DE, przewijarka) 2-0

IMG-20130629-00570Przed pierwszym pojedynkiem zawsze jest delikatny stres i spinka. Ja starałem się temu zapobiec poprzez techniki relaksacyjnego oddechu, luźne i przewiewne ubranie, odpowiednie nastawienie psychiczne i 100 gram czystej, co tam najzimniejsze macie w lodówce. Przeciwnik raczej zrelaksowany, miły, ale chyba nie spodziewał się do końca, czego może się spodziewać, bo nie do końca ogarniał, jak działa Unleashing. Nie przeszkadzał mi za bardzo we wrzucaniu kolejnych kart do questa, bo to wspierało jego mechanikę przewijania. W pewnym jednak momencie uderzałem nagle za milion i mimo, że Drixen próbował podejmować środki zaradcze zabijając mi jednostki było już w zasadzie za późno. Nie wyrzucał mi kart z ręki, więc Unleashing spokojnie czekał na swoją chwilę i w obu grach zakończyłem właśnie w ten sposób, chociaż w drugiej byłem już rzeczywiście bliski przewinięcia. Uchroniło mnie jednak poświęcenie jednostek na Offeringa, co dodatkowo pozwoliło zmiękczyć stolicę przeciwnika. Pierwsze koty za płoty.

Runda 2

Oreł (IMP, rush na wojownikach) 1-2

IMG-20130629-00575

Obawiam się, że mam kłopoty…

Wiedziałem, że z Imperium nie będę miał lekko. Oreł to bardzo przyjemny człowiek, miło się grało i integrowało. W pierwszej grze miał baja, więc siadł pełen zapału i chęci do gry. Ja również byłem nastawiony bojowo, dopóki nie zobaczyłem trzech milicji i trzech drummerów w battlu i nie usłyszałem: „za dziewięć w kingdom”. Wtedy pomyślałem, na Slaneesha, emergency, źle się dzieje w państwie duńskim. Nie wyszedłem z tego i gramy drugą grę. W drugiej spokojnie, wysypuję się z młotków, Oreł wychodzi z supportów po bokach i milicjantów w battla. Chwilę później grabię jego obozy, wsparcia zburzone a w oczach milicji zobaczyłem strach i przerażenie (później Imperial Production Corporation nakręciło o tym całkiem dobry film: Fear and Loathing in Middenheim). Zatem 1-1 i przystępujemy do ostatecznego boju. Szybki kościółek i odpowiedni zestaw dyscyplin skutecznie uniemożliwił mi likwidację jednostek, a zatem i supportów. Mi zazgrzytało w dociągu i po długiej walce poległem.

Runda 3

Okoń (HE, wcisk na Star Dragonach za darmo) 2-1

24-28Niezrażony porażką przystąpiłem do kolejnej gry choć już nie na stoliku numer jeden, a numer sześć. O przegranej już nie myślałem, zgodnie z nastawieniem, że każdy pojedynek jest odrębną całością, nie ma co patrzeć w przeszłość i trzeba grać swoje. Okoń miał najciekawszą talię, jaką widziałem na turnieju. Generalnie chodziło o zagrywanie jak największej ilości spelli normalnie i z wiatrów dla zasobów z Watchstone of Athel Tamara. Później za spelle w discardzie za darmo wchodziły smoki i paliły. Nawet jak zeszły, to szybko wracały z Gift of Life. Okoń miał też sporo misji, które odrzucał do anulowania akcji Magiem Loeca. Szukałem talii na deckboxie i forum, ale Okoń się nie podzielił chyba. Szkoda, bo mimo iż na koniec był 19ty, to jednak jedno zwycięstwo zamiast przegranej mogło mu dać topkę. Nasze gry były zacięte, ale jednak kawałek tego decku musi przemielić, żeby dokopać się do smoków i zrzucić odpowiednią ilość spelli. Poza tym nie było jak i czym palić raczej. Ja zaś starałem się być szybki, bo zrozumiałem na dzień dobry o co chodzi w talii (widziałem już podobną – coś takiego kombinował swego czasu Arhra). Mimo wszystko pierwszą grę przegrałem, toteż musiałem spiąć się w sobie i wygrać drugą. Wiedziałem, że na Unleashing nie mam co za bardzo liczyć, bo i tak zostanie anulowany, a przebrzydłego maga ciężko było zdjąć. Postawiłem na brutalną siłę i udało się. Wydaje mi się, że Okoń popełnił błąd olewając moje Summoningi. Gdyby je anulował, trudno by mi było pospaczać jednostki i mogło się skończyć rumakowanie [edit: Virgo mnie poinformował, że spaczenie to koszt, więc i tak by się spaczyły. Zatem mój strach był nieuzasadniony]. Przeciwnik ewidentnie czekał jednak na Unleashing, bombę lub Burn it Down. Z tym Burnem to ciekawa historia, bo mimo że go nie miałem przeciwnik wkręcił sobie, że mam. Wystarczyło położyć pierwszą devkę w battla. Oczywiście, mówimy o kumatym przeciwniku, bo taki, który nie patrzy co się dzieje na stole, albo nie wiąże tego co się dzieje na stole z tym, co może zostać zagrane, nie da się podpuścić. To tak jak w pokerze, czasem wygodniej gra się z lepszym przeciwnikiem niż totalnym nowicjuszem. Wracając do pojedynku z Okoniem, drugą grę udało mi się szybko wygrać, na trzecią zostało nam z dziesięć minut. Walka była zacięta, kiepski dociąg u przeciwnika i brak poważnej kontroli sprawiły, że znowu rozhuśtałem machinę – udało mi się spalić na minutę przed końcem. To był naprawdę ciężki pojedynek, dzięki Okoń (i podziel się talią!).

Runda 4

Marcin Odziemski (DE, combo na Lordzie i kociołkach)

IMG-20130629-00578

Debiut Mikalsa – focia obowiązkowa

Do gry przystąpiłem z werwą wywołaną zwycięstwem w ciężkim pojedynku z Okoniem oraz spowodowaną trudną, aczkolwiek przyjemną relacją pomiędzy mną a kolejną zimną setuchną. W tym miejscu zresztą również podziękowania dla obsługi lokalu, która musiała się ze mną użerać jak rozlewałem soki i co chwilę domagałem się garnucha. Byliście pro, a dziewczyny bardzo ładne (co nie zmienia moich uczuć do koleżanki z Wrocławia, jesteś the best). Okej, gram z DE. Nie za bardzo się boję, bo grałem już przeciwko temu combu więc wiedziałem co i jak. Miałem też dodatkową motywację, bo Marcin w poprzednich rundach pokonał Mikalsa i Ostrego, zatem wróżda rodowa była rozkręcona na całego – rachunki musiały zostać wyrównane, a wizerunki mafiosów filmowych na ścianach spotęgowały chęć vendetty. Marcin wyluzowany, na początku naszej gry spożywał jakieś dary boże w postaci drożdżówki czy innej bułeczki na ciepło. Przeciwnik zrelaksowany to przeciwnik pożądany. Grałem więc w taki sposób, żeby utwierdzić Marcina w przekonaniu, że nie stanowię dla niego zagrożenia i uderzyć znienacka. W pierwszej grze się udało. W drugiej Marcin już był bardziej uważny i udało mu się odpalić combo. Tu muszę przyznać, że miałem tak parszywy dociąg, że kląłem Bogów Chaosu za ten szajs. W trzeciej grze było dużo mind game i liczenia obrażeń na stolicy przeciwnika oraz ilości moich kart w decku. Kluczowy okazał się tu Offering, którego nie pokazałem w poprzednich grach przeciwnikowi, a który odpalony razy trzy spalił druchii na turę przed przewinięciem. 3-0-1, wstąpiła we mnie dodatkowa nadzieja na topkę, choć miałem lekcję z Wrocławia, że każda porażka może zakończyć turniej.

Runda 5

Angian (DE, talia mistrza Europy 2013 czyli przewijanko z discardem ręki) 2:0

IMG-20130629-00577

Organizator w akcji!

Na typ etapie miałem wrażenie, że ten turniej wygląda jak przechodzenie Mortal Kombat. Z każdym zwycięstwem przeciwnik był coraz trudniejszy i na przedostatnim poziomie natknąłem się na Angiana, bardzo dobrego gracza. Spotkaliśmy się już we Wrocławiu, gdzie również wygrałem, dlatego też wiedziałem, że przeciwnik będzie zmotywowany podwójnie. Niemniej jednak wiedziałem także, że mimo wszystko będzie to bardzo przyjemna gra, gdyż Angian jest bardzo miłym i kulturalnym człowiekiem. W pierwszej grze miał naprawdę zabójcze wyjście, ale na moje szczęście ja miałem imba!!!111oneone. Jeśli dobrze pamiętam to wyszedłem ze spawna, trzech horrorów, rifta, misji, khorvaka za spaczenie horrorów z Summoninga, którego to Khorvaka spaczyłem Seduced i pozbywając się całej ręki zaatakowałem za 8 w swojej pierwszej turze. Angian nie mógł po prostu nic zrobić. W drugiej grze nawiązał walkę i Caught the Scenty wyrzucały mi co trzeba z ręki. W kluczowym momencie Shady wyrzuciły nie tę kartę, którą trzeba było (Angian miał 33,3% szans) i również z tego pojedynku wyszedłem zwycięsko. Pamiętam, że naszą grę obserwował jeden z młodszych graczy, którego wybitnie zdziwiło, dlaczego ja gram rifty w questa, skoro one służą do ataku. Kolega został poinstruowany, że ja palę z boku, na co ze zdziwieniem zapytał: „jak to z boku?”. Cieszę się zatem, że mogłem zaprezentować ciemne sztuczki nowemu graczowi. Ze statami 4-0-1 nie wiedziałem jeszcze, że mam zapewnioną topkę, myślałem tylko o kolejnym przeciwniku. Kto nim będzie? Z tablicy i moich wyliczeń wynikało, że może to być Metatron. Oczywiście, stresik delikatny miałem, bo wiadomo: Metatron to Metatron. Niemniej jednak Dark Elfy nie były dla mnie najstraszniejszym przeciwnikiem, więc spokojnie czekałem, co się wydarzy a kiedy ogłoszono paringi usłyszałem, że gram z…

Runda 6

Przemo (DE, End Times) 2:1

… Przemem. W brzuchu zrobiła mi się kulka, zestresowałem się poważnie. Popatrzyłem na Ostrego, który patrząc na mnie zrobił smutną minę, która świadczyła, że to nie na mnie by stawiał, jakby na szybko otworzyli obok bukmacherkę. Niemniej jednak poklepał mnie po plecach i życzył powodzenia. Przez głowę mi przebiegło, że 4-0-2 po przegranej z Przemem też mi da raczej topkę buchholzami, ale szybko otrząsnąłem się z tej myśli: gram o wszystko! Idąc do stolika myślałem o tym, że będę grał z żywą legendą tej gry. Dla mnie Przemo jest właśnie legendą i jakbyśmy byli kartami to on byłby pacjentem, którego rzucasz na środek stolicy i masz młotki w każdej strefie. Dodatkowo smaczku dodawała myśl, że to pojedynek blogerów i że gram o topkę w turnieju regionalnym. To uczucie, którego życzę wszystkim graczom – takich chwil się nie zapomina. Przez całą grę starałem się zachować spokój. Pojedynek przebiegał w naprawdę fantastycznej atmosferze. Mieliśmy nawet jednego kibica – Tobiaco – który w pełnym skupieniu przyglądał się grze. Gram, robię swoje, wykładam kolejne jednostki, spaczam, atakuję i nagle widzę, że jak nie poleci End Times to w następnej wygrałem. Tak się stało. W drugiej szybkie nietoperze i zrzucanie kart z ręki sprawiło, że co bym nie robił – Koniec Czasu musiał nastać. Nie wyciągnąłem nic konkretnego i gramy trzecią. O wszystko, przynajmniej dla mnie, bo Przemo był już w topce na pewno przechodząc turniej jak burza i rozjeżdżając wszystkich jak walec. Przemo zaczyna. Walking Sacrifice i Mannfred na Heroic Task. Widzę już, że jak go nie zdejmę to będzie krucho. Dociągam ósmą kartę i widzę drugiego pieska. Zatem piesek, pokazują Spawna, Summoning na pieska, zagrywam drugiego pieska, pokazuję spawna i von Carstein poszedł do piachu. Wstąpiły we mnie nowe siły. Walka była jednak zacięta, Przemo IMG-20130629-00580zrzucał Muckiem rękę i dociągał kolejne karty. Wiedziałem, że każdą z nich może być ET ale robiłem swoje i po kolejnym moim ataku byłem turę od zwycięstwa. Przemo w swojej turze pociągnął kartę i podał mi rękę z uśmiechem. Prawdziwa klasa. W tym momencie wybuchły we mnie emocje, byłem tak szczęśliwy, że ciężko to opisać, jak mały dzieciak. Nie zapomnę tego nigdy i życzę każdemu graczowi.

Dla tych którzy wytrwali do tego momentu mały smaczek. Otóż Przemo podczas gry powiedział: „świetna talia, średni koszt karty 1,25, nieźle”. Poczyniłem zatem odpowiednie kalkulację i powiem, że trafił prawie w samą dziesiątkę. Otóż średni koszt karty w mojej talii wyniósł 1,22, czyli coś jak nieśmiertelne „1zł + VAT”. JESTEM W TOOOOOOPCE!!!

W 60 minut dookoła topki

IMG-20130629-00581Emocje sięgały zenitu, ale musiałem trochę ochłonąć i coś zjeść, zwłaszcza że na tym etapie byłem już po solidnym pół litra czystego spaczenia i coś ciepłego do jedzenia było dobrym pomysłem. Nie oddalaliśmy się za daleko, Selverin gdzieś zaginął, więc poszliśmy z Ostrym, Mikalsem i Kasią (która wiernie kibicowała do samego końca turnieju). Wybraliśmy ogródek, który był połączonym ogródkiem trzech lokali: w jednym była pizza, w drugim wódka, a w trzecim nie wiem co było, bo wódka i pizza w doborowym towarzystwie mi wystarczała. Złączyliśmy stoliki z Radanerem, Marcinem Odziemskim i ekipą, żeby wspólnie posilić się przed topką. Podczas obiadu padł jeden z najlepszych według mnie tekstów tego dnia, a autorem był Radaner. Brzmiało to mniej więcej tak: “Nie rozumiem dzisiejszego meta, jak można tak grać. Zagrywam kartę z ręki, zagrywam kartę z grobu, zagrywam kartę z dupy. Mam dziesięć kart na ręce, dziesięć w grobie i dziesięć na stole. Jest druga tura, grasz.” Zbieraliśmy się z 5 minut ze śmiechu i na fazę pucharową szliśmy w wyśmienitych humorach. Nie czułem już większego stresu, osiągnąłem plan maksimum i wszystko ponad byłoby tylko wisienką na torcie. Chciałem grać o zwycięstwo, ale byłem spokojny.

Ćwierćfinał

IMG-20130629-00586Po przybyciu na miejsce dowiedziałem się, że gram z Wojtem, a nie jak zakładałem z Kubalą. Nie zmienia to faktu, że moim przeciwnikiem miało być Imperium, co nie było dobrą wiadomością. Z Wojtem nigdy wcześniej nie grałem, okazał się bardzo kulturalnym i sympatycznym przeciwnikiem. Gry graliśmy w skupieniu, ale w pozytywnych nastrojach i bez spinek. Bez narzekania i usprawiedliwiania się, ale muszę napisać, że nie dość że miałem najgorszego z możliwych dla mojej talii przeciwników, to jeszcze był on tego dnia w świetnej dyspozycji (o czym świadczy zwycięstwo w turnieju), a ja miałem takie szambo za każdym razem na ręce, że wychodziłem z jednego młotka, co w mojej talii jest tragedią. Wojt w obu grach wyszedł dokładnie tak samo. W Kingdom milicja, kościółek i zoo, czego nie miałem jak ściągnąć. W drugiej turze Hemmler z taksą w questa i nara. Później dochodził Karol. Obie tak wyglądały. Robiłem co mogłem, siliłem się na najbardziej pro zagrania jakie znam, ale ten pojedynek to było starcie leśnych band partyzantów z uzbrojoną po zęby, pancerną III Rzeszą. Przegrałem 2-0, ale byłem szczęśliwy. Jasne, żałowałem że nie wszedłem dalej bo mam naturalną ciągotkę do rywalizacji, ale chapeau bas dla Wojta – świetna talia, świetne ogranie, świetny turniej. Gratuluję serdecznie zwycięstwa! Na tym etapie odpadł też Selverin, który ostatecznie zajął 6 miejsce. Szkoda, ale 25% topki stanowili gracze z Warszawy, co bardzo cieszy. Za wyeliminowanie mnie z turnieju Wojt otrzymał ode mnie specjalny żeton spalenia z Game Night Kita. Ja natomiast od Garrovsky’ego przypinkę imperialną. I to jest właśnie ten klimacik, który lubię!

Nocne Polaków rozmowy, czyli integracji czar

IMG-20130629-00601Po skończeniu gry zająłem się razem z pozostałymi kibicowaniem Final 4 czyli Wojtowi, Kubali, Przemowi i Czarnemu. Jak wszyscy wiedzą turniej wygrał Wojt, drugi był Przemo, trzeci Kubala i czwarty Czarny. Ja zająłem 5 miejsce i tym samym ustanowiłem sobie wysoko poprzeczkę na następne turnieje. W ramach nagrody zgarnąłem grę “Kolejka” (i jestem bardzo zadowolony, bo od dawna chciałem ją mieć), a także komplet stolic przygotowanych specjalnie na regionalsa oraz wypasioną płytkę Alana – serio chłopaku, bardzo mi się podoba. Po rozdaniu nagród spakowaliśmy manatki i zawinęliśmy się w podróż do lokalu na integrację.

IMG-20130629-00589Miejscówka była bardzo przyjemna, mieliśmy dla siebie całą wielką salę, była okazja spokojnie pogadać i wypić. Oczywiście, tematem przewodnim była Inwazja i przeżycia mijającego dnia, ale zeszliśmy na różne tematy, jak to podczas nocnych Polaków rozmów bywa. Highlightami wieczoru było nasze rapowanie z Alanem, Filku i jego hiperaktywność, beef Alana i Okonia (“Zawisza jedzie na sześć pociągów do was!”) o życiu i wszystkim, co z nim związane, oraz ogólnie wyśmienita zabawa do późnych godzin nocnych. Kto nie był, ten niech żałuje, bo jest czego! Z taką ekipą (choć niestety w okrojonym w stosunku do uczestników turnieju składzie) mógłbym imprezować codziennie. Już się nie mogę doczekać Krakowa.

Podziękowania, pożegnania, buźka, klapa, rąsia, goździk, całuski, cukiereczki, ciasteczka

IMG-20130630-00608

Spoils of War

Turniej był świetny. Zarówno poziom graczy i talii, jak i świetna atmosfera, tony klimatu i pozytywnej energii. Dlatego też ogromne podziękowania należą się Alanowi za ogarnięcie wszystkiego i nadzorowanie tematu oraz ludziom, którzy mu w tym pomogli. Chciałbym też podziękować moim wszystkim przeciwnikom za gry rozgrywane w przyjaznej atmosferze bez żadnej spinki. W następnej kolejności chciałbym podziękować Ostremu, Mikalsowi, Kasi i Selverinowi za wsparcie podczas całego turnieju, a także Nibelungowi który również dopingował mnie telefonicznie i trzymał kciuki (w Krakowie mam nadzieję, że będziemy się wspierać na żywo!). I teraz: Przemowi, Czarnemu, Filkowi, Okoniowi (dzięki za postawienie wódeczki dla wszystkich, miły gest), Ostremu, Selverinowi, Arcziemu, Nastiukowi, Michnikowi, Tobiaco, Mamutowi, Kubali, Wojtowi, Orełowi oraz reszcie ekipy z którą świętowaliśmy wieczorem. I ja też tam byłem, miód i wino piłem!

Dzięki za uwagę, mam nadzieję, że bawiliście się dobrze!

Categories: Chaos, Dark Elf, HE, Imperium, Meta, Turnieje, Uncategorized | Tagi: , , , , | 4 Komentarze

Deck, który zmienił wszystko

whipWpis trochę spóźniony, ale byłem zajęty różnymi sprawami, które nie wprowadzały mnie w nastrój do pisania. Niemniej jednak tradycji stało się zadość i krótka relacja z warszawskich zmagań ligowych ląduje na Waszych monitorach, podczas gdy ja już myślę o dzisiejszym turnieju.

Ostatnio dłużej grałem Imperium (chociaż w moim przypadku „dłużej” znaczy dwa turnieje) i chciałem odmiany. Do tego doszedł jeszcze brak czasu i weny na złożenie czegoś nowego oraz chęć zagrania najbardziej wykręconym, ale działającym deckiem of all times. Tak to właśnie podjąłem decyzję o zagraniu talią Metatrona z Mistrzostw Europy 2013. Dla tych, którzy o talii nie słyszeli, wklejam wątek z forum, w którym toczy się o niej dyskusja: http://whinvasion.pl/viewtopic.php?f=6&t=2801.

W ramach testów talią udało mi się zagrać tylko z Wysokimi Elfami Arhry i Krasnoludami Nibelunga. Przeciwnicy byli w tych pojedynkach bez szans, chyba że start był tak beznadziejny, że nic się nie dało urodzić (raz się tak zdarzyło na jakieś 4 gry). Po – krótkich, ale jednak – testach miałem ochotę zamienić jedną mapę na jedne snarsy. Jakoś nie widziałem tego tylko na dwóch kopiach tej karty. Wystosowałem nawet wiadomość do Metatrona, ale odpisał dopiero po turnieju odradzając mi zamianę. Dobrze się złożyło, bo nie zdecydowałem się w końcu na nią stwierdzając, że trzeba talię wypróbować w takim kształcie, w jakim została zaprezentowana na Assaulcie.

Runda I

Szycha CHA 1:1

Znowu popełniłem błąd polegający na graniu bezpośrednio przed turniejem, ponieważ jakoś to już tak się trafia, że gram w turnieju z osobą, z którą walczyłem przed. Tym samym Szycha był zapoznany z talią i już sobie wykoncypował, jak ją kontrować. W pierwszej grze bardzo skutecznie kontrował mi jednostkę na Heroic Tasku, a jak już wyszedł Ptasior było wChaosWarrior2 zasadzie po grze, jako że nie mam go jak ściągnąć. Poległem. Pomyślałem, świetnie się zaczyna, ale rozumiałem, że kontrolny Chaos jest bardzo trudnym pojedynkiem dla tej talii, więc bez załamki. W drugiej grze wszystko poszło już po mojej myśli i kradłem zasoby ile wlezie. Niestety, Chaos czasem potrafi poradzić sobie bez zasobów (Blod Summoning + Khorvak i ogień), więc nie obyło się bez ciśnienia, ale w końcu udało się przewinąć zapętlając mocno snarsy. W trzeciej grze Szycha nienajgorzej kontrolował, była walka i gdyby nie koniec czasu, przegrałbym. Zabrakło może dwóch tur, ale tak to już czasem bywa, że czasem czas nas denerwuje, a czasem ratuje (sentencja godna Paulo Coelho, ale co tam, zostawiam!).

Runda II

Mikals DWA 2:0

dwarfZ Krasnoludami nie spodziewałem się problemów. Złośliwość tej talii została zaprezentowana w pełnej krasie, kradzież zasobów od samego początku sprawiła, że Mikals nie był w stanie konkurować. Szybkie 2:0 i rozprawiamy o tym, jak przyjemnie jest na turniejach, popijając. Z tą grą wiąże się śmieszna anegdotka. Otóż miałem w ręce snarsy, mapę i trzy zasoby i zapragnąłem wykonać manewr dla lansu. Zagrałem snarsy (2 zasoby zostały) i myślę: „zagram mapę, z mapy Raiding Ships, z misji karta i za ostatni zasób snarsy”. Zagrywam mapę, wyciągam Raiding Ships i co? I potasuj talię. Wtasowałem sobie położone na wierzchu snarsy i tyle było lansu.

Runda III

Nilis EMP 0:2

Ha! Tu z kolei ja nie miałem NIC do powiedzenia. Nilis ostatnio miażdży niesamowicie i nie jest w stanie przebić się tylko przez Ostrego, który nie dość, że miażdży, to jeszcze wdeptuje w ziemię. Ale nie o tym miałem pisać. Nilis miał talię, która ma odpowiedź na bardzo wiele zagrań. W pierwszej grze miał tak świetną rękę, że (jak sam to ujął) od dobrania pierwszych siedmiu kart wiedział, że nie mam szans i była to prawda. Wioski rasowe, pantery, Rodryki, Wernerzy i Hemmlerzy śmigali, aż miło. Nie pomogły nawet kulty. Opiszę tylko jedną sytuację. Mam Crone z książką, kulty w pustym battlu przeciwnika, na ręce dwa Call of the Kraken i Korsarza. Przyznacie chyba, że dość bezpieczna sytuacja dla legendy, nie? (w tym momencie zatrzymajcie się i pomyślcie, jak Imperium jest w stanie ją zabić) Nilis udowodnił mi, że mogę się w tyłekemp pocałować z moją przemyślną obroną. Pod koniec mojej tury w battla na kulty leci Werner (ma na sobie jedno obrażenie, więc nadal jestem podwójnie spokojny mając Korsarza na ręku). Na początku swojej tury odpacza go na misji i ma trzy młotki. Wystawia co ma wystawić i atakuje Crone, ja rzucam wezwanie krakena, zrzucam drugie i wstawiam do obrony korsarza celując w Wernera. Werner obroniony dyscypliną. No nic, myślę, Korsarz i tak obroni legendę. Nie obronił, bo dostał pielgrzymkę i udał się do Lichenia pomyśleć o swoich grzechach związanych z targetowaniem imperialnych bohaterów. Tak oto zginęła Starucha i w mniej więcej tym stylu toczyła się cała rozgrywka. Pod kontrolę i dyktando Nilisa. Wspominałem, że miał jeszcze legendę? Miał jeszcze legendę.

Runda IV

Nibelung DWA 2:0

Cóż, turniej bez gry z Nibelungiem, to turniej stracony. Znowu padło na nas i przy jękach przeciwnika (który talię znał i spodziewał się, jak gra będzie wyglądać, zwłaszcza, że ja jego talię znałem na pamięć) siedliśmy do gry. W pierwszej partii wystawiłem Crone z Książką w pierwszej turze, co jest niesamowitym wyczynem. Do tego miałem zrzuconego infiltratora, więc Nibelung grał na jednym lub braku zasobów przez całą grę. Nie mogło się skończyć inaczej, niż zwycięstwem Mrocznych. W drugiej grze było trochę inaczej, ale znowu w pełni kontrolowałem stół przez zrzucenie szybko Serpenta i Duregana, których wskrzeszałem książką do swoich niecnych celów.

IMG-20130522-00522

Najlepsze w tym zdjęciu jest to, że nie zostało zrobione podczas turnieju, a po nim. Warszawa jest spragniona gry!

Turniej z bilansem 2-1-1 zakończyłem na 6 miejscu. Najbardziej ciekawe jest to, że miejsca od 2 do 7 miały dokładnie tyle samo punktów, więc zadecydowały małe punkciki. Tak zaciętego turnieju nie pamiętam, walka o każdy punkt i do samego końca sprawia, że do emocje ligowe nie opuszczą nas chyba do ostatniego turnieju. Osobiście walczę o utrzymanie miejsca w TOP8, co będzie dla mnie świetnym wynikiem ligowym i dobrą zapowiedzią na przyszłość.

Integracja po turnieju była jak zwykle przednia, ale o tyle nietypowa, że zaraz po ostatniej rundzie wszyscy zasiedli do kolejnych gier wyciągając swoje funowe talie. Od następnej ligi musimy zrobić 5 rund.

Dzięki wszystkim, którzy dopytywali, kiedy będzie następny wpis. Zainteresowanie motywuje do pisania, mam nadzieję, że i tym razem Was nie zawiodłem.

Categories: Chaos, Dark Elf, Imperium, Krasnoludy, Liga, Turnieje | Tagi: , , , , | 3 Komentarze

Jedna devka

devkaDzisiaj  krótko, zwięźle i na temat. Jedna devka. Jedna devka to różnica między piątym, a dziesiątym miejscem na ostatnim turnieju w Warszawie. To różnica między zadowoleniem z pozycji, a złością na siebie i na przeciwnika.

Parę słów prawdy o grze turniejowej w moim wydaniu. Kiedyś o tym wspominałem, a dobitnie pisał o tym na blogu Wiśnia swego czasu. Na turnieju chcę wygrać. Każdy pojedynek traktuję ambicjonalnie, w każdy staram się włożyć maksimum serca i umysłu. Denerwuję się na magiczne dociągi przeciwnika i beznadziejne swoje. Cieszę się, gdy szczęśliwie sam wylosuję jakąś kartę (rzadkość, believe me). Oczywiście, pozwalam cofać, wracać, zmieniać i wybierać raz jeszcze, to jednak tylko zabawa. Ale na płaszczyźnie gry, jako rywalizacji intelektualnej między dwoma zawodnikami traktuję to śmiertelnie poważnie i boli mnie porażka. Taką już mam konstrukcję psychiczną. Na ostatnim turnieju niezmiernie się zdenerwowałem, ale o tym za chwilę.

Zdecydowałem się pójść tą samą talią, co tydzień temu, czyli kontrolne Imperium z Hemmlerem. Jedyną zmianą w stosunku do zeszłej środy było wyrzucenie jednego raidera i jednych Synów Monety, a dołożenie dwóch panter. Zmianę oceniam ogólnie pozytywnie, chociaż to jednak tylko kosmetyka. Talia działała sprawnie i przyjemnie, niemniej jednak jak zakopały się gdzieś Hemmlery, Elita, Rodryki i Kościółki, to ciśnienie się podnosiło.

Do gry usiadłem tak, jak żołnierz idzie na przysięgę. Ogolony, ostrzyżony, lekko podchmielony. W świetnym humorze, z krążącą we krwi jeżynówką, w miejscówce, która latem jest totalnie fenomenalna, a że szczęście nam dopisywało i znowu mieliśmy odrębną salkę dla siebie, to jeszcze do tego mega komfortowa. Żyć nie umierać.

Runda I Nibelung DWA 1:2

serpentPo pewnej przerwie program znowu sparował mnie i Nibelunga razem, co niegdyś czynił nader często. Z krasnoludami mam bardzo ciężko, ponieważ nie jestem w stanie kontrolować ich na całego, kiedy wyskakują kanonki i wrzucają wsparcia. Poza tym majlajfy i valaye to również upierdliwe gówienka. No i MVP krasnoludzkie przeciwko Imperium, czyli (werble) MASTER… RUUUUNE… OF SPIIIIIIIIIIIIIIITE! Tak… Wracając do rzeczy, małych przykurczów z górskich tuneli bałem się dość mocno. Obawa była uzasadniona, choć akurat Nibelung nie miał w talii Spite. Miał jednak Serpent Slayera i milion devek, czyli jak jebnie to zabije. Powiem krótko. Gry bez historii. Jak Serpent był, to było źle. Jak go nie było, to w zasadzie bez stresu. W ostatniej grze jak na złość nie mogłem się dokopać do niczego, co pozwoliłoby mi uchronić się przed atakiem za sto i przegrałem. Dodam, że dobrym pomysłem według mnie jest wrzucanie do Krasnoludów dyscypliny. Często ta jedna karta robi różnicę. W tym miejscu gratsy dla Nibelunga, który był tego dnia w dobrej formie i ugrał na turnieju siódme miejsce.

Runda II Bokalus DE 2:0

Tutaj moje zwycięstwo, choć w obu grach byłem szybszy zaledwie o jedną turę. Bokalus nie zawiódł i znowu przyszedł z bardzo ciekawym deckiem. Rafał dysponuje naprawdę rzadką i godną podziwu umiejętnością tworzenia dziwnych, ale skutecznych talii. Przegrana ze mną to tylko kwestia braku ogrania talią. Nie będę zdradzał jej szczegółów, bo może Bokalus doszlifuje ją do Bydgoszczy, ale powiem tylko, że nikt nie jest bezpieczny. Talia potrafi i palić i przewijać. Muszę dodać, że pierwszy raz widzę tak skuteczne połączenie tych dwóch pomysłów na grę. Niemniej jednak popełniane błędy sprawiły, że w obu grach udało mi się spalić przeciwnika i ugrać 2:0.

Runda III Mikals (DWA) 2:1

dead eyeTo mój drugi w życiu pojedynek z Mikalsem, który jest bardzo obiecującym nowym zawodnikiem na naszej scenie, choć na razie zbiera przysłowiowe bęcki, ale któż z nas przez to nie przechodził? Niemniej jednak zaczyna się odgryzać, urywać punkty i tylko czekać należy, aż zaskoczy i zajmie wysokie miejsce w turnieju. Znowu Krasnoludy, tylko że tym razem mój koszmar się spełnił. W grze, którą przegrałem dostałem Spite w momencie, gdy na stole miałem trzech Huntsmenów, dwóch Synów Monety oraz Hemmlera. Poddałem po tej akcji, bo w zasadzie szczyściła mi stół. Nice move, sir! W pozostałych dwóch udawało mi się kontrolować – choć nie bez trudności – to, co Mikals miał na stole i wygrać. Głównie skupiłem się na dociągu kart, co okazało się dość skuteczną taktyką (chyba zawsze jest skuteczna). Także drugie zwycięstwo i wysokie miejsce w turnieju jeszcze było w zasięgu ręki, gdyby nie…

Runda IV Dex (CHA) 1:2

… koszmar w starciu z Dexem. Pierwszą grę poddałem po 5 minutach. Jak ja Synów Montety, to Dex pieska. Jak ja panterę, to Dex pieska. Jak ja wsparcie, to Dex misja, Spawn i wsparcie. Trafił mnie szlag i poddałem. W drugiej kontrolowałem dociąg przeciwnikowi, a sam dokopywałem się mozolnie do dyscyplin i kościołów, które w grze z Chaosem są kluczowe. Kiedy już przygotowałem grunt pod ofensywę wystawiłem wojsko na czele z Hemmlerem i zacząłem palenie. Trzecia gra, to dramat w stylu meczu Borussi z Malagą. Od samego początku kontrolowałem Dexowi dociąg podnosząc mu każdą jednostkę, zamieniając w devkę każde wsparcie, trzymając go w zasadzie na pustym stole z jedną lub dwiema lojalkami. W międzyczasie zrobiłem sobie warunki ekonomiczne pod atak i wyprowadziłem armię. Spaliłem Dexowi jedną strefę i zacząłem palić drugą, cały czas kontrolując. Dex nie mógł w zasadzie robić nic poza kładzeniem devek. Z raz, czy dwa razy uderzył zadając mi 4 obrażenia w battla i dwa w quest. Ja miałem jedną devkę w battlu i dwie w misji. Niestety, jak na złość nie mogłem wylosować żadnego kościoła, a tylko tego mi brakowało, żebym spał spokojnie. Dex miał już jak wspomniałem jedną strefę spaloną, a w drugiej 9 obrażeń, ale dużo devek. Atakuję Hemmlerem, dostaję spaczenie, nie mam kościółka więc zgrzytam zębami i mówię „grasz”. Dex losuje kartę (miał jedną wioskę rasową, ale dostał Infiltrację), z uśmiechem na ustach kładzie Spawna i rzuca Unleasha. Mówię, spoko, ale nie masz tylu devek, bo jak poświęcisz w battlu to sam się spalisz. Zaczynamy liczyć. Dex potrzebuje zadać 13 obrażeń, żeby mu się udało. Miał 15 devek, udało mu się. Jedna devka.

IMG-20130515-00520Z wynikiem 2-0-2 zająłem 10 miejsce w turnieju. Byłem rozgoryczony, ale cóż, tak to już bywa. Niemniej jednak wynik ten, jak również nieobecność części graczy z TOP10 pozwoliło mi wskoczyć na 8 miejsce w tabeli generalnej. Teraz tylko trzeba pracować nad utrzymaniem pozycji, czyli Stand Your Groundem. W następnym turnieju nie będę już grał Imperium, poszukam zupełnie trzeciej drogi. Mam nadzieję, że – jak niegdyś z Wood Elfami – będzie to dobry wybór.

Miłego weekendu, szykuje się całkiem upalny!

Categories: Imperium, Krasnoludy, Liga, Turnieje, Uncategorized | Tagi: , , , | Dodaj komentarz

Enemy at the Gates, czyli jak to Imperium z Chaosem mężnie walczyło

Warhammer_Mark_of_Chaos_1Emocje ligowe powróciły. Za nami 6 kolejka warszawskiej ekstraklasy rozegrana po raz pierwszy na nowej miejscówce, czyli w lokalu Solec 44. Zawodnicy zebrali się w liczbie osiemnastu, by godnie reprezentować barwy wybranych przez siebie frakcji oraz by bawić się i radować naszym cotygodniowym świętem Wojennego Młotka.

Solec 44 otworzył przed nami gościnne podwoje – udostępniono nam salę, która była tylko dla nas, także idealnie na inaugurację. Szeroki wybór ciekawych piw i innych alkoholi, a także ciekawa, właściwa tylko dla tego miejsca kuchnia oraz imprezowa i bardzo przyjazna atmosfera lokalu sprawiły, że grało i biesiadowało się bardzo przyjemnie. Mam nadzieję, że przed nami jeszcze wiele świetnych turniejów w tym miejscu.

Obrodziło nam Chaosem, aż ośmiu graczy wybrało flirt ze spaczeniem i poprowadziło armie wojennych ogarów, horrorów, demonów i innych kreatur wprost z pustkowi, którymi rządzą Mroczni Bogowie. Na polu bitwy stanęły także siły dobra, w przeważającej mierze złożone z elitarnych żołnierzy imperialnych, lecz także z krasnoludzkich zabójców oraz dumnych synów Ulthuanu. Jedynym dowódcą floty czarnych arek był Selverin, co może dziwić, biorąc pod uwagę sukces Mrocznych Elfów na Mistrzostwach Europy. Na osiemnastu graczy nie było żadnych Orków! Powiem szczerze, jak dla mnie to właśnie świadczy o nieprzewidywalności warszawskiej sceny i sprawia, że turnieje są tak emocjonujące i ciekawe. Nigdy nie wiadomo, czego się spodziewać i jakie będzie meta danego turnieju.

empireJa zdecydowałem się zagrać w miarę standardowym Imperium. Ostatnio grałem dość dużo destro i mi się znudziło. Generalnie lubię świeżość, dlatego też często zmieniam frakcje, rzadko gram długo jedną. Może nie jest to najlepsze, bo nie znam często talii na pamięć, ale przynajmniej ciągle coś nowego się dzieje.

Talia na deckboxie: http://deckbox.org/sets/373902

Założenia, jakie mi przyświecały składając talię:

– zdecydowana większość kart ma być x3

– brak udziwnień, w  prostocie siła

– Rodryk do kontroli wsparć

– Osterknachci do kontroli jednostek

– Call for Reserves do używania dwóch powyższych jednostek ponownie w zależności od potrzeby

– Hemmler do palenia

– Werner na snotlingi i kulty oraz ewentualnie do obrony questa

– Chain Lightning na rushe, Chaos i Dreamery

– Temple of Verena do wykorzystania zasobów z raidera niewykorzystanych na taktyki

 cl

Talią grało się bardzo przyjemnie. Mimo prostoty konstrukcji daje duże możliwości i wymaga dokonywania wyborów. Jest upierdliwa dla przeciwnika, bardzo szybko potrafi zrobić dobrą ekonomię. W defensywie radzi sobie świetnie. Jedynym poważnym problemem, jaki zaobserwowałem i który muszę rozwiązać jest brak firepowera do mocnego uderzenia. Walnięcie w strefę za 8 jest dość ciężkie, wymaga posiadania przynajmniej 4 jednostek w battlu, w tym Hemmlera, który przy oporze ze strony przeciwnika rani całą eskadrę. Me no likey. Niemniej jednak przy wszystkich zaletach tej talii, ta drobna wada nie przeszkadzała bardzo w graniu, a osiągnięty przeze mnie wynik wskazuje, że jest całkiem niezła.

Runda 1 (EMP – CHA 1:2)

lordPierwsza gra i niestety porażka, chociaż po zaciętej walce. Na marginesie chciałbym dodać, że bardzo cieszy mnie fakt, iż jeśli przegrywam, to coraz rzadziej 0:2, także mało kto ma ze mną łatwe zwycięstwo. Tym razem również tak było. Wylosowałem Bokalusa, który grał Chaosem z combem na Lord of Change, Barbed Snares i Sacred Cauldron w pakiecie. W pierwszej grze walczyłem dzielnie, ale dość dobra kontrola ze strony przeciwnika oraz niewystarczająca ilość młotków w battlu sprawiła, że musiałem ustąpić pola. W drugiej grze to ja kontrolowałem i Pan Przemian został zdjęty w odpowiednim momencie przez Elitę Osterknachtu. W trzeciej grze najbardziej podczas całego turnieju odczułem brak wystarczającego uderzenia w ataku. Miałem w zasadzie wygraną grę, mnóstwo kart na ręce, dużo zasobów i nie miałem takiej ilości młotków, żeby spalić Bokalusa. W końcu niestety to on spalił mnie decydując się na konwencjonalny atak, a nie odpalanie comba. Zlekceważyłem potęgę Chaosu i dostałem Unleashem i pierwsza runda w plecy.

Runda 2 (EMP – CHA 2:0)

 sg

Druga runda i znowu Chaos, tym razem na Khorvaku i spaczonych jednostkach atakujących z boku. Dykta dokonał delikatnych zmian w talii, którą grał we Wrocławiu, ale główny zamysł był mi znany. W obu grach udawało mi się kontrolować Osterknachtami i Rodrykami oraz samemu bronić się przed kontrolą dzięki dyscyplinom i kościołom. Również w obu grach od początku udawało mi się zorganizować duży dociąg, dzięki czemu Hemmler był na posterunku bardzo szybko. A wiadomo, szybki Hemmler, szybki koniec.

Runda 3 (EMP – CHAOS 1:1)

kMaraton z Chaosem trwa, zupełnie, jakbym znowu był na Assaulcie, tylko zamiast ciągłego oglądania kanonek i tuneli, na stole roiło się od piesków i ptaszków. Boodzik również miał standardowy chaos ze spaczonymi jednostkami i Khorvakiem. Żaden z moich przeciwników nie używał ani Daemonsworda, ani dysków, co mnie zdziwiło, bo w tego typu talii zazwyczaj sprawdzają się wyśmienicie. Pierwszą grę graliśmy z Boodzikiem dość szybko. Mimo moich prób obrony i kontroli, Boodzik miał jednak w ręce więcej argumentów i wygrał. W drugiej grze to ja miałem inicjatywę i po położeniu trzeciego kościółka w Kingdom oraz Hemmlera w battlu Boodzik grę poddał. Na zagranie trzeciego starcia mieliśmy 30 minut i śmialiśmy się, że i trzy byśmy zdążyli zagrać. Wykrakaliśmy sobie, ostatni pojedynek trwał całe pół godziny, kontrola po obu stronach, cios za cios, oko za oko, ząb za ząb. W momencie, w którym skończył się czas Boodzikowi zabrakło prawdopodobnie jednej tury, żeby mnie spalić. Udało mi się uratować remis, choć było gorąco.

Runda 4 (EMP – HE 2:1)

W ostatniej rundzie totalna zmiana klimatu. Musiałem się przestawić mentalnie, bo na mageswojej drodze napotkałem atakującą z boku (dzięki Sally Forth) armię z Ulthuanu prowadzoną przez Starscreama. Ciekawa talia, w której pierwsze skrzypce odgrywała wymieniona wyżej taktyka oraz Dreamer i zapożyczony z Imperium Celestial Apprentice, który do czasu wyjścia kościółków był dość denerwujący. W pierwszej grze miałem fatalną rękę startową, a Starscream wyszedł szybko z Learned Mage x3 (!) oraz Celestiala i Dreamera. Dwa ataki i po zawodach. W drugiej grze również nie zapowiadało się dla mnie różowo, ale po początkowych problemach zacząłem odzyskiwać inicjatywę dzięki heroicznej obronie moich jednostek (bronili się dzielnie nawet Huntsmani). W pewnym momencie mieliśmy po jednej spalonej strefie i każdy z nas mógł w swojej turze skończyć potyczkę atakując, jeśli drugi nie postawi na obronę. Wtedy właśnie Starscream popełnił poważny błąd. Mając 4 zasoby położył na stole Dreamera z attachmentami dającymi celewytrzymałość, wyznaczył na atakującego, a potem zaczął zadawać rany Learned Magom, żeby ściągnąć mi jednostki z questa, w którego atakował. Zabił sobie wszystko, co było do zabicia w queście, ale zabił mi także wszystkich potencjalnych obrońców. Później zadał obrażenia Dreamerowi, wyleczył go i znowu zadał obrażenia, żeby ten zaatakował równo za 8, czyli tyle ile trzeba do spalenia. Nie wziął tylko pod uwagę, że mam zostawione dwa zasoby, a Chain Lightning ściąga jednostki za 3, a nie tylko te za 2. Dreamer poszedł do piachu, a w następnej turze Hemmler et consortes pokazali długouchym siłę Imperium. W trzeciej grze Starscream poszedł mocno w obronę, przez którą przebijałem się przez dobre 20 minut. Udało mi się na 13 sekund przed końcem. Uff… To był najtrudniejszy pojedynek tego dnia dla mnie, tym bardziej cieszy zwycięstwo.

Ogólnie turniej bardzo udany. Zająłem 5 miejsce, co w Warszawie cieszy. Dalej przebijam się w tabeli ligowej do TOP10, jeśli utrzymam formę to nawet TOP8 jest realne, chociaż poziom jest wysoki, a gracze tacy jak Wosho, Selverin, Ostry, Awojdi, Wiśnia, Carnage, Bokalus czy Nilis (ostatnio w wyśmienitej formie, o czym świadczy choćby zwycięstwo w opisywanym turnieju) to bardzo trudni i wymagający rywale, dlatego też co tydzień jest bardzo ciężko. Ale walka trwa.

Categories: Chaos, HE, Imperium, Liga, Turnieje | Tagi: , , , , | 1 komentarz

Call the Banners – Wspomnienie Mistrzostw Europy 2013

IMG-20130427-00452Kurz bitewny opadł, bohaterowie powrócili do swych grodów z nowymi ranami odniesionymi w boju i nowymi historiami do opowiadania przy garnuszku rozgrzewającego trunku, Wrocław został zdobyty a emocje po tygodniu są już mniejsze (chociaż na forum wybuchła dziś na chwilę Fotogate, zanim odkurzacz Virgo wessał ją w otchłań niebytu). Jest to zatem najlepszy czas na podsumowanie Mistrzostw Europy, które już od tygodnia są miłym wspomnieniem.

The Day Before

Do Wrocławia przyjechałem, tak jak wielu graczy, dzień wcześniej. Stwierdziłem, że wolę być wyspany przed całym dniem gry i całą nocą integracji i był to strzał w dziesiątkę. Muszę przyznać – choć może wyjdę na kompletnego geeka – że jadąc odczuwałem już klimat turnieju. Wyobrażałem sobie graczy, którzy niczym wojska pod flagami różnych miast przemierzają krainę by następnego dnia oblegać Wrocław. Widziałem oczami wyobraźni stężałe twarze śmiałków, którzy w zacinającym deszczu na koniach pędzą przez stepy, pola, drogi i doliny po sławę i chwałę, która nie przemija nigdy. Ok, poniosło mnie, ale cóż – był to mój pierwszy tak duży turniej, a że jestem mocno w klimacie fantasy od dziecka to i efekty są takie, jakie są.

Po ulokowaniu się w hotelu odbyłem telekonferencję z częścią warszawskiej ekipy, która również docierała już do miastaIMG-20130426-00444 stu mostów. Umówiliśmy się na Rynku, gdzie w malowniczym sąsiedztwie McDonalds’a i klubu Go-Go znajdował się hostel chłopaków. Posililiśmy się potężnymi porcjami bardzo dobrych pierogów w pierogarni naprzeciw Ratusza i wypiliśmy świetne piwko w browarze Spiż (pierwszy raz w życiu piłem czekoladowe piwo – pycha!).

Potem nadszedł czas na ostateczne testy, które ja skończyłem ok. 22, ale chłopaki walczyli do późnych godzin nocnych (wczesnych rannych). Może trzeba było z nimi zostać, bo Awojdi, Ostry i Wiśnia zaliczyli odpowiednio czwarte, ósme i jedenaste miejsce. Ja jednak zdecydowałem się wyspać i nie żałuję tej decyzji. Podczas testów najmniejsze problemy dla mojej spaczonej talii sprawiło Imperium (o dziwo!), a największe Orki (tu akurat nie ma nic dziwnego, Wurrzag imba!!11oneone). Nie wiedziałem jeszcze, że następnego dnia na armie Cesarza Karla-Franza nie trafię wcale, a Orcza Horda stanie na mojej drodze zaledwie w dwóch z siedmiu gier.

Organizacja

Ogromne podziękowania i propsy dla organizatorów. Zorganizowanie imprezy tego formatu, przy tak dużej ilości uczestników jest nie lada wyzwaniem logistycznym. Ale podołaliście w pełni, gratulacje, chapeu bas! Bardzo dobrze sprawił się również program autorstwa Morphine, który to program z tego co widziałem nie sprawił najmniejszych problemów i nie wykrzaczył się pomimo ponad setki graczy. Nagrody również były świetne, nikt nie wyjechał z Wrocławia z pustymi rękami, a ilość gier i książek była naprawdę imponująca. Szkoda tylko, że FFG tak słabo wsparła Mistrzostwa Europy gadżetami typu maty i stolice. Ale nic to, nie narzekam, za turniej skończony w tabeli dalej niż bliżej zgarnąłem stylową Wolę Elektorów z alternatywnym artem oraz poziomą stolicę (świetny pomysł!).

dungeonŁyżką dziegciu w tej beczce miodu niech będzie sufit, oświetlenie i gulasz. Ogólnie miejscówka była świetna – podziemia zamku tworzyły bardzo fajny klimat, super pomysłem była możliwość zakupienia napojów na miejscu oraz możliwość pozostania w zamku na integrację w czysto inwazyjnym gronie. Minusem było kapanie z sufitu, co rozumiem, biorąc pod uwagę taką ilość ludzi i wilgotność w podziemiach zamkowych. Niemniej jednak było to nieprzyjemne, zwłaszcza że wystarczy odrobina wiedzy z fizyki, żeby wiedzieć, co kapało. Jeśli chodzi o oświetlenie, to problem był w tej części sali, w której grałem przez większość czasu. Tu niestety nie dało się chyba nic zrobić, trzeba było wczuć się w klimat dungeonu i walczyć dzielnie z przeciwnikiem i ciemnością. Temat gulaszu miał zostać poruszony w oddzielnym wątku na forum, ale został odpuszczony. Może to i dobrze, nie ma co wylewać łez. Mam jednak nauczkę na przyszłość, że najlepiej jednak organizować się samemu, zwłaszcza z prowiantem. W końcu gulasz zjadłem, rzeczywiście było w nim dużo mięska, jak obiecywał Przemo, ale nie powalił mnie na kolana. Niewątpliwą jego zaletą było jeszcze większe pogłębienie klimatu, w końcu to taką strawą mogli raczyć się dzielni woje w karczmach i zajazdach przemierzając drogi w poszukiwaniu przygód.

Integracja

DSC_0577

Pamparampampam! Tak się bawi Wasz oddany bloger:)
Autor zdjęcia: Joanna „mer” Mida.

Cud, miód, malina. Choć raczej powinienem powiedzieć „cud, spirytus i Nestea”. Żeby być w zgodzie z prawdą, powinienem napisać, że integrację zacząłem już od 9 rano, kiedy to otworzyłem pierwszą puszkę Jacka Danielsa z Colą i zacząłem rozmawiać z ekipą, która również właśnie dotarła na pole bitwy. Cały dzień raczyłem się różnorakimi trunkami i rozmawiałem z całą masą ludzi. Dla mnie to właśnie było najważniejszą częścią turnieju – poznanie ludzi z innych miast, porozmawianie z osobami, które znałem tylko z forum i rozpoznawałem tylko z avatarów. Nawet wypiłem małe piwo, na które skusiła mnie śliczna barmanka, będąca niewątpliwie jedną z największych ozdób turnieju.

Zamieniłem także parę słów z naszymi gośćmi zza granicy. Koledzy z Włoch byli bardzo mili, mają ciekawy i odmienny od naszego pogląd na Inwazję (w prostocie siła). Zechcieli wypić z nami nawet domowej roboty spirytusik, także komitywa na sto procent. Ekipa z Niemiec również bardzo rozmowna i kulturalna. Poznałem na żywo kolegów, z którymi grywam na OCTGN. Z rozmową z jednym z nich wiąże się anegdota. Otóż stałem sobie i obserwowałem grę Makabrysia, który naIMG-20130427-00460 środku swojej stolicy miał karteczkę z napisem “na początku tury strzelać, kurwa!!!”, która to karteczka była przypomnieniem o akcji Duregana Thorgrimsona. W pewnym momencie podszedł do mnie aktualny wicemistrz świata w Inwazję, czyli Franke Oliver z Niemiec, i zapytał po angielsku, czy Makabrysio gra na sproksowanej legendzie. Odpowiedziałem mu, że nie i wytłumaczyłem co jest napisane na kartce. Jednak jak doszedłem do słowa kurwa, to nie wiedzieć czemu przetłumaczyłem to jako “god damn it”. Chciałem chyba zachować poziom w kontaktach międzynarodowych i bezę zjadłem łyżeczką. Później czułem się jak lektor w filmie, który tłumaczy “fuck” na “kurczę”, “kurna”, lub “motyla noga”. Nic to, najważniejsze, że Makabrysio pamiętał o strzelaniu. Ja muszę następnym razem zrobić sobie taką karteczkę z napisem “połóż devkę zanim zaatakujesz, god damn it!”.

DSC_0431

Autor zdjęcia: Joanna „mer” Mida.

Dobrym pomysłem, który również przyczynił się do głębszej integracji było wspólne oglądanie finału na rzutniku. Jasne, jakość mogła być lepsza. Jasne, komentarz mógł być od samego początku. Niemniej jednak super, że organizatorzy poszli z duchem czasu i na chwilę podziemia zamku zamieniły się w mini salę projekcyjną. Bardzo przyjemnie było oglądać ten pojedynek popijając sobie z Makabrysiem i komentując zagrania.IMG-20130428-00502

Podczas wieczornej imprezy integracyjnej odbyły się kalambury, będące konkursem znajomości kart. Juri i Czarny mieli wspaniały pomysł i mam nadzieję, że zabawa ta na stałe wpisze się w tradycję turniejów regionalnych. Walka była zacięta, a zabawa przednia. Zająłem drugie miejsce ustępując nieznacznie Virgo, z którym szliśmy łeb w łeb. Dzięki temu zwiększyłem ilość spoilsów, bowiem zgarnąłem dodatkową poziomą stolicę (neutralną!!!) oraz kufel z wygrawerowanym logiem Mistrzostw Europy w Inwazję. Bardzo przyjemna nagroda i cenna pamiątka z wyjazdu.

IMG-20130428-00500O reszcie nie będę się rozwodził. Dodam tylko, że w trakcie rozdania nagród miało miejsce wręczenie nagrody za zwycięstwo w konkursie „Najprzystojniejszy gracz z młotkiem w…”. Nagrodę Darkerowi wręczył organizator konkursu – Makabrysio, a potem nastąpiły oględziny dowodu Darkera, żeby każdy mógł zrozumieć, że zwycięstwo było zasłużone. Na imprezie poturniejowej bawiłem się do 5 rano w doborowym towarzystwie, odbyłem wiele ciekawych rozmów o Inwazji i nie tylko, skosztowałem wielu lokalnych napitków wytoczonych z piwniczek przez graczy z różnych części Polski specjalnie na tę okazję. Słowem: “i ja też tam byłem, miód i wino piłem”.

W tym miejscu chciałbym serdecznie podziękować całej ekipie warszawskiej za trzymanie się razem i wsparcie w trakcie turnieju oraz integrację (z tymi ludźmi nie da się źle bawić!), Virgo za klimatyczną walkę w kalamburach oraz Tobiaco, Tobolowi, Michnikowi, Arcziemu, Stachowi, Radanerowi, Rodzynowi, Alanowi, a także wszystkim innym, z którymi udało mi się wypić i pogadać w zajebiście pozytywnej atmosferze. Obyśmy mogli to powtórzyć w Bydgoszczy.

The Game, czyli krew, pot, łzy i piur skil

Przejdźmy zatem do samego turnieju, czyli walce o zdobycie tytułu Mistrza Europy. Po wielu tygodniach poszukiwania talii i zastanawiania się, z jakim orężem najlepiej stanąć na ubitej ziemi wybrałem Chaos. Podczas przygotowań rozważałem grę Wood Elfami na maksymalnej kontroli devek i Verenie (nie byłby to chyba najlepszy pomysł, biorąc pod uwagę z iloma krasnoludami przyszło mi się zmierzyć), Dark Elfami na maksymalnej kontroli ręki i zadawaniu obrażeń za zrzucanie kart przez przeciwnika (chyba jednak zbyt losowe, choć fun był), Orkami na Gorbadzie (dzięki Wam, o Mroczni Bogowie, że odwiedliście mnie od tego!). Jednak w zasadzie w ostatniej chwili, na kilka dni przed turniejem wybrałem Chaos na Khorvaku i spaczonych jednostkach. Podobną talią wygrałem kiedyś turniej w Warszawie i byłem 10 w turnieju na OCTGN, miałem ją ograną i znałem na wylot, toteż stwierdziłem, że będzie najbardziej odpowiednia na mój pierwszy duży turniej.

Khorvak Rush-Control

Jednostki – 22

3 x Daemon Princekhorvakblood
2 x Fledgling Chaos Spawn
3 x Blue Horrors
3 x Pink Horrors
2 x Savage Gors
3 x Warhounds
3 x Sorcerer of Tzeentch
3 x Khorvak Grimbreath

Taktyki – 13

2 x Blood Summoning
2 x Long Winter
3 x Seduced by Darknessunleashdaemon
3 x Warpstone Experiments
1 x Plague Bomb
2 x Unleashing the Spell

Misje – 3

3 x Raiding Camps

Wsparcia – 15

2 x Disc of Tzeentchcamps
3 x Northern Wastes
3 x Rift of Battle
2 x Daemonsword
2 x Den of Iniquity
3 x Desacrated Temple

Z perspektywy czasu widzę, że w talii były dwa zasadnicze błędy i kilka mniejszych. Po pierwsze, Savage Gors wrzucone pod wpływem rozmowy z Arhrą nie wypaliły kompletnie. Talia w ataku ma wystarczającego powera bez nich, a poza battlem są w zasadzie bezużyteczni. Już lepiej było za nich dać trzeciego Spawna pod eksperymenty lub do questowania i poświęcania, albo nawet 1 Bloodthirstera, który by wyszedł z Blood Summoning. Po drugie, Long Wintery, jakkolwiek świetne, to w tej talii szły najczęściej w devkę. Kontrolę rozwinięć, jeśli jej potrzebowałem, dawała mi Desacrated Temple i poświęcanie jednostkek na Daemon Prince’a. Lepiej sprawdziłby się trzeci Blood Summoning i druga Bomba. Jeśli chodzi o mniejsze błędy, to opiszę je przy okazji poszczególnych gier.

IMG-20130427-00469Pomimo błędów, deckiem grało się bardzo przyjemnie, dzięki Raiding Campsom i kontroli jednostek często zostawiałem przeciwnika na początku z pustym stołem, sam mając moc młotków w queście. Khorvak za każdym razem wychodził za darmo z Blood Summoning i od razu atakowałem za 4-5, a czasem 8 młotków (jeśli był mieczor), co sprawiało, że inicjatywa szybko była po mojej stronie. I to właśnie ciekawe opcje kontroli, szybkość i przejmowanie inicjatywy, a także finiszer w postaci Unleashing the Spell były filarami tej talii. Z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że gdyby nie popełnione błędy i stres związany z brakiem doświadczenia w grze w tak dużym turnieju, to TOP20 wcale nie było nieosiągalne.

Pokrótce o pojedynkach, jakie przyszło mi stoczyć.

Runda 1
Szeryf (DWA) 2:1

my lifePrzed pierwszym pojedynkiem trochę trzęsły mi się ręce, ale starałem się nie dać po sobie znać. Pokerowe doświadczenie procentowało i trzymałem nerwy na wodzy. Kolega grał standardowymi krasnoludami, nie zauważyłem większych niespodzianek. Z mojej strony kontrola była dość skuteczna, ponieważ Szeryf nie opierał się na odporności, dzięki czemu i pieski i ptasior mogły spokojnie zadawać obrażenia jednostkom. Generalnie skończyłbym w miarę szybkim 2:0 gdyby nie dwie karty, które w każdej grze z krasnoludami tamtego dnia podnosiły mi ciśnienie oraz przez które nie zająłem lepszego miejsca w turnieju – My Life for the Hold i Master Rune of Spite. Pominę już fakt, że wydawało mi się, iż ZAWSZE na pierwszej ręce moi oponenci je mieli. Najważniejsze jest to, że utrudniało mi to niemiłosiernie grę. Jeśli chodzi o majlajfa, to rozważałem przed turniejem włożenie do talii Mob Up x 2 i byłaby to dobra opcja, biorąc pod uwagę, że głównie grałem z kraśkami. Któż jednak mógł wiedzieć. Na runę nic nie poradzę, Daemon Princy schodzą od niej z miejsca, wszystko z mieczykiem w zasadzie także. Mimo wszystko ilość majlajfów jest ograniczona, a runy były zazwyczaj techem w liczbie 1 lub 2, toteż po ciężkim boju udało mi się triumfować w pierwszej grze 2:1. W tym miejscu chciałbym poruszyć jedną, niemiłą kwestię. Otóż kolega Szeryf, który sam popełniał często błędy, wykonując pewne akcje nie w odpowiednim momencie nie pozwolił mi położyć devki po powiedzeniu słowa “atakuję”. Każdy, kto mnie zna wie, że ja zawsze pozwalam wszystko położyć i cofnąć – to tylko zabawa i nie należy się tak spinać. Ale sytuacja, w której ja ani razu nie zwróciłem przeciwnikowi uwagi, a on nie pozwolił mi raz (bo tylko raz popełniłem ten błąd w tej grze) czegoś zrobić zepsuła mi atmosferę pierwszej rozgrywki. Widać kolega liczył na poważne sukcesy tego dnia, bo liczyło się dla niego każde obrażenie. Cóż, tę grę i tak przegrał. Ja za to dostałem lekcję, że niektóre gry są mniej fun, a bardziej o punkty.

Runda 2
Angian (DE) 2:0

Jak dowiedziałem się, że gram przeciwko Dark Elfom, delikatnie się zasmuciłem. Ciągnę zazwyczaj bardzo dużo kart ze blackwzględu na atakowanie jednostkami z boku i użycie mieczyka, dlatego też przewijarki mają ze mną łatwiej. Podczas gry jednak przypomniałem sobie, że Mroczne Elfy mają z kolei problem z Chaosem – słabą obronę i taką sobie ekonomię. Z Angianem grało się bardzo przyjemnie i miło, jest to mega pozytywny człowiek. Miał ciekawą talię, w której gościli Black Guards i nowy raider za 4. Do tego Crone i przewijanie nagle przyspiesza dość mocno. W pierwszej grze wyżej wspomniane trio pojawiło się szybko na stole i zacząłem walkę z czasem. Angian kładł devki, co nie jest częstym widokiem na stolicy Mrocznych, ale w grze ze mną było niezbędne – widać doświadczenie przeciwnika. Zdążyłem jednak wygrać ten wyścig z czasem i w ostatniej turze (w następnej bym się przewinął, bo zostały mi chyba z 3 karty w decku) udało mi się położyć po 8 obrażeń w dwóch strefach i ściągnąć devki Zbezczeszczoną Świątynią poświęcając jednostki na Księcia Demonów. W drugiej grze Angian miał po prostu pecha. W swojej pierwszej turze położył tylko Hekartii, a to, co położył w drugiej ściągnąłem mu z Raiding Campsów i pieska. Po kilku turach z pustym stołem stwierdził, że nie ma sensu dalej przeciągać i poddał grę. Podziękowaliśmy sobie za pierwszą, ciekawą partię i odszedłem od stolika z drugim zwycięstwem na koncie i nadzieją, że ten dzień może przybrać dla mnie bardzo pozytywny obrót.

Runda 3
Argoth (DWA) 1:2

Niestety, pierwsza porażka, po koszmarnym błędzie, którego nie zapomnę bardzo długo, a może nigdy, i który mocno wybił mnie z rytmu na resztę dnia. Najpierw chciałbym podkreślić, że gra z Argothem była czystą przyjemnością. Jest to bardzo miły i kulturalny człowiek – oby więcej takich graczy. Dodatkowo, warto wspomnieć, że Argoth jest organizatorem międzynarodowego turnieju na OCTGN, który był świetnie przygotowany – tym milej było mi poznać i zagrać z nim. W pierwszej grze bardzo szybko skontrolowałem stół i dość gładko spaliłem krasnoludzką stolicę. Powiem szczerze, że grałem jak na skrzydłach. Nagle jednak doszło do katastrofy. W drugiej grze wymienialiśmy z Argothem ciosy – obrażenie za obrażenie. W pewnym momencie sytuacja wyglądała następująco. Moja tura. Przeciwnik ma w Kingdomie 7 facepalmobrażeń i chyba żadnej devki, pozostałe strefy czyste, w queście żadnych jednostek i żadnych devek, dwa supporty, jeśli dobrze pamiętam. Ja mam 4 zasoby, Unleashing the Spell, z 6 devek, jedną spaloną strefę i jestem w stanie zaatakować Daemon Princem, Khorvakiem i dwoma horrorami (jeden z dyskiem) za 8. Argoth ma 3 karty na ręce i się uśmiecha. Myślę sobie, ma majlajfa (mimo, że jeden już poszedł wcześniej). Sam sobie wkręciłem tego majlajfa tak, że zaślepiło mnie to maksymalnie. Do tego stopnia, że zamiast zaatakować i rzucić Unleashing to ja zacząłem coś kombinować ze zdejmowaniem mu supportów z questa, żeby nie losował kart i nie wystawiał jednostek do battla. Dziś jak na to parzę, to zastanawiam się jak mogłem popełnić taki błąd. Przecież wiedziałem że tym co ma na stole + jedną jedyną dodatkową jednostką w następnej turze mnie spali, więc na co czekałem? Przecież wiedziałem, że jeśli ma majlajfa, to nieważne w której turze go rzuci – czy w tej, czy w następnej. Zamroczyło mnie, spaliłem się psychicznie, sam nie wiem. Nie zaatakowałem, Argoth w następnej turze mnie spalił. Jak przygotowywaliśmy się do trzeciej gry to powiedział, że uśmiechał się, bo wiedział, że przegra jak mam Unleasha i nawet już przełożył karty do lewej ręki, żeby mi prawą podać. Ten błąd kosztował mnie nie tylko tę partię, ale również następną. Niewykorzystane sytuacje się mszczą i ta zemściła się na mnie okrutnie. Trzeci pojedynek oczywiście przegrałem i zamiast stanu 3-0-0 i pewnego podejścia do kolejnej gry miałem 2-0-1 i byłem niesamowicie na siebie zły. Niemniej jednak grało się, tak jak już napisałem, super i dostałem w tym pojedynku solidną lekcję.

Runda 4
Tobiaco (DWA) 2:1

Maraton z Krasnoludami trwał nadal. Powiem szczerze, że niewiele mogę o tej grze napisać, poza tym, że nie różniła się od innych za bardzo. Z tego co pamiętam, Tobiaco miał mnie majlajfów niż pozostali rywale. Pamiętam, że w ostatniej grze Tobiaco mógł stallować i ugrać remis, ale nie zrobił tego tylko walczył do końca, za co szacunek. Mój rywal okazał się bardzo miłym i zabawnym człowiekiem, z którym przyszło mi tego dnia wieczorem porozmawiać dość długo i wypić parę kubeczków. Zwycięstwo w tej grze dawało mi nawet szansę walki o topkę, toteż ze zniecierpliwieniem oczekiwałem paringu następnej tury.

Runda 5
Awojdi (ORC) 0:2

wurrzagDla odmiany trafiłem na Orki. Nie byłem z tego bardzo zadowolony, bo to dla mnie najtrudniejszy matchup. Dodatkowo, trafiłem na kolegę z Warszawy, który jest jednym z najlepszych graczy w Inwazję w Polsce i w Europie, co zresztą potwierdził zajmując czwarte miejsce w turnieju. Awojdi kontrolował mnie od początku. Niestety, nie zdążyłem zabić jego Wurrzaga, który rzygnął i sprowadził mnie do parteru, albo nawet piwnicy i tam trzymał, bił, przypalał i ogólnie katował. Pierwszą grę szybko poddałem. W drugiej historia się powtórzyła. Po prostu nie miałem szans. Nie z tą talią, nie z tym graczem. Stwierdziliśmy z Awojdim, że skoro mamy tyle czasu (gra trwała z 15 minut) to idziemy na gulasz. Cóż, jak już wiecie, gulaszu się nie doczekaliśmy. Spędziliśmy za to miło czas przy barze oraz kibicując innym reprezentantom stolicy

Runda 6
Cosa (DWA) 1:2

Po przerwie dla odmiany… Krasnoludy! Cosa był bardzo dokładny w tasowaniu i przekładaniu mojej talii, widać było, że serio traktuje turniej. Teoretycznie, zwycięzca naszego pojedynku po wygraniu również następnego miał nadal szansę na topkę, toteż częściowo rozumiem podejście. Ja grałem nadal bez spiny, chociaż cały czas miałem w głowie porażkę z Argothem i alergicznie reagowałem na każdego majlajfa u przeciwnika. Pierwszą grę przegrałem – nie podeszło mi nic, czym mogłem szybko zaatakować, a powolna rozbudowa przeciwko krasnoludom zazwyczaj oznacza śmierć. Powalczyłem jednak chwilę, ale musiałem ustąpić pod naporem górskich wojowników. W drugiej turze znowu wyrównana walka, ale obliczony na styk Unleashing pozwolił mi doprowadzić do remisu. Zostało nam kilka minut toteż bez zbędnej zwłoki przystąpiliśmy do decydującego pojedynku. Po dobraniu kart miałem na ręku średni start, mogłem wystawić tylko Desacrated Temple i Rift of Battle. Wziąłem mulligana. Popatrzyłem, zapłakałem. 1 x Unleashing, 3 x Seduced, 1 x Bomba, 1 x Den, 1 x Rift. Przeciwnik zaczyna, ja dobieram kartę – drugi Unleashing. Dziękuję, dobranoc, popij wodą.

Runda 7
Niestety, nie pamiętam (Karol?) (ORC) 1:2

Gra totalnie o pietruszkę, kolega na forum chyba nie bywa, ogólnie nie był mi znany. Przepraszam, ale nie zapamiętałem owpksywki, głupio mi. Przeciwnik nie grał na Wurrzagu (chociaż jak się później okazało miał go w talii). W obu wygranych grach miał niestety na ręce startowej Mustera, co go boostowało mocno ekonomicznie, a wiadomo – za 5 zasobów to Orki mogą już całkiem sporo. Dodatkowo, Orc Warning Post sprawiało, że do ataku musiałem poświęcać devki, tak bardzo mi potrzebne na Unleashing. Pierwszą partię po walce przegrałem, w drugiej to ja byłem górą kontrolując niemiłosiernie. Trzecia partia rozegrała się praktycznie w pierwszej turze. Ja zaczynam, ręka startowa marzenie. Horrory różowe i niebieskie w liczbie hurtowej (4!), Daemon Prince, elegancja francja. Wykładam więc całe tałatajstwo, nawet sobie ładnie dzielę, że jeden w Kingdom dla kasy, trzy w Quest, wszystko gra i buczy. Jeszcze Daemon do battla, devka, grasz. Przeciwnik: muster, rzyg. Zostałem z jedną kartą na ręce i w ten właśnie sposób zakończyłem turniej. Otworzyłem Jacka z Colą świętując awans do highlandera i podałem mojemu przeciwnikowi rękę gratulując zwycięstwa.

Zakończyłem turniej na 59 miejscu ze statystykami: 3 – 0 – 4. Czy jestem zadowolony? I tak i nie. Jadąc na Mistrzostwa każdy marzy o zwycięstwie. Ale patrząc realnie nie chciałem zająć jednego z ostatnich miejsc. To był plan minimum. Planem średnim było miejsce w środku tabeli i to udało się zrealizować. Plan maksimum miałem TOP30 i powiem szczerze – spokojnie było wykonalne. Dlaczego zatem się nie udało. W zasadzie wszystkie przyczyny już podałem w opisie poszczególnych pojedynków. Zabrakło trochę doświadczenia i trochę szczęścia. Mogło być lepiej, ale, jak się mawiało w dzieciństwie, pierwsze śliwki robaczywki. Chciałbym podziękować wszystkim moim przeciwnikom za grę i walkę w każdym pojedynku. Mam nadzieję, że jeszcze uda się kiedyś pograć i być może wyrównać porachunki.

Podsumowanie

SONY DSCTak właśnie doszliśmy do końca relacji z turnieju. W highlanderze byłem gdzieś w końcówce ambitnie wybierając Dark Elfy (chociaż Bokalus zajął ex aequo pierwsze miejsce również Mrocznymi – gratsy!). Spoczko się grało, były to moje pierwsze w życiu gry w tym formacie. Drugiego dnia nie miałem siły po melanżu zwlec się z łóżka i dotrzeć na drużynówkę, toteż wyspałem się i wyruszyłem w podróż powrotną z głową pełną wspomnień.

W tym miejscu chciałem jeszcze napisać, że podziwiam Metatrona. Grałem wczoraj jego talią i muszę powiedzieć, że stopień zaawansowania i możliwości, jakie daje ten deck są niesamowite. Granie tym cały dzień na pełnym skupieniu również zasługuje na szacunek.

Gratuluję serdecznie Radanerowi za zdobycie Mistrzostwa Europy (to musi być cudowne uczucie!) oraz całej topce. Szczególnie gratuluję Woshowi, Awojdiemu, Ostremu oraz Wiśni. Pokazaliście klasę zapewniając Warszawie aż cztery miejsca w TOP16. Europejski poziom.

Na sam koniec dziękuję jeszcze raz wszystkim, dzięki którym przeżyłem jeden z najlepszych dni w moim życiu. Mam nadzieję, że zobaczymy się w Bydgoszczy!

Categories: Chaos, Dark Elf, Krasnoludy, Orki, Turnieje | Tagi: , , , , , | 5 Komentarzy

Cisza przed burzą

Assault zbliża się wielkimi krokami!

Assault zbliża się wielkimi krokami!

Zastanawiałem się, czy pisać relację z ostatniego turnieju. Tak jak napisał Michał “Wiśnia” na forum, jakaś cisza przed Assaultem się należy. Niektórzy gracze już testują talie na Wrocław i nie fair byłoby wobec nich zdradzanie szczegółów składanych decków i przyjętych rozwiązań. Dlatego też podjąłem decyzję, żeby nie pisać relacji z turnieju i – tak jak Wiśnia – do czasu Assaulta zawiesić relacje z naszych warszawskich potyczek.

 

Niemniej jednak muszę napisać, że zbliżające się wielkimi krokami Mistrzostwa Europy we Wrocławiu zdecydowanie przyczyniają się do integracji sceny. Częstotliwość i intensywność rozmów o kartach, taktykach, strategiach i sneaky sztuczkach jest większa niż kiedykolwiek. Poza turniejami środowymi spotykamy się w inne dni i trenujemy do upadłego. Osobiście, bardzo dużo się uczę, a możliwość ścierania się regularnie z tak dobrymi graczami jak Awojdi, Wiśnia, Bokalus, Carnage, Cogito czy Ostry rozwija moją grę i pozwala na podpatrywanie ciekawych strategii, bardzo interesujących zagrań oraz kreatywnego wykorzystania do tej pory nieużywanych, albo używanych rzadko kart.

 

Biorąc pod uwagę fakt, że organizatorzy AoW zapowiadają dostęp do sieci na Zamku, postaram się przeprowadzić na blogu relację live z tego eventu. Zapewne większość z nas będzie na miejscu, ale znajdą się też tacy, którzy z różnych przyczyn nie będą mogli pojechać i będą chcieli wiedzieć co w trawie piszczy.rota

 

Jeszcze przed Assaultem planuję wpis poświęcony najbardziej wszechstronnej karcie w Warhammer Invasion. Ja już swój typ mam, ale chętnie poznam Wasze. Zachęcam do wyrażenia swojej opinii!

 

Na dziś to tyle. Krótko, bo wracam do lektury fantastycznej książki “Rota” Dana Abnetta, opowiadającej o husarii z Kislevu i walce z potworami z północnych pustkowi, a w kolejce już czeka “Daemon’s Curse” tego samego autora rozpoczynające sagę o Malusie Darkblade, jednym z najbardziej rozpoznawalnych bohaterów (antybohaterów?) Mrocznych Elfów.

 

Stay tuned!

 

 

Categories: Ogólne, Turnieje | Tagi: | 2 Komentarze

Slash’n’Burn

mayhemPrzed wczorajszym turniejem byłem kompletnie skołowany. Nie byłem do końca pewien, jaką rasą grać, jaką wybrać strategię w ramach danej rasy, jakie niespodzianki dorzucić. Miotałem się od Imperium po Orki. Wertowałem klasery, wkładałem karty w koszulki, wyjmowałem je, zamieniałem, podmieniałem. Nawet po złożeniu ostatecznej talii jeszcze z trzy razy wstawałem z łóżka, żeby coś wymienić, poprawić.

I bardzo dobrze. Wszystko, co napisałem świadczy o tym, w jak dobrym stanie jest w tym momencie Inwazja (albo jak bardzo niezdecydowany jestem). Nie ma rasy bezwzględnie dominującej, wbrew obiegowej opinii, że Orki są przegięte. Każda rasa jest niebezpieczna, każda może wygrać turniej lub zająć w nim wysokie miejsce. Nie ma talii samogrających, trzeba mieć pomysł, wysilić się, złożyć coś zaskakującego. Nie ma zbyt wielu kart must have, toteż talie różnią się między sobą. Jest pięknie.

Mimo wszystko złożyłem Orki, choć nie ze względu na ich rzekomą „przegiętość”. Złożyłem Orki, bo potrzebowałem jednego tygodnia odpoczynku od Imperium, powolnej rozbudowy, epickiej obrony i dźwięku stalowych maszyn mozolnie ruszających do boju. Chciałem szybkości, grabienia, palenia, oślinionych kreatur, poświęcania, kontrolowania, mordowania i rabowania. Nie użyłem jednak Wurrzaga, nie mogę się przekonać do tej legendy. Pozostałem przy dość tradycyjnym decku, który z założenia miał szybko rozprawiać się z przeciwnikiem, ale jednak mieć możliwość wygrania, jeśli trzeba będzie zwolnić przez kulty lub uporczywie broniącego się przeciwnika.

Talia na deckboxie: Slash’n’Burn

Kilka kart chciałbym skomentować:

Wolf-Gobbos-218x300Night Goblins – karta, która często budzi zdziwienie według mnie jest bardzo dobra. Zdejmuje Loeca z naszych jednostek i obronne dodatki HE. Pozbywa się Helblasterów, Talizmanów, czy innych czopów. Według mnie warto.

Wolf Gobbos – okazali się w moim decku nie być tak przepotężni, jak im wróżono. Nie zawsze była możliwość użycia, a poza tym jednak kosztują 2, więc robienie tego numeru co turę nie jest takie łatwe. Niemniej jednak, ściągnęli Ptasiora w kluczowym momencie, co przeważyło w jednej grze szalę zwycięstwa na moją korzyść. Chyba warto.

Ancient Map – dla mnie to jest must have do talii na snotlingach, podnosi przeciwnikom ciśnienie.

Get Outta My Way – nie widzę tego często w orczych deckach, a jest to karta wypasiona. Bardzo pomaga, a do obrony legendy wręcz niezbędna.

Runda I (ORC – CHA 1:2)

Chaos obrodził na tym turnieju i pierwszą grę przyszło mi zagrać właśnie z tą rasą. Spaczonymi dowodził Dex, który zawsze ma coś ciekawego w zanadrzu, więc trzeba bardzo uważać. Tym razem był to dość tradycyjny Chaos, a palenie wspierali Marauder Chieftaini. Niespodzianką w talii i zarazem bardzo skuteczną bronią na moją hordę była karta Beastmen Incursion. Ciekawy wybór karty z listy restrykcji z pewnością pomógł w osiągnięciu niezłego rezultatu przez Dexa. W pierwszej grze przegrałem głównie przez brak kontroli kingdoma. Dexowi udało się dzięki temu włożyć do battla dwóch Blood Dragon Knightów, którzy mordowali moje jednostki, aż miło. Na nic były Lobbery i Gobbosy – w starciu z BDK obstawionymi Spawnami te jednostki niewiele mogą zdziałać. W drugiej partii nie popełniłem tego błędu i nie dopuściłem do tego, żeby Dex miał magiczne cztery zasoby. Jak sam przyznał później, zaniedbał delikatnie królestwo, bo jakby chciał – to by te cztery młotki utrzymał. Jednocześnie wysypałem się z jednostek wspieranych przez Inwazję Snotlingów – dość gładko poszło. W trzeciej grabi była wyrównana, chociaż moją zmorą była kombinacja Den + Desacrated Temple + LW. Niestety, przez jakieś 3 tury nie udało mi się wstawić w battla nic, co by nie weszło spaczone. Dex kontrolując mnie uzyskiwał przewagę ekonomiczną, więc dość szybko gra zrobiła się do jednej bramki i poległem. Idąc na turniej z tą talią obawiałem się o jej szybkość i moje obawy się potwierdziły – nie byłem wystarczająco quick, więc byłem dead.

Runda II (ORC – DE 2:1)

Tak jakoś wychodzi, że na każdym turnieju gram z Nibelungiem. Tym razem również program wyznaczył nas do wspólnej zabawy. Głównym zamysłem talii Nibelunga były arki, Maranith i Crone. Czy to arki, czy legenda, miały przewinąć przeciwnika. Z DE mam ciężko, dlatego spodziewałem się przegranej 1:2, ale jednak udało mi się być górą. W pierwszej potyczce Nibelung bardzo szybko wystawił arki i Maranitha, więc mimo Inwazji Snotlingów nie zdążyłem. Przy arkach pajączki i raiderzy nie mają szans, toteż nie było jak atakować przeciwnika, a szczury i Bloodthirster wylądowały szybko na discardzie. Drugie starcie to dość szybki napór z mojej strony, co przy braku arki obniżającej wytrzymałość sprawiło, że Nibelung nie zdążył postawić defensywy i szykowaliśmy się  do trzeciej gry, która była truly epic. Na początku miałem inicjatywę, atakowałem i wrzuciłem Nibelungowi trzy inwazje snotlingów na stolicę. Udało mu się jednak ich pozbyć, a mój napór został w pewnym momencie skontrowany i wyszła maranithCrone z Black Guardsami – zaczęło się przewijanie. Ich udało się jednak ściągnąć, ale kulty w battlu nie pozwalały na przejęcie inicjatywy. Udało mi się spalić jedną strefę, ale karty kurczyły się w zastraszającym tempie, kiedy to miało miejsce kluczowe dla rozgrywki zagranie Nibelunga, który mając jeden żeton i kulty na ręce nie zagrał mi ich w battla tylko rzucił snarsy. Na początku mojej tury spadły te kulty, które już były w moim polu bitwy i mogłem wystawić hordę. Potrzebowałem zadać 14 obrażeń, żeby spalić. W battlu miałem szczury, do których dołożyłem dwa pajączki i zripowałem Bloodthirstera, którego wspomogłem eksperymentami. Równo 14 i koniec gry. Całe szczęście, że Nibelung nie miał LW na ręce, bo byłoby krucho.

Runda III (ORC – CHA 2:0)skarbrand

Tym razem trafiłem na Makabrysia i jego Chaos na Skarbrandzie. Wydaje mi się, że zasadniczym błędem, jaki popełnił Makabrysio było zbytnie inwestowanie w kingdom na początku. Udało mi się w obu grach bardzo dobrze skontrolować dociąg i zostawić oponenta z 2-3 kartami na ręce, z którymi nie za bardzo miał co zrobić. Mimo wszystko bronił się dzielnie tym, co miał, ale w tej grze niewiele mógł uczynić. Udało się także gobbosami zdjąć ptasiora i zostawić Makabrysia bez kart w queście i 1 kartą na ręce – dla takich chwil żyje orczy wódz! Total Destruction!

Runda IV (ORC – HE 1:2)

Sally-ForthJeśli dobrze pamiętam, to była to moja druga w życiu gra z Cogito, który jest już legendą Inwazji. Takie starcia zawsze wywołują emocje i tak też było tym razem. Talia przeciwnika opierała się na bardzo dużym dociągu i ataku z boku – aktualnie o różnych jej konceptach toczy się żywa dyskusja na forum, nie będę wiele pisał tutaj. Talia jest szybka i robi ciśnienie, a o to właśnie chodzi. Jestem dumny, że nawiązałem walkę i do końca nie było wcale pewne, że wyjdę z pojedynku, jako przegrany. Niestety, w trzeciej grze Cogito był o turę, może dwie szybszy w paleniu i jednak musiałem uznać wyższość i zadowolić się wynikiem 1:2. Ależ doczekaliśmy się czasów – HE szybsze w paleniu niż Orki. Muszę w tym miejscu dodać, że podobną – choć jednak trochę gorszą – talię złożył mój przyjaciel i nowy gracz na scenie – Arhra. Według mnie po zdobyciu większego doświadczenia może być on naprawdę groźnym przeciwnikiem, nawet dla najlepszych.

Turniej uważam za udany. Znowu dopisała frekwencja (16 osób!) i atmosfera. Jak tak dalej pójdzie, to będziemy musieli zmienić lokum, bo to się staje za małe dla naszej wesołej gromadki. Zająłem 8 miejsce, czyli w środku tabeli. Oczywiście, jest apetyt na lepsze rezultaty, ale na wszystko przyjdzie czas. Gratulacje dla O’Jerrego. Był to turniej jego imienia i osiągnął bardzo dobry rezultat. Z tego, co widziałem bawił się przy tym równie dobrze – pełen sukces!

Na koniec trochę z innej beczki, ale nie do końca. Czytam ostatnio od początku blog Przema. Pierwsze wpisy czytane dzisiaj są naprawdę ciekawe – widać jak ewoluowała gra i jej zasady, jak zmieniło się meta i sposób rozgrywania pojedynków. Zwłaszcza interesujący dla mnie był wpis o kartach za trzy i fragment poświęcony zmianom tempa gry. Mam wrażenie, że od tamtych czasów (znanych mi jedynie z opowieści) gra pod kątem szybkości weszła w nadświetlną, chociaż po FAQ 2.0 można zobaczyć jakieś czwórki nawet. Nadal jednak wsparcie za 4 to herezja. Mam nadzieję, że z czasem będzie coraz więcej miejsca na finezję i droższe karty – wydaje mi się, że to byłoby tylko z korzyścią dla graczy.

Dzięki za uwagę (wpis wyszedł dłuższy niż zwykle) i jak zwykle zachęcam do komentowania!

Categories: Liga, Meta, Orki, Turnieje | Tagi: , , , | 7 Komentarzy

Blog na WordPress.com.