Uncategorized

Trofeum Mareela 2014 – wilcza relacja

Intro

introUwielbiam jeździć na regionalsy. Dla mnie to cały rytuał. Na piątek biorę wolne, wynajmuję dużo wcześniej dobry hotel, jadę najbardziej komfortowo, jak się da. Oszczędzam na regionalsa, na regionalsie nie oszczędzam – to moje motto. Zrobiłem od tej reguły jeden wyjątek – Mistrzostwa Polski, kiedy mieszkałem w hostelu – i tylko super ekipa, która opanowała hostel wszystko uratowała. Jadąc drugi raz do Grodu Kraka nie popełniłem tego błędu i wszystko było zgodnie z rytuałem. Turniej był znakomity. W moim odczuciu na równi z Mistrzostwami Europy we Wrocławiu, do których będę miał szczególny sentyment, bo był to mój pierwszy regionals. W Krakowie atmosfera i klimat były na najwyższym poziomie, emocje sięgały zenitu a integracja miażdżyła. Jeśli byłeś – wiesz. Jeśli Cię nie było, następnym razem nie popełnij tego błędu.

mgla

Mgła jest przyjacielem szczurów

Na Kraków!

Jako środek transportu wybrałem pociąg i był to świetny wybór, bo dokładnie tym pociągiem jechał też Makabrysio i Virgo. Mimo problemów z dotarciem nasza legenda za 8, znany także w niektórych kręgach jako Eheś, zdążył na peron i ustawiliśmy się, że po ogarnięciu przedziałów spotkamy się w Warsie. Na umówiony znak sygnał nasza trójka zasiadła w przedziale jadalnym i rozpoczęła konsumpcję napojów energetyzujących o smaku chmielowym. Podróż upłynęła w wybornej atmosferze dyskusji o inwazji i sondowaniu nawzajem swoich talii w bardzo subtelny sposób (“a Corba masz?”). Pociąg dotarł bez opóźnień, co było miłym zaskoczeniem, biorąc pod uwagę czas jazdy do Gdańska na

ostatnie regio i to, że sorry, ale taki mamy klimat.

Na dworcu rozdzieliliśmy się –

Guns & Ammo

Guns & Ammo

chłopaki poszli coś zjeść i do Hexa, a ja skoczyłem do hotelu zostawić rzeczy

i ogarnąć się. Hotel był bardzo przyjemny, nawet dostałem wiśnióweczkę na dzień dobry, nie omieszkałem więc jej spożyć, żeby utrzymać flow rozpoczęte w pociągu. Po ogarnięciu się wyruszyłem w trasę do Hexa. Raz się zgubiłem, ale było blisko i w końcu dotarłem do bramy, która bardziej strachliwym może podnieść ciśnienie. Bardzo szybko zobaczyłem znajome twarze (na miejscu był już Virgo, Makabrysio, Stach i Repek), pudełka po (z?) bronią i amunicją i już wiedziałem, że jestem wśród swoich.

preparty

Butelki, buteleczki…

Popołudnie upłynęło nam na miłej rozmowie (chwilę później dołączył Dashi, Drumdaar i Szymuss, a później swój prowiant przywiózł Rodzyn – prawdziwie krasnoludzkie zaopatrzenie) i później, kiedy zostałem tylko ze Stachem i Virgo, na kilku grach. Koło 20tej rozeszliśmy się, żeby zregenerować się przed jutrzejszym dniem (w końcu miałem zagrać następnego dnia 10 gier i tym razem myślałem o tym serio). Po raz pierwszy na regionalsie poszedłem spać przed północą, zatem byłem wyspany i gotowy.

Przygotowania

razem

Konsylium debatuje nad talią Makabrysia

Zanim napiszę o przebiegu turnieju, chciałbym cofnąć się w czasie o jakieś dwa tygodnie, bo wpłynie to na opis gier turniejowych, a być może jest to nawet najważniejsza część tego wpisu. Otóż na dwa tygodnie przed turniejem postanowiłem – robię topkę. Wiem, że jestem graczem ze średniej półki, ale postanowiłem, że nie ma przebacz, nie chcę już być na tej półce bo raz, że ciasno, a dwa, że na wyższej półce jakoś tak ciekawiej. Do Gdańska jechałem nieprzygotowany, ze złą talią, bez ogrania. Teraz wiedziałem, że nie popełnię tego błędu. Już na poprzednie regio chciałem jechać szczurami i nie wiem, dlaczego tego nie zrobiłem. Zatem wybór rasy był prosty – Skaven – chociaż były wahania w trakcie testów (jakie te Dwarfy stabilne, jakie te DE przyjemnie, jaki ten Chaos kontrolny, jakie te Orki IMBA!!!111oneone). Nie zmieniłem jednak swojej decyzji i całe dwa tygodnie testowałem różne warianty Skavenów.

wisniowka

Na dobry start!

No właśnie, dwa tygodnie. O ile Przemo pisał, że nie przygotowywał się długo, o tyle ja cisnąłem przez dwa tygodnie prawie codziennie. W tym miejscu po raz pierwszy chciałbym podziękować wszystkim testerom, którym chciało się ruszyć z domu, przyjechać do mnie, na polibudę, albo pozwolić mi przyjechać do siebie: Szycha, Makabrysio, Nibelung, Arhra, Dykta, Nilis – dziękuję!!! Dziękuję Wam również (tutaj dodam także Dexa) za wsparcie przed i w trakcie turnieju, a także po jego fatalnym dla mnie końcu. Dziękuję! Szczególne podziękowania dla mojego Mistrza – Ostrego. Dziękuję Ci bardzo za podsuwanie pomysłów, za wątpliwości co do doboru kart, za dyskusje, za rady, za wsparcie, za wiarę w moje zwycięstwo i za sprawienie po raz kolejny (już raz przy coachingu Ostrego byłem w topce, w Bydgoszczy), że wspiąłem się na wyżyny swoich możliwości. To jest właśnie w tej grze piękne i tego uczucia wszystkim życzę. Jeszcze raz Ostry, bardzo dziękuję!

Makabrysio i Szycha

Towarzysze broni

Testowałem różne wersje Skavenów. Z innowacją, z musterem, z warpstonem. Z grubasami, bez grubasów. Z misją, bez misji. Ze Screaming Bell, bez Screaming Bell. Z ripami, bez ripów. Na szybko, na spokojnie, na kontrolnie. Mieszane z innymi rasami i w sosie własnym. Testowałem przeciwko wszystkim rasom. Testowałem do tego stopnia, że byłem przekonany co do każdej włożonej kart, żadnej bym nie wymienił. Wiedziałem, które chcę mieć x3, które x2, a które x1. Wiedziałem jak ma wyglądać startowa ręka, jak się zachowam przeciwko danej rasie, jak będę grał na początku, jak w middle game i jak w late game. Robiłem rozpoznanie ostatnich kilku turniejów w każdym mieście, przy liście zapisanych graczy wpisałem prawdopodobne rasy, którymi mogą grać. Miałem wizję meta (które akurat nie było jakieś trudne do przewidzenia). Byłem przygotowany na sukces. Nie zrozumcie mnie źle – nie ma w tym zarozumiałości, ani przechwałek. Po prostu odrobiłem przed turniejem pracę domową, żeby powalczyć o zwycięstwo, żeby zmazać porażkę z Gdańska, żeby udowodnić że szczury potrafią, żeby być dla każdego zagrożeniem i żeby – poza integracją – turniej miał dla mnie także wymiar turnieju, czyli rywalizacji.

Wierzyłem w topkę. Marzyłem o zwycięstwie.

Talia, czyli Szczurki z Kanału

Koniec końców zdecydowałem się na jechanie na warpstonie, ripach i grubasach oraz większej dawce kontroli. Poniżej deck:

http://deckbox.org/sets/584318

Chciałbym opisać poszczególne karty oraz karty, których nie ma. Pozwoli to chętnym prześledzić mój tok myślenia, a nowym graczom może pozwoli poznać nowe sztuczki.

Rat Swarm x 6 – w testach bywał x5, ale jednak w komplecie są niezbędni. Bronią przed inkruzją kluczowych supportów po bokach (jednostki rzadko tam bywały), pozwalają z warpstonem wystawić za darmo Abominację, z Clan Ratami robią ekonomię, dopalają Greyseera Thanquola, wspomagają Deathmaster Sniktcha, są mięsem pod eksperymenty do ataku, do zdejmowania snotlingów, do obrony z zaskoczenia. Robią robotę, dużo, tanio, tesco.

Clan Moulder’s Ellite x 3 – czyli tak zwany Duży Szczur. Wybór oczywisty. DE nie ściągną go tak szybko, bomba też nie. Łykają indirecty jak potrzeba. Jak już spadną to wrócą z Wodza, żeby przeprowadzić ostatni atak. Jedna z najmocniejszych skaveńskich kart i to od dawna.

Skaven_Clan_Rat_by_StugMeister

Clan Rats x 3 – według mnie świetna karta, chociaż nie każdy podziela moje zdanie. Według mnie jeden w plecach to poważny minus, ale jeśli nie gram z DE to nie robi mi to wielkiej różnicy, a goście są świetni do robienia ekonomii, zwłaszcza na początku. Teraz trik z cyklu “witamy w świecie pro zagrań dla najmłodszych”: wystawiamy Clan Rata w kingdom i zerówkę w quest. W następnej turze na początku spaczamy Clan Rata dając zerówce młotek, następnie odpaczamy go i po dobraniu zasobów spaczamy jeszcze raz dając drugi młotek. Mamy 3 kasy i 4 karty. Dla starych wyjadaczy trik znany, ale kilku graczom musiałem udowadniać, że da radę go spaczyć dwa razy w jednej turze przed dobraniem kart. Opcjonalnie dawał młotek do ataku, jak była potrzeba. Musiałbyć x3 bo miał robić starty. I robił.

Clanrat Clawleader x 3 – zerratowany nie po myśli niemych pracowników FFG, francuskich tłumaczy, Organizacji Narodów Zjednoczonych oraz Instytutu Matki i Dziecka. Wbrew obiegowej opinii o jego przegiętości, nie powiedziałbym. Oczywiście, świetna jednostka, ale takich potrzeba szczurom, które z założenia mają być w ataku liczne. Czy wracanie z grobu jest fluffowe. Kiedyś Red5 na forum udowodnił mi (można poczytać w wątku “Czarny robi questa” w dziale Flejm), że fluffem da się uzasadnić wszystko. Zresztą fluffowych baboli w Inwazji jest dużo więcej (vide wspomniany wyżej wątek). Zatem nie płakałem po starej interpretacji karty tylko do przodu, do przodu. Bij, bij, bij. Szybko, szybko! Starałem się nie wrzucać z ręki dużego szczura, choć czasem było trzeba. Często lądował Clan Rat dając ze swoją abilitką dwa młotki, często też wracałem nim jednostki z grobu. W jednej grze potrzebowałem dodatkowego skavena, żeby Deathmaster miał wystarczająco kart do zabicia jednostki przeciwnika, więc weszła i zerówka. Jak to mawia Virgo, witamy w świecie pro zagrań.

Corb Polybog x 3 (ciekawostka: jednostka z błędem wpisana na deckboxa) – według mnie musi być. Wrzucam go właściwie do każdej talii, chyba że totalnie mi się nie mieści, ale to się bardzo rzadko zdarza. Przemo pisał już co nieco o tym, że gracze zapominają, że działa on na obu graczy, że po jego zejściu można już grać. Ostatnio była z nim spinka na turnieju w Wawie. Jednostka według mnie bardzo skillowa. Trzeba wiedzieć czym się gra, przeciwko komu się gra, jaki jest etap gry, jakie karty mogą nas skrzywdzić najbardziej oraz jakie są najbardziej potrzebne przeciwnikowi. U mnie najczęściej grany na my life’a, na Osterknachta, na Troll Vomit i na Śmierć w Cieniach. Przydawał się bardzo. Zdecydowanie x3, chciałem go mieć jako opcję od początku.

greyseerGreyseer Thanquol x 2 – pierwsza karta x2. Grałem z opcją x1, grałem też x3. W życiu do głowy by mi nie przyszło, żeby go do talii nie brać. Cóż, Virgo przyszło to do głowy i wygrał turniej. Nie żałuję, że go miałem, robi gry generując potężny napór, zmusza przeciwnika do natychmiastowej reakcji, a jeśli przeciwnik nie jest w stanie zareagować to często kończy grę. Na pierwszej ręce nie chciałem go raczej mieć, stąd x2, potrzebowałem miejsc na inne karty.

Deathmaster Sniktch x 2 – również x 2. Jednostki ładowałem raczej w battla, a on nie posiedzi tam sobie z Thanquolem, zatem x 2. Robił świetną kontrolę, w middle i late game potrafi ściągnąć nawet bloodthirstera jeśli trzeba. Wystawiałem go najczęściej z ręki w battla i po deklaracji atakujących spaczałem, ale zdarzyło mu się wyjść z ripa, jeśli była taka konieczność.

Hellpit Abomination x 3 – zdecydowałem się na tę kartę, bo pod ripa jest świetna do ekonomii, ataku i obrony, może wejść za darmo do battla (nie zapominajcie, że włożenie go jako pierwszego za darmo “zjada” akcję stolicy!) jeśli poświęcimy 3 spaczone jednostki, co jest łatwe przy warpstonach, clan ratach, Śmierci, i sniktchu. Potężny skubaniec, polecam potestowanie go. W testach grał x3, ale jeśli nie podejdzie Corb, to nie ma odpowiedzi na Dwarfową anulację, zatem…

kot

Moja odpowiedź na pytanie: „mogę cofnąć?”:)

Bloodthirster x 1 – Bloodek to the rescue. Teraz nie tańczy już tylko w Orkach, zatańczył dla Rogatego Szczura bijacz! Bloodek jest grubasem pod ekonomię, ale w kluczowym momencie potrafił zaskoczyć ripowany w ramach ominięcia majlajfa. Dał radę, jestem z niego zadowolony. <głosem Bogusia Lindy> Dobry, kurwa, demon.

Seduced by Darkness x 2 – to była karta, która zagrała mi najmniej, ale raz zagrała, co przeważyło szalę zwycięstwa na moją korzyść, zatem przydała się. Ataku nią nie powstrzymywałem, służyła za zmiękczanie obrony, za zabranie przeciwnikowi tych wyliczonych na styk hit pointsów.

Chittering Horde x 3 – karta-klucz. Zaczynamy robienie szczurzego decku od włożenia jej x3. Dla nowych graczy: omija infiltrację (co jest zajebiste!).

Death in the Shadows x 3 – jedna z nielicznych według mnie kart, które dużo lepiej brzmią po polsku. Śmierć w Cieniach. Czujesz to. W Cieniu czai się na ciebie Śmierć. Nocne powietrze przeszywa świst sztyletu, a z ciebie uchodzi życie. Obowiązkowy zestaw kontrolny każdego szczura z klanu Eshin. Stealth. Infiltration. Assasination. Dwójki giną, aż miło.

Rip Dere ‚Eads Off x 3 – wspaniała karta. Pomysł do głowy, żeby jej używać włożył mi do głowy Ostry i postanowiłem ustawić moją talię tak, żeby używać tej karty. Ogólnie to jestem w niej od pewnego czasu zakochany i chcę ją mieć w przeróżnych destro-deckach. Robiła ekonomię i atak z Abominacją i Bloodkiem, robiła kontrolę z Deathmasterem. Robiła fantastyczną i niespodziewaną często obronę. Zabójcza w mirrorach, gdzie po takim ripie atak nie wchodzi, a ginie czterech lub pięciu atakujących. Jestem zadowolony, że ją wziąłem. Pamiętam zdenerwowanie, jak zaczęła się dyskusja na forum o użyciu ripa w Skavenach na jakieś trzy dni przed turniejem, podczas gdy od tygodnia cisnąłem nim już na ostro. Na szczęscie nikt się nie wystraszył i nie skarcił mnie Long Winterem. Super karta, daje dużo zabawy i zwiększając poziom trudności talii, daje więcej opcji kombinowania. Jako ciekawostkę dodam, że Rip był częściej obronny i ekonomiczny niż ofensywny.

Warpstone Experiments x 3 – karta, której nie trzeba przedstawiać. Atak, obrona, ekonomia. Wszystko.

jaikotyBurn it Down x 3 – kolejna opcja kontrola. Niezbędna do gry z DE, żeby zniszczyć arkę, ale przydaje się przeciwko każdej rasie i wielu przeciwników się jej nie spodziewa. Zwłaszcza, że grając na ripie devki nie zawsze idą od razu w battla, więc jest dobrze zakamuflowana. Kolejny odcinek z cyklu “Witamy w świecie pro zagrań”: miałem 2 zasoby, a przeciwnik (DE), żadnych supportów. Wystawił wszystko, co chciał i widzę, że potrzebuje zasobu na Shattered Thought, ale jest pewny, że dostanie go ode mnie. Rzuca Hate, a ja, żeby nie oddawać mu tego zasobu rzuciłem Burn it Down na własnego Plunderera. Taki byłem.

Plunderer x 2 – ciekawa karta, ale nie chciałem jej mieć w decku. Niestety, przy ripach, burnach i seduced jest niezbędna. I nie powiem, robiła robotę pozwalając rzucić obronnego ripa częściej, niż mogłoby się to wydawać.

Warpstone Excavation x 3 – nie trzeba tłumaczyć.

Skryre District x 2 – fajnie robi starty z warpstonem, niemniej jednak przy moich ripach ekonomicznych nie zawsze się opłacał. Jeśli nie było go na starcie, albo w drugiej turze, to zazwyczaj już go nie wykładałem. Ale bardzo dobra karta, bez dwóch zdań. Trzeba tylko potem pamiętać, żeby się nie pomylić z wykładaniem i dopakowywaniem boków. No i rada dla nowych graczy: Thanquol atakujący z boku też go zdejmuje, warto mieć to na uwadze.

lokal

Stołówka

Screaming Bell x 1 – znam graczy, którzy uważają, że musi być x 3, znam też takich, którzy do nie włożą do talii. Według mnie bardzo przydatny support, ale nie na początku. Może przechylić szalę zwycięstwa w odpowiednim momencie, ale nie jest niezbędny. Jedna z moich dyskusji z Ostrym dotyczyła właśnie tej karty. Postawiłem na swoim i wziąłem. Nie żałuję, przydał się, ale x1 jest dla niego według mnie idealną liczbą.

Wielcy nieobecni to z pewnością:

We Hates Them All – nie uwierzyłem w magię misji. Powiem szczerze, przed turniejem nawet nie wiedziałem, że jednostka położona na nią już ją odpala. Raskoks ją miał i chyba dobrze na tym wyszedł, w moim decku jej nie czułem.

Gutter Runners – czyli zwiadowca. Wiele osób mnie do niego namawiało. Jakoś tego nie widziałem. Jak dla mnie on wchodzi tylko z Wodza, jeśli go nie mam na początku to nie boli tak przeciwnika, a bez wracania go z grobu co turę ten scout nie jest kluczowy. Niektóre talie mają go totalnie w tyłku. Błąd, czy nie błąd? Według mnie nie.

mata

Night Runners – indirecty były kuszące, ale przy buildzie, na który ja się zdecydowałem to był on, albo Clan Rat. Uznałem, że Clan Rat daje mi dużo więcej opcji, a indirecty też nie są jakieś imba, nawet jak jest ich 5. Dodam tylko w tym miejscu, że ten gość jest świetny do talii na orków na multiataku z Makką Greenfistem. Czek dis ałt!

Oczywiście, jest jeszcze wiele ciekawych kart Skavenow. Legenda, na razie niewykorzystana, Master Moulder, Vicious Clanrat czy Shattered Tower. Definitywnie, można potestować.

Uff, rozpisałem się strasznie o talii, ale to moje wypieszczone cacuszko i chciałem je pokazać światu w pełnej krasie i opisać moje zamysły. Mam nadzieję, że jeszcze jesteście ze mną, bo doszliśmy właśnie do turnieju!

Walka o Trofeum Mareela – wzloty i upadek

Minuta ciszy dla Mareela… Nie znałem osobiście człowieka, ale słyszałem same pozytywne rzeczy. Była minuta ciszy na turnieju, było kieliszek wylany i wypity. Są ludzie, w których pamięci żyje i widziałem to rozmawiając z niektórymi osobami.

kominek

Przy kominku atmosfera gorąca

Turniej zaczął się od tego, że była awaria kibla. Czyli tak, mieliśmy rozjechanego na drodze szczura, mieliśmy zalew nieczystości, a ostatnim w toalecie był Przemo. Wtedy jeszcze się z tego śmiałem, ale to były omeny (nie mogę się powstrzymać od śmiechu jak to piszę). Akcja z kibelkiem była słaba, ale dzięki temu pierwsze rundy były naprawdę pro, bo wszyscy powstrzymywali się od picia przez pierwsze rundy (ja do końca nic nie piłem, co chciałbym podkreślić). Wielkie propsy jednak dla właścicieli, bo ogarnęli temat fachowo i sprawnie.

Chwila o właścicielach, lokalu i zimnie. Właściciele bardzo mili, wspaniali i sympatyczni ludzie. Jeśli chodzi o lokal to w piątek po południu wyglądał jak warsztat: symfonię grały młoty, szlifierki, piły i inne narzędzia. Pył unosił się wszędzie i nie wyglądało na to, że następnego dnia będzie tam regionals. Ale był. Następnego dnia, czyli w sobotę wszystko wyglądało bardzo fajnie, eleganckie i duuuże stoły z suknem, bardzo wygodnie mi się grało. Czy było zimno? Cóż, ja założyłem, że może być zimno więc wziąłem bluzę. Żadnego zimna nie czułem przez cały turniej, a jak grałem blisko kominka (tak, był kominek z prawdziwym ogniem!) to było bardzo ciepło. Także jeszcze raz, wielkie gratsy dla właścicieli, super wszystko było przygotowane.

Wróćmy do gier.

Runda 1

Morphine (DWA) 2:0

morphinePierwsza runda. Morphine już poznałem na OMP-kach, człowiek legenda, twórca programów, z których korzystam robiąc turnieje i składając decki. Bardzo miły i spokojny człowiek. Sam napisał w swojej relacji, że byłem troszkę zdenerwowany. Była to mieszanina zdenerwowania i podniecenia, ekscytacji. Troszkę się stresowałem, jak pójdzie ta pierwsza gra, a przecież mierzyłem wysoko. Wiedziałem, że przyjdzie mi się mierzyć z Dwarfami, w testach miałem wyśmienite wyniki, więc wiedziałem, że kluczowe będzie dla mnie zablokowanie majlajfa w odpowiednim momencie. Udało się to w obu grach, i obie wygrałem. Trzeba przyznać, na styk. W następnej bym płonął. Ale tak to jest właśnie z grą szczurami. Trzeba ryzykować, być gotowym zagrać va banque i być na krawędzi. Inaczej się tą rasą nie da. Morphine pięknie mnie raz zaskoczył wstawieniem na Thana Wielkiej Księgi Uraz. Dobry trik, prawie kosztował mnie grę. Pierwsze zwycięstwo na drodze, jest dobrze.

Runda 2

Raskoks (SKA) 0:2

raskoksCzułem, że się spotkam z Raskoksem. Poznaliśmy się na żywo dopiero na miejscu, potem na integracji była okazja do pogadania i wypicia wódeczki. Raskoks jest bardzo fajnym człowiekiem, przyjemnie się grało. Wiedziałem, że w mirrorze będzie dużo losowości, będzie się liczyło kto zaczyna, kto co pociągnie. Ale tutaj należą się też gratsy dla przeciwnika, bo miał bardzo fajną talię, chociaż misji bym nie wrzucał (zresztą był tak szybki, że nawet jej przeciwko mnie nie odpalił chyba). Nie będę się rozwodził. Był szybszy i mnie pogonił. Ale nic to, myślę, jedziemy dalej!

Runda 3

Xasinus (EMP) 2:0

Miałem przewagę, bo przeciwnik nie znał za bardzo kart skaveńskich, nie za bardzo wiedział, co go może spotkać. Grał Imperium na skakaniu, więc był i tak dla mnie bardzo groźny – counterstrike boli cholernie. W obu grach przydała się kontrola, Burny, Seduced (haha, Lincoln!), Śmierć w Cieniach. Wszystko śmigało jak słowo boże po kościele i dałem radę. W drugiej grze Xasinus po mulliganie miał słabą rękę i ciężko mu było się rozbudować, zatem włączyłem aggro mode i pojechałem. Bardzo miła atmosfera gry i bliskość kominka sprawiła, że czułem się jak na szczurzej wigilii. Pamiętam z tej gry jeden błąd oponenta. W swojej drugiej turze zagrywam na zerówkę eksperymenty, żeby dobrać karty, w odpowiedzi dostaję żelazną dyscyplinę, to ja w odpowiedzi drugie eksperymenty, na co przeciwnik po namyśle drugą dyscyplinę. Ok, ograniczył mi dociąg, ale później zabrakło mu tych dyscyplin, jak fruwały sztylety.

Runda 4

Repek (ORC) 2:0

z repkiemOrka się trochę bałem. Repek na dzień dobry powiedział mi, że cofanie jest do czasu położenia kolejnej karty. Ok, powiedziałem, chociaż ja miałem ochotę w tym turnieju nikomu nie dawać nic cofnąć (pro gaming, a co!). Sam chciałbym w tym momencie powiedzieć, że nic nie cofnąłem w całym turnieju (zrobiłem dwa błędy i ponosiłem konsekwencje). Grało się miło, chociaż ciśnienie było poważne. Śledzie stopowały mnie skutecznie, gra była do samego końca, do ostatniego obrażenia, na styk. W drugiej Repkowi nie podeszły rzygi przez dużą część gry, dzięki czemu nie miał jak się pozbyć mojej hordy i trochę ku wspólnemu zdziwieniu wygrałem kolejną grę bez straty rundy. Naprawdę było ciężko.

Przerwa

Z wynikiem 3-1 schodziłem na przerwę. Trochę się bałem, bo we Wrocławiu było tak samo, a skończyło się 3-4. Wiedziałem, że teraz jestem bogatszy w doświadczenie i lepiej przygotowany, zatem zamiast rozważać bez sensu różne opcje udałem się na pierogi, a po ich konsumpcji dołączyłem do chińczyka, gdzie chyba ¾ turnieju siedziało. Knajpa została przejęta, super klimat!

Runda 5

Germanus (ORC) 1:2

IMG-20140118-01094Znowu Orki, znowu bardzo ciężko. Germanus jest bardzo dokładnym graczem, raczej nie robi błędów, rozważa ruchy. Dodatkową atrakcją był Jaszczur za moimi plecami. Po pierwszej przegranej grze (Wurrzag, Rzyg, śledzie, AP wracający rzyga, Wurrzag, rzyg) oddech Wicemistrza Świata dodał mi skrzydeł i zdążyłem spalić zanim cały kontrolny arsenał Orka mnie zmiótł z powierzchni ziemi. W trzeciej jednak zripowany w Kingdomie Lord of Change pogrzebał moje zamiary i w zasadzie ustawił grę. Przegrałem. Z bilansem 3:2 wiedziałem, że muszę obie wygrać, a przynajmniej wygrać jedną i jedną zremisować. Nie było innej opcji. Kości zostały rzucone. Devka, pach, leci.

Runda 6

Boreas (CHA) 1:1

z BoreasemZ Boreasem jeszcze nigdy nie grałem, ale wiedziałem, że jest diablo niebezpieczny, ma łeb na karku i skilla na najwyższym poziomie. Grał talią, którą spokojnie mógłbym nazwać antydeckiem na Skaveny. W pierwszej grze męczył mnie niesamowicie Wasting Disease, którą wracał sobie dzięki Horrific Favour. Dodatkowo Ptasior jako restrykcja był bezlitosny. Pierwszą przegrałem. W drugiej to ja przeważałem i w pewnym momencie byłem już pewny wygranej. Boreas wtedy poddał grę, dodatkowo zauważając, że jedną strefę spalił mi Daemon Princem, który miał na sobie tylko jeden żeton (dezorientacja wynikała z tego, że Boreas nie kładł żetonów, tylko używał kostki do zaznaczania, ile ma żetonów). Gramy ostatnią, ale zostało już bardzo mało czasu. Jak to powiedział Boreas, “włączam tryb obronny”. Wystawił Sorcerera w pierwszej turze i następnego w drugiej. Co ciekawsze, obu mi się udało zdjąć, ale nie starczyło już czasu, by spalić).

Runda 7

Arczi (DE) 2:1

arczi2

Zagadka: gdzie jest Arczi?

Mecz o wszystko. Jak na złość, przyszło mi go grać z nemesis mojej talii – Mrocznymi Elfami. Dodatkowo prowadzonymi przez świetnego gracza – Arcziego. W bardzo miłej atmosferze toczyliśmy bardzo zacięty pojedynek. Pierwszą wygrałem ja, w drugiej było blisko. Pamiętam ostatni atak, miałem dwa grube szczury i dwie inne jednostki. Arczi zdjął mi wszystko po deklaracji atakujących poza jednym szczurem, którym spaliłbym rzucając na niego eksperymenty. Problem w tym, że miałbym po tym 3 karty na ręce, a Arczi miał jeszcze jeden zasób i w decku/na ręce (nie wiedziałem gdzie) ostatni Shattered Thought. Rzuciłem eksperymenty i mówię: “powiedz mi proszę, że nie masz tego Shattered Thought, że wygrałem”. Nie powiedział tego, strzaskał mi myśl i gramy trzecią. Bój był zacięty i na minutę przed końcem udało mi się spalić. Podskoczyłem aż z miejsca z okrzykiem zwycięstwa, zwłaszcza, że usłyszałem ze stolika Borin-Przemo, że tam jest remis. Upragniona topka była moja.

I teraz miało miejsce najsmutniejsze wydarzenie w całym turnieju. Pewnie większość z Was już o tym słyszała, lub czytała. Zobaczyłem, że Borin z Przemem dyskutują, wiedziałem dobrze o czym jest ta dyskusja. Niestety, Borin poddał grę Przemowi i z remisu zrobiło się zwycięstwo Przema. Zwycięstwo, które zamiast 12 punktów dało mu 14, a tym samym ja (13 punktów) zająłem 9 miejsce z bilansem 4-1-2 i wypadłem poza topkę. Cóż mogę powiedzieć, było mi bardzo smutno, bardzo źle. Łzy złości spływały mi po policzkach. Cały trening, wszystkie przygotowania, wszystko jak krew w piach. Wtedy byłem wściekły i rozżalony. Dziś nie jestem. Takie jest po prostu życie. Robimy to, co możemy najlepiej i liczymy, że będzie dobrze. Ale nie zawsze jest. Nie zawsze wszystko da się przewidzieć, nie zawsze nasze best będzie good enough. I tak było wtedy. Odbyłem długą rozmowę z Borinem, z Przemem (który w ćwierćfinale trafił na swój antydeck, więc nie powalczył). Napiłem się z nimi wódki, wyjaśniliśmy sobie wszystko. Przemo, Borin, zostawmy to za nami. Wtedy miałem żal, dziś go nie mam. Jasne, jeszcze co jakiś czas wraca do mnie, że to mógł być ten dzień, to zwycięstwo, ten sukces. Ale po prostu nie był. Nie był to ten dzień. Ten dzień jest jeszcze przede mną, ten dzień jeszcze nadejdzie i przyjdzie czas triumfu. Jest na co czekać, jest o co walczyć. I bardzo dobrze – głód gry mam większy niż kiedykolwiek. To nie jest tak, że zwycięstwa nas budują. Najbardziej budują i hartują nas porażki i z tą lekcją wyjeżdżałem w niedzielę z Krakowa po to, by już w poniedziałek spotkać się z kolegami w Warszawie i cisnąć w Inwazję! Dlatego właśnie kocham tę grę!

Integracja, podziękowania, całuski, cukiereczki, ciasteczka

top3

TOP3

Finałowe gry oglądałem tylko przez ramię, bo już skupiłem się na integracji. Tego nie da się opisać, klimat był niesamowity, była wódeczka, były historie, był śmiech, były kiełbaski, wygłupy, wódki przy barze, tańce na stole, rajdy po Krakowie, zebranie FAQ Teamu, papierosy przed lokalem. Słowem, był klimat – jak zawsze. Dla tych ludzi warto jeździć na regionalsy, warto zbierać kaskę, warto czekać.

Anegdotka z integracji. Wracając pijany jak szpadel do hotelu zgubiłem się deczko. Patrzę, a tam stoi grupa takich hardkorowych dresów zabijaków. I ja w swoim zamroczonym umyśle wymyśliłem, że “ci są z pewnością miejscowi, więc dobrze ogarniają”. Podszedłem więc do nich i bełkotliwie pytam: “Panowie, na Garbarską to w prawo czy w lewo”. Na co oni deczko osłupieli, bo chyba nie spodziewali się, że ktoś do nich podejdzie z własnej woli. W końcu jeden wskazał ręką kierunek i powiedział: “w prawo”. Przeżyłem.

FAQ

Nocna zmiana, czyli obrady FAQ Team

Ok, na koniec jeszcze jedna kwestia. Wielu z Was czeka na informację o regionalsie w Warszawie. Chciałbym Wam powiedzieć, że pracujemy nad tym. Ja się w zeszłym tygodniu dowiedziałem, że jestem poważnie chory, wczoraj dowiedziałem się, że bardziej, niż myślałem do tej pory. Przepraszam, za te osobiste wynurzenia, ale one wpływają na moją zdolność do ogarniania. Ogarniam na tyle, na ile mogę, jutro na turnieju będę o tym rozmawiał z chłopakami na turnieju. Czy regionals w Warszawie stoi pod znakiem zapytania? Z pewnością tak. Czy się poddajemy? Z pewnością nie.

W tym miejscu chciałbym bardzo, bardzo serdecznie podziękować Ekipie Krakowskiej (należą im się duże litery) za zorganizowanie tego regionalsa. Był to świetny turniej, nagrody były bardzo ciekawe (maty piękne, super stolica drewniana!, bardzo fajny pomysł z drewnianymi znacznikami spalenia i żetonami z eliksirami oraz skinkiem). Wszystko było tip top, bardzo mi się podobało i dziękuję raz jeszcze.

Na podziękowania zasługują także szczególnie Makabrysio i Szycha, z którymi ramię w ramię przyszło mi walczyć i zginąć na krakowskiej ziemi. To był piękny bój, dziękuję chłopaki!

Gratuluję topce. Nie było lekko. Virgo, wielkie gratulacje za zwycięstwo w turnieju, postawiłeś kropkę nad i w swojej inwazyjnej karierze. Gratuluję też wszystkim, którzy wzięli udział i walczyli. Żaden pojedynek który rozegrałem nie był łatwy, poziom był bardzo wysoki.

To tyle ode mnie, do zobaczenia na następnym regionalsie, mam nadzieję, że u nas!

koniec

Na zdrowie!

Reklamy
Categories: FAQ, Meta, neutralne armie, Ogólne, regionalsy, Skaven, Turnieje, Uncategorized, Zasady | Tagi: , , , , , , | 4 Komentarze

Zmagania ligowe – Siła z Gór

3Wczoraj mieliśmy trzeci turniej ligowy w Warszawie. Strasznie żałuję, że nie mogłem być na pierwszym, ale postaram się nie opuścić już żadnego. Klimat na turnieju jak zwykle wyśmienity, grając razem parę miesięcy ekipa się już dość mocno zgrała, co uświadomiłem sobie tydzień temu, kiedy chłopaki zrobili mi super niespodziankę, o której pisałem w poprzednim wpisie.

Jeśli chodzi o talię, którą postanowiłem zagrać to wziąłem talię drumdaara z Katowic, o której możecie poczytać na naszym forum: http://whinvasion.pl/viewtopic.php?f=5&t=3220

Biorąc pod uwagę, że drumdaar elegancko wyłożył o co chodzi w talii, ja skupię się na swoich przemyśleniach oraz na grach i wynikach z wczorajszego turnieju. Po pierwsze, bałem się trochę grać tą talią. Z jednej strony nie wiedziałem, czy nie będzie znowu wielu talii DE, a z drugiej rzadko grałem do tej pory krasnoludami i nie jestem ekspertem w tej rasie. Ponadto, przeglądając talię kilka razy stwierdziłem, że do jej prowadzenia trzeba mieć skilla. Temat ten poruszał też drumdaar, talia wymaga ogrania, a ja miałem grać nią pierwszy raz. Rzeczywiście, ciekawe rozwiązania (takie jak Pielgrzymka, Serpent i Tunnel Fighter w jednej talii) sprawiają, że trzeba dużo przewidywać, kombinować i po prostu myśleć. Wcześniej dużo grałem orkami i w porównaniu z graniem tą talią granie orkami to bułka z masłem.

Według mnie świetnym rozwiązaniem jest tu wrzucenie My Life x 2 i Master Rune of Valaya x 2. Zastanawiałem się przed turniejem czy nie zmniejszyć liczby kart do 52 poprzez wyrzucenie dwóch valai, a dołożenie jednego majlajfa. Byłby to ogromny błąd – valaja się przydała niesamowicie, a brak potrzeby poświęcania pod nią jednostki był genialny. Zasoby na nią nigdy nie stanowiły problemu.

Dużym rozczarowaniem była dla mnie żelazna dyscyplina. Użyłem ją raz podczas turnieju, ale mam świadomość, że grałem przeciwko taliom, które nie targetują w zasadzie. Na wczorajszy turniej lepszą kartą byłyby Posiłki. Jestem pod wrażeniem możliwości tej karty, jaram się na potęgę.

Ogólnie wielki szacunek drumdaar za świetną talię. Zająłem nią wczoraj 4 miejsce w niełatwym warszawskim środowisku.

I runda

2:1 O’Jerry (Chaos)

2

Ciężka przeprawa, ale zakończona zwycięstwem. Jerry gra chaosem od kołyski, więc wie co i jak. Był ciężkim przeciwnikiem. W pierwszej grze miał kiepskie dojście, przewaga ekonomiczna którą zdobyłem była nie do nadrobienia i w sumie gładkie 1:0. W drugiej grze zostałem brutalnie i maksymalnie skontrolowany. Dwarf Cannon Crew poszło do piachu, supporty wyczyszczone dzięki misji – zostałem z pustym stołem a przeciwnik z bombami, poświęcarkami i Sigvaldem w grze. Żeby było jeszcze weselej to jak nie poddając się włożyłem supoport i jednostkę to dostałem dwa razy Beastmen Incursion i zrozumiałem, że czas grać trzecią grę. Partia decydująca najciekawsza, miałem niesamowity start (Wioska w quest, kanonka wyciągająca ancestrala w kingdom i z devek tunelarz w quest) i w drugiej turze miałem 5 zasobów i 4 karty. Opcji było mnóstwo, ale nie należy lekceważyć potęgi chaosu, który z lojalkami samymi może się podnieść nie mając żadnych młotków. Walka była zacięta i kluczowym momentem w grze było uratowanie przeze mnie tuneli górniczych, kiedy Jerry zagrał Den i chciał mi z misji na której siedział spawn zdjąć support. W odpowiedzi, za 2 zagrałem pielgrzymkę na spawna, którą kisiłem (zostawiając co turę zasoby) od dwóch tur. Nie widziałem nigdy takiej napinki na zdjęcie spawna, like ever. Pierwsza runda do przodu.

II runda

Selverin (DWA) 1:1

Mirrorów się bałem, a jak się dowiedziałem, że gram z Selverinem to morale na chwilę opadło. Ale pomyślałem sobie, że walczymy. Skończyło się remisem, raczej klasycznie. Był wyścig na majlajfy i tu się świetnie przydały valaje, naprawdę robiły grę. Pierwszą przegrałem, napór był za silny, a gracz za dobry. Druga gra to mój szaleńczy atak, a Tomka obrona. Obaj byliśmy bardzo rozbudowani, ja spaliłem jedną strefę, Tomek jedną i tak się bujaliśmy. W ciągu 3 tur zaatakowałem go łącznie za chyba 76 obrażeń. 14 przeszło i to wystarczyło. Na trzecią grę mieliśmy 5 minut. Tomek zaczynał i od razu zaczął od szybkiego naporu – wiedziałem, że tak będzie, każdy doświadczony gracz by to zrobił. Ja zatem przyjąłem taktykę obrony, bo atak nie miał sensu ze względu na to, że Selverin napór zaczął pierwszy. Obrona Czestochowy czyli Kingdoma była zażarta, ale miałem na ręce 2 majlajfy i valaję, więc nie mogło się skończyć inaczej niż remisem. Dobra gra, wymagająca.

III Runda

Dex (ORC) 0:2

Tu kompletna porażka. Nie byłem w stanie skontrolować orka, mimo że naprawdę się starałem i w drugiej grze do zera wyczyściłem stół Dexowi. Ale po prostu było to niemożliwe. Powiem tylko, że w drugiej grze, w trzeciej turze przeciwnik miał Wurrzaga i dwa rzygi na ręce, a ja jedną prawie spaloną strefę i trzy inwazje snotlingów obok swojej stolicy. Także no jak można dać radę – no jak?

IV Runda

Pablo (ORC) 1:0

1Bałem się tego orka, ale Pablo mnie pocieszył mówiąc: „spokojnie, ja to potrafię spierdolić”. Lubię grać z Pablem, bardzo ciepły i sympatyczny człowiek, dużo humoru w grze i zero spinki. W pierwszej szybki Serpent zaczął zabijać, a jak umarł zarzygany to utrzymał pozycję, a po drugiej bohaterskiej śmierci w odmętach trollich rzygowin zastąpił go kolega. Palenie było nieustające, Pablo nie miał jak zniszczyć devek w battlu. W drugiej grze już nie było tak różowo, dostawałem rzygami, Grimgorami i innym zielonym tałatajstwem, aż miło. Pablo miał jednak słaby dociąg i mimo posiadania na ręce z 20 kart nie mógł znaleźć nic do spalenia, a musiał zapakować aż trzy strefy. Jest to jednak ryzyko talii kontrolnej na Wurrzagu, że może być ciężko palić, zwłaszcza krasnale. W pewnym momencie zostało 7 minut do końca, ja miałem po kilka obrażeń w dwóch strefach i jedną czystą, w dłoni 2 valaje i jednego majlajfa, pielgrzymki i obrońców gdzie trzeba, także wiedziałem że dowiozę zwycięstwo. Bardziej nastawiłem się na obronę i atak – w taki to oto typowo krasnoludzki rozważny sposób twardziele z gór pokonali orczą hordę.

2-1-1 to całkiem dobry wynik biorąc pod uwagę stopień skomplikowania decyzji w talii i fakt, że grałem nią po raz pierwszy. Jestem bardzo zadowolony, polecam wypróbować!

Categories: Chaos, Krasnoludy, Liga, Orki, Testy talii, Turnieje, Uncategorized | Tagi: , , , , , | Dodaj komentarz

Jak FAQ z jasnego nieba!

Beach_Umbrella_SmallSezon letni, wakacyjny. Morze, ciepły piasek pod stopami, piękne dziewczyny w skąpych strojach. Drinki z palemką i okazyjna siatkówka wieczorem, kiedy słońce już tak nie doskwiera. Spokój, relaks, odpoczynek, a tu jeb – F.A.Q. 2.1! Oczywiście, ja – drugi rok z rzędu – nie mam urlopu, więc nie dla mnie ten piasek, te drinki, te dziewczyny. Ale dla mnie FAQ 2.1, dlatego kilka słów o najważniejszych zmianach chciałbym napisać (zwłaszcza, że mi Okoń delikatnie pojechał, że tylko o turniejach piszę, więc to taki mały dowód, że się poprawiam i nie tylko turniejowa krew, pot i łzy na blogu się znajdują).

Konwokacja Orłów – limited

orlyJak dla mnie zmiana na plus. Wreszcie coś, co chociaż trochę osłabi granie tylko w questa i może zmobilizuje graczy HE do poszukania innych rozwiązań na wygrywanie. Chociaż trzeba przyznać rację tym, którzy twierdzą, że nerfienie długouchych jest bezsensowne, bo i tak nie wygrywają. Niemniej jednak granie HE było – przynajmniej dla mnie – ostatnimi czasy nudne, bo najbardziej optymalnym deckiem był deck „wszystko w quest”, a że takich nie lubię, to po prostu nimi nie grałem. Teraz może coś się ruszy.

Pięści Morka – limited + uwolnienie z restrykcjifist

Limited utrudnia (bo niestety nie eliminuje w destro za sprawą Power of Chaos) wykorzystanie tej karty w combie, a zdjęcie z restrykcji pozwala włączyć ją do decku, choćby na obrażeniach. O ile Boreas nie wymyśli jakiegoś nowego uberpro decku, to według mnie zmiana bardziej dla casualowych graczy. Talia na obrażeniach do tej pory nie gościła na salonach turniejowych, ale po domach, piwnicach, jamach i pieczarach bywała grywana. Oczywiście, w domu można olewać listę restrykcji, ale w mojej grupie stosujemy się do zasad turniejowych podczas gry, więc pięści na restrykcji zaszkodziły talii self-damage. Teraz ten problem zniknął.

Inwazja Snotlingów – unique

snotyNajbardziej kontrowersyjna zmiana. Orędownicy tezy o śmierci orków poza Wurrzagiem, jak na przykład Virgo, twierdzą, że danie unique inwazji jest ogromnym błędem. Inni, na przykład Nilis, ale ta grupa jest znacznie szersza, twierdzą, że wreszcie orczy wodzowie będą musieli włożyć do pola bitwy coś więcej niż pajączki. Jakkolwiek rozumiem Virgo, że karta straciła na użyteczności to nie zgadzam się, że jest martwa i podzielam jednak pogląd zwolenników zmiany. Z pewnym zastrzeżeniem – że snotlingi będą lepsze w talii nie na Wurrzagu tylko na spaleniu dwóch stref. Dlaczego?

Po pierwsze, wrzucając przeciwnikowi inwazję zmuszamy go do poświęcania devek lub otrzymywania obrażeń w stolicę. To dalej trudny wybór zwłaszcza, że…

po drugie nadal mamy Long Winter, Stunty Smasha czy RIP, którymi skutecznie te devki możemy unieszkodliwić i sprawić, że przeciwnik będzie dostawał damage co turę.

Po trzecie mamy karty Orc Warning Post oraz Boar Pen, które sprawiają, że przeciwnik musi jeszcze bardziej rozważyć, co mu się bardziej opłaca – devka czy damage, a takie wybory są zawsze dla nas dobre.

Po czwarte, jak jedna inwazja spadnie to przeciwnik dostaje drugą i tak może być przez całą grę. Jeśli zdecyduje się poświęcić strefę, żeby nie dostać drugiej inwazji to w sumie tym lepiej, musimy spalić tylko jedną.

Mając na uwadze powyższe jednak nie spisywałbym „normalnych” orczych decków na stratę. Według mnie Orki dalej są mocną rasą i dadzą sobie spokojnie radę. Jakoś zresztą żyły przed inwazją, będą więc żyły z unique. Ponadto jednak mnie denerwowało, jak przeciwnicy dawali mi do zrozumienia, że wygrałem samymi inwazjami, a co więcej, mieli dużo racji. Podsumowując, karta dalej robi dobrą robotę, ale nie pali sama strefy, a jak pali, to po bożemu.

Odrębnym tematem jest dyskusja, jakie buildy orcze mają szansę, a jakie nie, ale to zostawię na odrębny wpis poświęcony buildom w różnych rasach, który planuję.

hordaNiekończąca się Horda – restrykcja

Kolejna kontrowersyjna zmiana. Bo czemu nie rzyg? Według mnie bardzo dobrze, że nie rzyg, bo wrzucenie hordy na listę restrykcji sprawia, że deck na Wurrzagu jest o wiele trudniejszy do skutecznego prowadzenia, a wrzucenie na restrykcję rzygów by go całkiem zabiło. Nie oszukujmy się, bez rzygania Wurrzag traci z czterdzieści procent wartości. Brak hordy boli bardzo, trzeba dużo bardziej kombinować i dużo więcej planować, co według mnie wyjdzie tylko na dobre.

Kulty Rozkoszy – restrykcja

kultyKurwa, tak! Przepraszam za przekleństwo, wiecie dobrze, że nie stosuję ich na blogu zbyt często starając się dbać o kwiecistość mowy naszych ojców i dziadów, a nawet matek i babek. Tym jednak razem, dla podkreślenia rangi wydarzenia sobie pozwoliłem. Według mnie powinno się to stać dawno temu. Karta która sama ustawiała grę, a w połączeniu z cudami DE (w tym z Temple of Spite i Hekartii w szczególności) do zdejmowania jednostek zmiotła z powierzchni ziemi rushe. Zdecydowanie coś trzeba było z nią zrobić i wrzucenie razem ze świątynią i Sacrifice to Khanie (pomijając już fakt wypuszczenia lepszego removalu za jeden) na listę restrykcji przy Hekartii limited jest zdecydowanie słuszne. Sam mam aktualnie poważny dylemat, czy wurrzagkulty, czy jednak świątynia.

Wurrzag – restrykcja

To się raczej musiało stać. Szaman walczył ze Staruchą Crone o miano najlepszej taniej legendy i według wielu walkę tę wygrywał. Z rzygiem i hordą był niesamowity, musiał przyjść kres jego bezkarnych harców. Według mnie dalej bardzo silna legenda, która i bez hordy jest niebezpieczna z książką czy Morglorem Masakratorem.

End Times – restrykcja

etHmmm… To z pewnością karta, która najbardziej zamieszała w inwazyjnym kociołku od czasów Mustera. Czy restrykcja to dobra opcja? Ciężko powiedzieć. Z pewnością dobrze, że nie będzie można wrzucić go do talii z kultami (które nas zabezpieczają przy rzucaniu ET), czy Temple of Spite (która to rzucenie przyspiesza). Ale z drugiej strony to jest tak potężna karta, że nie potrzebuje innych z listy restrykcji, żeby zrobić zamieszanie. Może lepszym rozwiązaniem byłoby zlimitowanie jej do jednej w decku, choć to z kolei zabiłoby decki endtajmsowe. Pytanie, czy brak takich decków byłby dobry. Ja odpowiem, że tak. Staje po tej stronie barykady, która uważa, że ta karta jest pomyłką i nie przekonują mnie argumenty jej zwolenników.

Nie zgadzam się z tym, że samemu można przecież wrzucić więcej grubasów do talii – nie, nie można, trzeba robić deck na ET po prostu, bo więcej grubasów w talii jest nieoptymalne o czym najlepiej świadczy fakt, że takie decki przed ET, w którym było za dużo grubasów nic nie wygrywały, a same grubasy zapychały rękę.

Nie zgadzam się też ze stwierdzeniem, że przecież mogę sam zrobić deck na ET – jasne że mogę, wszystko mogę, ale robienie na turniej decku, którego głównym zadaniem jest kontrowanie innego decku nie jest dla mnie fun i koszer.urguck

Urguck – zdjęcie z restrykcji

Według mnie dobra decyzja, o ile nie zostanie wykorzystany do comba. Tak jak Pięści Morka jest fajny w decku na self-damage, daje kaskę i wszystko gra. Szczerze mówiąc to nie widzę go jednak w innej talii, niż jakieś combo, więc o ile takie nie powstanie to raczej karta do klasera jeśli chodzi o turnieje.

Pomijanie fazy – dwie na raz, czyli o przypadkach Inkruzji i jak to z kanapką bywa

biJak się okazuje można pominąć jedną fazę pola bitwy, żeby zrzucić dwie BI. Pomimo, że tłumaczenie FFG do mnie niespecjalnie przemawia, to jednak kanapka, którą jako przykład podał Entropy już tak, mimo że Przemo napisał, że to przykład z dupy. W każdym razie dyskusje można uciąć – BI jest trochę słabsza, ale i tak nikt nią już nie gra (awaiting hejt in three… two… one…).

Counterstrike – może dosięgnąć również legendy

Słuszne to i sprawiedliwe. Counterstrike zyskuje i według mnie bardzo dobrze, bo to fajny bajer i lubię bić, nie będąc bitym. Pomijając miałkość merytoryczną tej wypowiedzi chciałbym dodać, że nie znajduję wytłumaczenia, dlaczego miałoby nie bić legendy, skoro trzy duże szczury zabijają Elthariona na gryfie (pozdro Czarny, czemu ten wątek na forum umarł, jest świetny!)

Efekt „enters play” dla więcej niż jednej jednostki unique

Jak dla mnie wszystko jest klarowne. Jedna wchodzi i zachodzi efekt tej, która weszła. Proste i logiczne.

Tunnel Fighter

znakI tu właśnie liczę na Waszą pomoc, bo nie mam zielonego pojęcia o co chodzi. Słyszałem już o tym problemie z tunelarzem w Winvasion, ale tam też według mnie nie zostało nic wyjaśnione, a cały problem wydaje mi się sztuczny. No, ale skoro znalazło się to w FAQ to coś może jest na rzeczy i chętnie poznam w czym tkwi źródło problemu. Dodam, że nie widziałem nigdy, żeby ta jednostka była źródłem jakiegoś sporu.

Przekierowywanie obrażeń nie kumuluje się

No i ok, nie kumuluje się, gotta problem with that?

valayaMaster Rune of Valaya

Można nią anulować obrażenia zadane w jednej fazie pola bitwy, czyli jeśli jest ich więcej, to anuluje tylko jedną. Teraz według mnie pojawia się pytanie, którego nie umiem rozstrzygnąć: kto decyduje w której anuluje i kiedy ta decyzja musi zapaść? Przecież podczas rożnych faz pola bitwy może być zadana różna ilość obrażeń i to robi różnicę.

Snotling Ambushambush

Jeśli przeciwnik ma mniej zasobów, niż lojalność odrzuconej przez nas karty, to musi odrzucić tyle zasobów, ile może. Zastanawiam się dlaczego to znalazło się w FAQ. Przecież oczywistym jest, że akcje wykonują się do takiego stopnia, do jakiego jest to możliwe, więc sprawa była jasna. Może nie dla wszystkich…

Bonus – zasada turniejowa – organizator nie może brać udziału w turnieju na wysokim poziomie

Trochę szkoda. W innych państwach załatwi to frekwencję o kilkanaście procent, bo ta jedna osoba często robi tam różnicę. U nas jedyny problem, jaki widzę, to mniej funu dla organizatora, a poza tym szkoda, bo jednak organizują te turnieje gracze często bardzo dobrzy, więc strata dla poziomu. No, i oddala się wizja regionalsa w Warszawie, huehuehue!

Dzięki za uwagę i postaram się więcej pisać o sprawach pozaturniejowych!

Categories: Dark Elf, FAQ, HE, Meta, Orki, Uncategorized, Zasady | Tagi: , , , , , , | Dodaj komentarz

Inwazja pozytywnie zakręconych – wspomnienie Turnieju Regionalnego w Bydgoszczy

IMG-20130628-00563Kurz bitewny dawno opadł, turniej w Bydgoszczy jest już tylko wspomnieniem, poznaliśmy już relację Kubali (błyskawicznie napisaną!) oraz Przema. Nadszedł czas, żebym i ja podzielił się swoimi wrażeniami z tego wyśmienitego turnieju.

Przygotowania

Mam dwa oblicza. Z jednej strony jestem pod wpływem mocy Chaosu – nieprzewidywalny i targany skrajnymi emocjami. Z drugiej zaś drzemie we mnie imperialny perfekcjonista, który musi mieć wszystko poukładane. W sprawach wszelakich przygotowań górę nad szalonym Mr Hyde bierze jednak Dr Jeckyll, który jak nie zaplanuje – nie zaśnie. Dlatego też bilet na pociąg oraz hotel zarezerwowałem sobie z miesięcznym wyprzedzeniem. Dwa dni przed turniejem wydrukowałem mapki wrzucone przez Alana (propsy za mapki – full pro), wziąłem w pracy urlop na piątek, wydrukowałem decklistę, potwierdzenia i bilety, włożyłem wszystko w teczkę i byłem lock&stock, czyli w pełni gotowy na podbój największego grodu województwa kujawsko-pomorskiego.

Jedyne, czego na etapie przygotowań żałuję, to tego, iż nie udało mi się zmobilizować chorągwi warszawskiej w większej liczbie dzielnych wojów. Po ostatecznym przeliczeniu szabel okazało się, że Inwazji na Bydgoszcz dokonamy w sile czterech: Ostry, Selverin, Mikals i Wasz uniżony skryba. Ze wstępnego rozeznania wynika, że na Mistrzostwa Polski pojedziemy dużo mocniejszym składem, także nie ma co płakać, patrzymy w przyszłość z optymizmem.

Wracając jednak do przeszłości, silni, zwarci i gotowi czekaliśmy, kiedy wybije godzina zero.

Dzień przedgrandfather_nurgle_by_xleshiyx-d5besm9

Wreszcie nadeszła długo wyczekiwana chwila – wyjazd. Na Dworcu Centralnym, gdzie rozpoczęła się przygoda spotkałem się z Ostrym, z którym dzieliliśmy trudy podróży zarówno w jedną, jak i w drugą stronę. Wyjechaliśmy dzień wcześniej, żeby spokojnie dojechać, przejść się po Bydgoszczy i pograć jeszcze trochę przed turniejem. Podobnie było we Wrocławiu i myślę, że jest to dobre rozwiązanie.

W naszym przedziale siedziała kobieta, która kaszlała, jakby miała gruźlicę. Trochę nas to martwiło, bo zaraza Nurgla ma to do siebie, że lubi się rozprzestrzeniać, ale postanowiliśmy nie przejmować się tym, choć zaraz po przyjeździe mieliśmy w planach wypić trochę napojów na bazie spirytusu celem oczyszczenia organizmu i odpędzenia ewentualnych sługusów Dziadka.

Podróż upłynęła nam na rozmowie, w zasadzie cały czas o Inwazji. W tym miejscu chciałbym podziękować Ostremu za ten wyjazd. Według mnie to zdecydowanie gracz ze ścisłej polskiej czołówki i przywilejem (nie bójmy się tego słowa) było z nim rozmawiać o grze. Podczas tego weekendu bardzo dużo się nauczyłem, na pewne zagrania zacząłem patrzeć inaczej, poznałem pewne aspekty gry, na które wcześniej nie zwracałem uwagi. Dodatkowo, zrozumiałem jak ważny jest odpowiedni mindset, którego do tej pory nie doceniałem, choć w pokerze był dla mnie podstawą. Chłonąłem wiedzę jak gąbka, co przydało się również na turnieju. To w dużej mierze dzięki radom Ostrego udało mi się wejść do topki i zająć wysokie miejsce. Dlatego też chciałbym tutaj również Pawłowi podziękować.

IMG-20130628-00562

Silni, zwarci i gotowi!

Po odświeżeniu się w hotelu wyszliśmy na miasto, gdzie spotkaliśmy się z Mikalsem i jego dziewczyną. Po posiłku i kilku głębszych udaliśmy się do naszego hotelu celem ogrywania talii. Po drodze zaszliśmy jeszcze do sklepu, gdzie kupowaliśmy prowiant na wieczór. Za mną w kolejce stała grupka dresiarzy. Ja kupuję: woda, cola, jest pasta do zębów?, aha nie ma, to jeszcze może… rum! Pakuję wszystko do siatki, na koniec flaszkę, odwracam się, a jeden z dresiarzy kiwnął do mnie głową dając do zrozumienia, że zakup zaaprobował. Pierwsze spotkanie z lokalną społecznością nastroiło nas pozytywnie na następny dzień.

Talie testowaliśmy z Ostrym do ok. 3 rano. Mikals nie chciał siedzieć tak długo, ale jest to zrozumiałe, biorąc pod uwagę, że przyjechał z przeuroczą towarzyszką, z którą również chciał spędzić czas. Testy upłynęły w pozytywnej atmosferze choć – jak to zwykle bywa – wywróciły wszystko do góry nogami i tak to płynnie przechodzimy do rozdziału poświęconemu talii, którą grałem.

The Deck

IMG-20130628-00564

Testerzy

Jadąc do Bydgoszczy byłem przekonany, że będę grał Dark Elfami na End Times. Konkretnie miałem na myśli deck, którym Daniel z Winvasion wygrał kanadyjskiego regionalsa (http://deckbox.org/sets/393440). Dokonałem w nim jednak zmiany wyrzucając Vile Sorceress a dorzucając trzeciego Walking Sacrifice oraz dwóch Mannfredów (według mnie jedna z kluczowych jednostek dla tego typu talii i chyba nie pomyliłem się, bo Przemo również go miał). Z pełnym przekonaniem jechałem tym deckiem, miałem wydrukowaną na niego decklistę, byłem spokojny.

Mój spokój od samego początku zaczął burzyć Ostry, który stwierdził, że nie powinienem tym grać, ponieważ nie jest to optymalny deck, da się to złożyć lepiej, a poza tym nie jestem ograny. Mocno natomiast przekonywał mnie, że powinienem jechać Chaosem który miałem we Wrocku, bo tam mogłem zajść daleko, gdyby nie błędy.

IMG-20130629-00567

Powiększenie tego zdjęcia pomoże odgadnąć tajne hasło;)

Nie powiem, siał ziarno na żyzną glebę, ponieważ mocno rozważałem wzięcie Chaosu. Do tego stopnia mocno, że miałem go ze sobą na wszelki wypadek. Ostatecznie, jak wszyscy wiedzą zagrałem nim (po drobnych zmianach), ale może po kolei. End Timesem chciałem jechać ponieważ trochę obraziłem się na Inwazję. Stało się to po ostatnim przed Bydgoszczą turnieju, kiedy to nie dość, że zostałem zmiażdżony, to jeszcze mój Unleashing został zastopowany przez disdaina rzuconego z kasy z Waystonów, o czym zresztą już płakałem na blogu. Coś wtedy we mnie pękło, obraziłem się na grę i stwierdziłem, że End Times będzie odpowiedzią na wszystkie moje problemy i troski. Nie był.

Po długich debatach i rozważaniach późną nocą w hotelowym pokoju zdecydowałem się jednak na Chaos. Wpłynęła na to analiza meta, jaką dokonaliśmy z Ostrym (wywiad i analiza pola bitwy przed walką to podstawa; Sun Tzu, Sun Pin, elo). Stwierdziliśmy, że będzie dużo Dark Elfów, z którymi dobrze sobie radziłem. Ponadto, talią byłem ograny, mogłem grać z zamkniętymi oczami. Postanowiłem jednak zmodyfikować ją w stosunku do tej z Wrocławia, ponieważ niektóre karty mi wtedy bardziej przeszkadzały, niż pomagały. Wyrzuciłem:

Savage Gors – talia i bez nich ma mocne uderzenie, poza tym musiałem ich wkładać w battlefield, co psuło mi koncepcję ciągnięcia maksymalnej możliwej ilości kart.

Long Winter – kontrolę devek mam w tali dzięki Księciu Demonów i Desacrated Temple, więc dodatkowa nie była aż tak potrzebna. Zresztą, zamiast kontrolować devki wolę wjeżdżać przeciwnikowi z buta w twarz, więc zimy nie pasowały do koncepcji.

Plague Bomb – najbardziej dyskusyjna według wielu zmiana. Rzeczywiście, bomba się świetnie sprawdza w kontroli jednostek. Ale jest taktyką, kosztuje 3, ma 3 lojalki a za tyle to mi się zdarzało strefę palić. Dlatego też jednak wypadła.

Daemonsword – kiedyś wydawało mi się, że ta talia bez mieczyka nie ma prawa bytu. Daje trzy młotki i dwa wytrzymałości, a drawback w postaci corruptu jest tutaj akurat dodatkowym atutem. Niemniej jednak zauważyłem, że jednostka z mieczykiem zawsze jest celem numer jeden przeciwnika, który zrobi wszystko, żeby ją zdjąć, podczas gdy bez miecza jednostki są często lekceważone. Dlatego też trudna, ale chyba słuszna decyzja.

O tym, co dodałem za chwilę. Ważne dla mnie było również, żeby talia miała równo 50 kart – znów za sprawą Ostrego, który przekonał mnie po długiej debacie, że jedna karta więcej jednak robi różnicę, a trzy więcej czasem przegrywają grę. Ciężko było rezygnować z kart, ale udało się. Ostatecznie talia zmieniła się z control na aggro-control i wyglądała tak:

Aggro-Control Khorvak Quest Desant

(http://deckbox.org/sets/373889)

Jednostki – 20

2 x Daemon Princekhorvak

3 x Fledgling Chaos Spawn

3 x Blue Horrors

3 x Pink Horrors

3 x Warhounds

3 x Sorcerer of Tzeentch

3 x Khorvak Grimbreath

Taktyki – 13

3 x Blood Summoningblood

3x Offering of Blood

2 x Seduced by Darkness

3 x Warpstone Experiments

2 x Unleashing the Spell

Misje – 3

3 x Raiding Camps

Wsparcia – 14

3 x Disc of Tzeentchdisc

3 x Northern Wastes

3 x Rift of Battle

2 x Den of Iniquity

3 x Desacrated Temple

Wielu młodszych stażem graczy prosiło mnie, żebym opisał jak cała talia działała, więc poświęcę temu parę linijek. Ogólnie zamysł był prosty. Ładuję wszystko w misję poza Książętami i jak najdłużej utrzymuję przeciwnika w przekonaniu, że jest bezpieczny. W kluczowym momencie cała eskadra ładuje w strefę, dopalam Unleashingiem i – co często było niespodzianką – Offeringiem. Przy okazji kontroluję jednostki pieskami i ptaszkami, devki księciem i świątynią a suporty Raiding Campsami. Krótko o poszczególnych kartach. Postaram się napisać tak, żeby doświadczonych graczy nie znudzić, a wręcz zabawić:

IMG-20130629-00576

Myślicie że to finał? To pierwsza runda. Emocje od rana do wieczora.

Daemon Prince – bardzo rzadko używany do palenia, najczęściej do kontroli devek. W stosunku do Wrocławia zmieniłem liczbę z 3 do 2. Nie jest to kluczowa jednostka, a przy takim dociągu 2 wystarczy jak mam – zdąży się poświęcić, co trzeba.

Fledging Chaos Spawn – do poświęcania pod Księcia i Offering, do spaczania pod Summoning. Ponadto pod eksperymenty do dociągu. Warto zaznaczyć fakt, że podpakowany eksperymentami pomiot z dyskiem w strefie z riftami niemalże sam pali strefę. Nie wiem czemu mnie przymuliło i we Wrocławiu miałem tylko dwa, tu naprawiłem ten błąd.

Pink Horrors i Blue Horrors – żeby wchodziły razem trzymając się za rękę i śpiewając piosenkę. Niebieskie nawet jak schodzą, to wchodzą więc dobry deal. Czasem robiły świetne starty, jak wychodziły 2 + wioska rasowa + summoning + piesek.

IMG-20130629-00571

Zwycięzca maty we własnej osobie – Mistrz!

Warhounds – pieski to podstawa, tania jednostka która daje nam młotki zabierając je przeciwnikowi. Must have.

Sorcerer of Tzeentch – jeśli chodzi o chaosowe restrykcje to według mnie numero uno. Ptaszek jak wchodzi to odpala przeciwnikowi zegar. Jak wchodzą dwa to odpalają ból dupska. Daje nam młotki, zabierając je przeciwnikowi, czego chcieć więcej.

Khorvak Grimebreath – musi być razy trzy. Wchodzi za darmo z Summoninga i od razu generuje wcisk, ciśnienie, strach i przerażenie. Chowajcie swe dziatki, Khorvak ma naprawdę srogi oddech.

Blood Summoning – MVP tej talii, zdecydowanie najważniejsza karta. Robi fantastyczne starty, pozwala wstawić Khorvaka i od razu zaatakować. Bardzo ważna w grze przeciwko Mrocznym Elfom i kradzieży zasobów, bardzo popularnej w pometatronowym meta. Daje też fałszywy spokój przeciwnikowi, który myśli, że pewnych jednostek nie wystawię z braku kasy, a tu jednak witam Pana Ptasiora!

Offering of Blood – moja niespodzianka dla wszystkich, którzy myśleli, że mają jeszcze turę, że uda się przewisieć na devce, ale najbardziej dla tych, którzy z uśmiechem na ustach mówili „czyli zadajesz siedem, więc jeszcze nie palisz”. Otóż już palę, pani kierowniczko, ja palę cały czas, można powiedzieć non-stop palę. Offering pozwala na niedopalenie stref, co również daje fałszywe poczucie bezpieczeństwa przeciwnikowi. Przy założeniu, że odpalam wszystkie Offeringi to na stolicy oponenta mam gwarantowane po trzy obrażenia w każdej strefie. To znacząco zmniejsza ilość obrażeń, jakie potrzebuję zadać, żeby skończyć grę, zwłaszcza przy użyciu Unleasha. Niedoceniana, ale wybitna karta.

IMG-20130629-00569

Warszawa – Wrocław
Long live the Invasion!

Seduced by Darkness – nie ma się co rozwodzić. Spowalnia przeciwnika, a jak trzeba to spacza mi jednostkę, którą muszę użyć do ataku a nie mam spaczonej, np. Spawn z dwoma eksperymentami i dyskiem na sobie. Tylko 2 kopie, trzecia wypadła, ale wyrzucałem z ciężkim sercem. Jednak nie jest to kluczowa karta, a przeciwnik często nie zdąży mnie zaatakować na tyle skutecznie, żebym musiał się desperacko bronić. Ponadto, DE za dużo nie atakują, a przecież analiza meta była pro robiona.

Warpstone Experiments – najlepsze o wpół do dziesiątej rano, czyli przed questem dla kart + później do wcisku. Ich brak w takiej talii to karygodny błąd.

Unleashing the Spell – znany i lubiany chaosowy finiszer. Nie zliczę nawet gier, które kończyły się stwierdzeniem „… no i anlisz”. Tu również z ciężkim sercem wyrzuciłem jedną kopię, ale trzy to jednak za dużo, bo potrzeba tylko jednego, żeby skończyć. Poza tym to nie jest tak, że jak nie dojdzie to nie da rady wygrać gry.

Raiding Camps – misja dociągająca karty, czyli to, co demony lubią najbardziej. Poza tym podstawa kontroli wsparć, według mnie aktualnie jedyna grywana chaosowa misja (może poza Beastmen Incursion, ale to jednak specjalna misja)

IMG-20130629-00574Disc of Tzeentch – w zastępstwie za Khorvaka pozwala atakować z boku, daje dodatkowy młotek i położony na spawnie sprawia, że przeciwnik zaczyna mieć ciężkie wybory, co zabijać. Koniecznie razy trzy, we Wrocławiu miałem dwa i to było za mało.

Northern Wastes – tanio, szybko, Dosia.

Rift of Battle – mnożnik obrażeń, dla nas prawie niegroźny, chyba że jakieś Sally Forth, mirror, albo uporczywa obrona w queście, który prawie zawsze jest obstawiony, więc którego najczęściej i tak nie ma sensu atakować.

Den of Inquity – Generalnie do kontroli jednostek przeciwnika razem z zestawem do usuwania devek i kamienia nazębnego. Dla mnie najsłabszy punkt talii, nie spełniał aż tak dobrze swojej roli. Według mnie można spróbować wrzucić coś innego, może jakiś support z jedną lojalką (ale jak myślę o Northern Forge to od razu mam mieczyk przed oczami).

Desacrated Temple – pogromca devek, świetne wsparcie. Z Księciem robi bardzo dobrą robotę.

Podsumowując: niszczyć, spaczać i palić, palić, palić!

Pył bitewny

IMG-20130629-00572

Ogłoszenia parafialne od MC Alana!

Po krótkim śnie i solidnym śniadaniu stawiliśmy się na polu bitwy, czyli w Cafe Kino. Świetna miejscówka, bardzo klimatyczne miejsce z cytatami i zdjęciami z filmów na ścianach. Bardzo fajnie podzielona sala, w której graliśmy – na stoły dla topki, salę główną i salę płaczu, żalu i sromoty, czyli tak zwane „przy kiblach”. Było wygodnie i przestronnie, świetnie to Alan ogarnąłeś!

Wiele razy było to już powiedziane, napisał to także Przemo w swoim wpisie, ale napiszę to i ja: to dla takich chwil człowiek gra w Inwazję. Dla tych ludzi, którzy tak jak Filku mówią: „Jak zrobisz regionalsa w Warszawie to przyjeżdżam nawet w Boże Narodzenie”, którzy jak Przemo są chodzącymi legendami tej gry, czy jak Czarny – są chodzącym fluffem. Dla tego klimatu, wspaniałej atmosfery, która sprawia, że człowiek czuje, że jest to prawdziwe święto, a nie tylko sobota. Dla emocji, dla radości wygranej i goryczy porażki, dla trzech pajączków na pierwszej ręce, dla topdeck Hemmlera ciągnąc jedną kartę, dla odpalenia komba i zablokowania odpalenia komba, dla szalonych talii i pomysłów. Wystarczy pobyć na takim turnieju chwilę i człowiek widzi pasję w oczach graczy. To naprawdę piękne przeżycie dlatego nakurwiać na MP-ki wszyscy!

A zatem do rzeczy – runda zasadnicza.

Runda 1

Drixen (DE, przewijarka) 2-0

IMG-20130629-00570Przed pierwszym pojedynkiem zawsze jest delikatny stres i spinka. Ja starałem się temu zapobiec poprzez techniki relaksacyjnego oddechu, luźne i przewiewne ubranie, odpowiednie nastawienie psychiczne i 100 gram czystej, co tam najzimniejsze macie w lodówce. Przeciwnik raczej zrelaksowany, miły, ale chyba nie spodziewał się do końca, czego może się spodziewać, bo nie do końca ogarniał, jak działa Unleashing. Nie przeszkadzał mi za bardzo we wrzucaniu kolejnych kart do questa, bo to wspierało jego mechanikę przewijania. W pewnym jednak momencie uderzałem nagle za milion i mimo, że Drixen próbował podejmować środki zaradcze zabijając mi jednostki było już w zasadzie za późno. Nie wyrzucał mi kart z ręki, więc Unleashing spokojnie czekał na swoją chwilę i w obu grach zakończyłem właśnie w ten sposób, chociaż w drugiej byłem już rzeczywiście bliski przewinięcia. Uchroniło mnie jednak poświęcenie jednostek na Offeringa, co dodatkowo pozwoliło zmiękczyć stolicę przeciwnika. Pierwsze koty za płoty.

Runda 2

Oreł (IMP, rush na wojownikach) 1-2

IMG-20130629-00575

Obawiam się, że mam kłopoty…

Wiedziałem, że z Imperium nie będę miał lekko. Oreł to bardzo przyjemny człowiek, miło się grało i integrowało. W pierwszej grze miał baja, więc siadł pełen zapału i chęci do gry. Ja również byłem nastawiony bojowo, dopóki nie zobaczyłem trzech milicji i trzech drummerów w battlu i nie usłyszałem: „za dziewięć w kingdom”. Wtedy pomyślałem, na Slaneesha, emergency, źle się dzieje w państwie duńskim. Nie wyszedłem z tego i gramy drugą grę. W drugiej spokojnie, wysypuję się z młotków, Oreł wychodzi z supportów po bokach i milicjantów w battla. Chwilę później grabię jego obozy, wsparcia zburzone a w oczach milicji zobaczyłem strach i przerażenie (później Imperial Production Corporation nakręciło o tym całkiem dobry film: Fear and Loathing in Middenheim). Zatem 1-1 i przystępujemy do ostatecznego boju. Szybki kościółek i odpowiedni zestaw dyscyplin skutecznie uniemożliwił mi likwidację jednostek, a zatem i supportów. Mi zazgrzytało w dociągu i po długiej walce poległem.

Runda 3

Okoń (HE, wcisk na Star Dragonach za darmo) 2-1

24-28Niezrażony porażką przystąpiłem do kolejnej gry choć już nie na stoliku numer jeden, a numer sześć. O przegranej już nie myślałem, zgodnie z nastawieniem, że każdy pojedynek jest odrębną całością, nie ma co patrzeć w przeszłość i trzeba grać swoje. Okoń miał najciekawszą talię, jaką widziałem na turnieju. Generalnie chodziło o zagrywanie jak największej ilości spelli normalnie i z wiatrów dla zasobów z Watchstone of Athel Tamara. Później za spelle w discardzie za darmo wchodziły smoki i paliły. Nawet jak zeszły, to szybko wracały z Gift of Life. Okoń miał też sporo misji, które odrzucał do anulowania akcji Magiem Loeca. Szukałem talii na deckboxie i forum, ale Okoń się nie podzielił chyba. Szkoda, bo mimo iż na koniec był 19ty, to jednak jedno zwycięstwo zamiast przegranej mogło mu dać topkę. Nasze gry były zacięte, ale jednak kawałek tego decku musi przemielić, żeby dokopać się do smoków i zrzucić odpowiednią ilość spelli. Poza tym nie było jak i czym palić raczej. Ja zaś starałem się być szybki, bo zrozumiałem na dzień dobry o co chodzi w talii (widziałem już podobną – coś takiego kombinował swego czasu Arhra). Mimo wszystko pierwszą grę przegrałem, toteż musiałem spiąć się w sobie i wygrać drugą. Wiedziałem, że na Unleashing nie mam co za bardzo liczyć, bo i tak zostanie anulowany, a przebrzydłego maga ciężko było zdjąć. Postawiłem na brutalną siłę i udało się. Wydaje mi się, że Okoń popełnił błąd olewając moje Summoningi. Gdyby je anulował, trudno by mi było pospaczać jednostki i mogło się skończyć rumakowanie [edit: Virgo mnie poinformował, że spaczenie to koszt, więc i tak by się spaczyły. Zatem mój strach był nieuzasadniony]. Przeciwnik ewidentnie czekał jednak na Unleashing, bombę lub Burn it Down. Z tym Burnem to ciekawa historia, bo mimo że go nie miałem przeciwnik wkręcił sobie, że mam. Wystarczyło położyć pierwszą devkę w battla. Oczywiście, mówimy o kumatym przeciwniku, bo taki, który nie patrzy co się dzieje na stole, albo nie wiąże tego co się dzieje na stole z tym, co może zostać zagrane, nie da się podpuścić. To tak jak w pokerze, czasem wygodniej gra się z lepszym przeciwnikiem niż totalnym nowicjuszem. Wracając do pojedynku z Okoniem, drugą grę udało mi się szybko wygrać, na trzecią zostało nam z dziesięć minut. Walka była zacięta, kiepski dociąg u przeciwnika i brak poważnej kontroli sprawiły, że znowu rozhuśtałem machinę – udało mi się spalić na minutę przed końcem. To był naprawdę ciężki pojedynek, dzięki Okoń (i podziel się talią!).

Runda 4

Marcin Odziemski (DE, combo na Lordzie i kociołkach)

IMG-20130629-00578

Debiut Mikalsa – focia obowiązkowa

Do gry przystąpiłem z werwą wywołaną zwycięstwem w ciężkim pojedynku z Okoniem oraz spowodowaną trudną, aczkolwiek przyjemną relacją pomiędzy mną a kolejną zimną setuchną. W tym miejscu zresztą również podziękowania dla obsługi lokalu, która musiała się ze mną użerać jak rozlewałem soki i co chwilę domagałem się garnucha. Byliście pro, a dziewczyny bardzo ładne (co nie zmienia moich uczuć do koleżanki z Wrocławia, jesteś the best). Okej, gram z DE. Nie za bardzo się boję, bo grałem już przeciwko temu combu więc wiedziałem co i jak. Miałem też dodatkową motywację, bo Marcin w poprzednich rundach pokonał Mikalsa i Ostrego, zatem wróżda rodowa była rozkręcona na całego – rachunki musiały zostać wyrównane, a wizerunki mafiosów filmowych na ścianach spotęgowały chęć vendetty. Marcin wyluzowany, na początku naszej gry spożywał jakieś dary boże w postaci drożdżówki czy innej bułeczki na ciepło. Przeciwnik zrelaksowany to przeciwnik pożądany. Grałem więc w taki sposób, żeby utwierdzić Marcina w przekonaniu, że nie stanowię dla niego zagrożenia i uderzyć znienacka. W pierwszej grze się udało. W drugiej Marcin już był bardziej uważny i udało mu się odpalić combo. Tu muszę przyznać, że miałem tak parszywy dociąg, że kląłem Bogów Chaosu za ten szajs. W trzeciej grze było dużo mind game i liczenia obrażeń na stolicy przeciwnika oraz ilości moich kart w decku. Kluczowy okazał się tu Offering, którego nie pokazałem w poprzednich grach przeciwnikowi, a który odpalony razy trzy spalił druchii na turę przed przewinięciem. 3-0-1, wstąpiła we mnie dodatkowa nadzieja na topkę, choć miałem lekcję z Wrocławia, że każda porażka może zakończyć turniej.

Runda 5

Angian (DE, talia mistrza Europy 2013 czyli przewijanko z discardem ręki) 2:0

IMG-20130629-00577

Organizator w akcji!

Na typ etapie miałem wrażenie, że ten turniej wygląda jak przechodzenie Mortal Kombat. Z każdym zwycięstwem przeciwnik był coraz trudniejszy i na przedostatnim poziomie natknąłem się na Angiana, bardzo dobrego gracza. Spotkaliśmy się już we Wrocławiu, gdzie również wygrałem, dlatego też wiedziałem, że przeciwnik będzie zmotywowany podwójnie. Niemniej jednak wiedziałem także, że mimo wszystko będzie to bardzo przyjemna gra, gdyż Angian jest bardzo miłym i kulturalnym człowiekiem. W pierwszej grze miał naprawdę zabójcze wyjście, ale na moje szczęście ja miałem imba!!!111oneone. Jeśli dobrze pamiętam to wyszedłem ze spawna, trzech horrorów, rifta, misji, khorvaka za spaczenie horrorów z Summoninga, którego to Khorvaka spaczyłem Seduced i pozbywając się całej ręki zaatakowałem za 8 w swojej pierwszej turze. Angian nie mógł po prostu nic zrobić. W drugiej grze nawiązał walkę i Caught the Scenty wyrzucały mi co trzeba z ręki. W kluczowym momencie Shady wyrzuciły nie tę kartę, którą trzeba było (Angian miał 33,3% szans) i również z tego pojedynku wyszedłem zwycięsko. Pamiętam, że naszą grę obserwował jeden z młodszych graczy, którego wybitnie zdziwiło, dlaczego ja gram rifty w questa, skoro one służą do ataku. Kolega został poinstruowany, że ja palę z boku, na co ze zdziwieniem zapytał: „jak to z boku?”. Cieszę się zatem, że mogłem zaprezentować ciemne sztuczki nowemu graczowi. Ze statami 4-0-1 nie wiedziałem jeszcze, że mam zapewnioną topkę, myślałem tylko o kolejnym przeciwniku. Kto nim będzie? Z tablicy i moich wyliczeń wynikało, że może to być Metatron. Oczywiście, stresik delikatny miałem, bo wiadomo: Metatron to Metatron. Niemniej jednak Dark Elfy nie były dla mnie najstraszniejszym przeciwnikiem, więc spokojnie czekałem, co się wydarzy a kiedy ogłoszono paringi usłyszałem, że gram z…

Runda 6

Przemo (DE, End Times) 2:1

… Przemem. W brzuchu zrobiła mi się kulka, zestresowałem się poważnie. Popatrzyłem na Ostrego, który patrząc na mnie zrobił smutną minę, która świadczyła, że to nie na mnie by stawiał, jakby na szybko otworzyli obok bukmacherkę. Niemniej jednak poklepał mnie po plecach i życzył powodzenia. Przez głowę mi przebiegło, że 4-0-2 po przegranej z Przemem też mi da raczej topkę buchholzami, ale szybko otrząsnąłem się z tej myśli: gram o wszystko! Idąc do stolika myślałem o tym, że będę grał z żywą legendą tej gry. Dla mnie Przemo jest właśnie legendą i jakbyśmy byli kartami to on byłby pacjentem, którego rzucasz na środek stolicy i masz młotki w każdej strefie. Dodatkowo smaczku dodawała myśl, że to pojedynek blogerów i że gram o topkę w turnieju regionalnym. To uczucie, którego życzę wszystkim graczom – takich chwil się nie zapomina. Przez całą grę starałem się zachować spokój. Pojedynek przebiegał w naprawdę fantastycznej atmosferze. Mieliśmy nawet jednego kibica – Tobiaco – który w pełnym skupieniu przyglądał się grze. Gram, robię swoje, wykładam kolejne jednostki, spaczam, atakuję i nagle widzę, że jak nie poleci End Times to w następnej wygrałem. Tak się stało. W drugiej szybkie nietoperze i zrzucanie kart z ręki sprawiło, że co bym nie robił – Koniec Czasu musiał nastać. Nie wyciągnąłem nic konkretnego i gramy trzecią. O wszystko, przynajmniej dla mnie, bo Przemo był już w topce na pewno przechodząc turniej jak burza i rozjeżdżając wszystkich jak walec. Przemo zaczyna. Walking Sacrifice i Mannfred na Heroic Task. Widzę już, że jak go nie zdejmę to będzie krucho. Dociągam ósmą kartę i widzę drugiego pieska. Zatem piesek, pokazują Spawna, Summoning na pieska, zagrywam drugiego pieska, pokazuję spawna i von Carstein poszedł do piachu. Wstąpiły we mnie nowe siły. Walka była jednak zacięta, Przemo IMG-20130629-00580zrzucał Muckiem rękę i dociągał kolejne karty. Wiedziałem, że każdą z nich może być ET ale robiłem swoje i po kolejnym moim ataku byłem turę od zwycięstwa. Przemo w swojej turze pociągnął kartę i podał mi rękę z uśmiechem. Prawdziwa klasa. W tym momencie wybuchły we mnie emocje, byłem tak szczęśliwy, że ciężko to opisać, jak mały dzieciak. Nie zapomnę tego nigdy i życzę każdemu graczowi.

Dla tych którzy wytrwali do tego momentu mały smaczek. Otóż Przemo podczas gry powiedział: „świetna talia, średni koszt karty 1,25, nieźle”. Poczyniłem zatem odpowiednie kalkulację i powiem, że trafił prawie w samą dziesiątkę. Otóż średni koszt karty w mojej talii wyniósł 1,22, czyli coś jak nieśmiertelne „1zł + VAT”. JESTEM W TOOOOOOPCE!!!

W 60 minut dookoła topki

IMG-20130629-00581Emocje sięgały zenitu, ale musiałem trochę ochłonąć i coś zjeść, zwłaszcza że na tym etapie byłem już po solidnym pół litra czystego spaczenia i coś ciepłego do jedzenia było dobrym pomysłem. Nie oddalaliśmy się za daleko, Selverin gdzieś zaginął, więc poszliśmy z Ostrym, Mikalsem i Kasią (która wiernie kibicowała do samego końca turnieju). Wybraliśmy ogródek, który był połączonym ogródkiem trzech lokali: w jednym była pizza, w drugim wódka, a w trzecim nie wiem co było, bo wódka i pizza w doborowym towarzystwie mi wystarczała. Złączyliśmy stoliki z Radanerem, Marcinem Odziemskim i ekipą, żeby wspólnie posilić się przed topką. Podczas obiadu padł jeden z najlepszych według mnie tekstów tego dnia, a autorem był Radaner. Brzmiało to mniej więcej tak: “Nie rozumiem dzisiejszego meta, jak można tak grać. Zagrywam kartę z ręki, zagrywam kartę z grobu, zagrywam kartę z dupy. Mam dziesięć kart na ręce, dziesięć w grobie i dziesięć na stole. Jest druga tura, grasz.” Zbieraliśmy się z 5 minut ze śmiechu i na fazę pucharową szliśmy w wyśmienitych humorach. Nie czułem już większego stresu, osiągnąłem plan maksimum i wszystko ponad byłoby tylko wisienką na torcie. Chciałem grać o zwycięstwo, ale byłem spokojny.

Ćwierćfinał

IMG-20130629-00586Po przybyciu na miejsce dowiedziałem się, że gram z Wojtem, a nie jak zakładałem z Kubalą. Nie zmienia to faktu, że moim przeciwnikiem miało być Imperium, co nie było dobrą wiadomością. Z Wojtem nigdy wcześniej nie grałem, okazał się bardzo kulturalnym i sympatycznym przeciwnikiem. Gry graliśmy w skupieniu, ale w pozytywnych nastrojach i bez spinek. Bez narzekania i usprawiedliwiania się, ale muszę napisać, że nie dość że miałem najgorszego z możliwych dla mojej talii przeciwników, to jeszcze był on tego dnia w świetnej dyspozycji (o czym świadczy zwycięstwo w turnieju), a ja miałem takie szambo za każdym razem na ręce, że wychodziłem z jednego młotka, co w mojej talii jest tragedią. Wojt w obu grach wyszedł dokładnie tak samo. W Kingdom milicja, kościółek i zoo, czego nie miałem jak ściągnąć. W drugiej turze Hemmler z taksą w questa i nara. Później dochodził Karol. Obie tak wyglądały. Robiłem co mogłem, siliłem się na najbardziej pro zagrania jakie znam, ale ten pojedynek to było starcie leśnych band partyzantów z uzbrojoną po zęby, pancerną III Rzeszą. Przegrałem 2-0, ale byłem szczęśliwy. Jasne, żałowałem że nie wszedłem dalej bo mam naturalną ciągotkę do rywalizacji, ale chapeau bas dla Wojta – świetna talia, świetne ogranie, świetny turniej. Gratuluję serdecznie zwycięstwa! Na tym etapie odpadł też Selverin, który ostatecznie zajął 6 miejsce. Szkoda, ale 25% topki stanowili gracze z Warszawy, co bardzo cieszy. Za wyeliminowanie mnie z turnieju Wojt otrzymał ode mnie specjalny żeton spalenia z Game Night Kita. Ja natomiast od Garrovsky’ego przypinkę imperialną. I to jest właśnie ten klimacik, który lubię!

Nocne Polaków rozmowy, czyli integracji czar

IMG-20130629-00601Po skończeniu gry zająłem się razem z pozostałymi kibicowaniem Final 4 czyli Wojtowi, Kubali, Przemowi i Czarnemu. Jak wszyscy wiedzą turniej wygrał Wojt, drugi był Przemo, trzeci Kubala i czwarty Czarny. Ja zająłem 5 miejsce i tym samym ustanowiłem sobie wysoko poprzeczkę na następne turnieje. W ramach nagrody zgarnąłem grę “Kolejka” (i jestem bardzo zadowolony, bo od dawna chciałem ją mieć), a także komplet stolic przygotowanych specjalnie na regionalsa oraz wypasioną płytkę Alana – serio chłopaku, bardzo mi się podoba. Po rozdaniu nagród spakowaliśmy manatki i zawinęliśmy się w podróż do lokalu na integrację.

IMG-20130629-00589Miejscówka była bardzo przyjemna, mieliśmy dla siebie całą wielką salę, była okazja spokojnie pogadać i wypić. Oczywiście, tematem przewodnim była Inwazja i przeżycia mijającego dnia, ale zeszliśmy na różne tematy, jak to podczas nocnych Polaków rozmów bywa. Highlightami wieczoru było nasze rapowanie z Alanem, Filku i jego hiperaktywność, beef Alana i Okonia (“Zawisza jedzie na sześć pociągów do was!”) o życiu i wszystkim, co z nim związane, oraz ogólnie wyśmienita zabawa do późnych godzin nocnych. Kto nie był, ten niech żałuje, bo jest czego! Z taką ekipą (choć niestety w okrojonym w stosunku do uczestników turnieju składzie) mógłbym imprezować codziennie. Już się nie mogę doczekać Krakowa.

Podziękowania, pożegnania, buźka, klapa, rąsia, goździk, całuski, cukiereczki, ciasteczka

IMG-20130630-00608

Spoils of War

Turniej był świetny. Zarówno poziom graczy i talii, jak i świetna atmosfera, tony klimatu i pozytywnej energii. Dlatego też ogromne podziękowania należą się Alanowi za ogarnięcie wszystkiego i nadzorowanie tematu oraz ludziom, którzy mu w tym pomogli. Chciałbym też podziękować moim wszystkim przeciwnikom za gry rozgrywane w przyjaznej atmosferze bez żadnej spinki. W następnej kolejności chciałbym podziękować Ostremu, Mikalsowi, Kasi i Selverinowi za wsparcie podczas całego turnieju, a także Nibelungowi który również dopingował mnie telefonicznie i trzymał kciuki (w Krakowie mam nadzieję, że będziemy się wspierać na żywo!). I teraz: Przemowi, Czarnemu, Filkowi, Okoniowi (dzięki za postawienie wódeczki dla wszystkich, miły gest), Ostremu, Selverinowi, Arcziemu, Nastiukowi, Michnikowi, Tobiaco, Mamutowi, Kubali, Wojtowi, Orełowi oraz reszcie ekipy z którą świętowaliśmy wieczorem. I ja też tam byłem, miód i wino piłem!

Dzięki za uwagę, mam nadzieję, że bawiliście się dobrze!

Categories: Chaos, Dark Elf, HE, Imperium, Meta, Turnieje, Uncategorized | Tagi: , , , , | 4 Komentarze

Jedna devka

devkaDzisiaj  krótko, zwięźle i na temat. Jedna devka. Jedna devka to różnica między piątym, a dziesiątym miejscem na ostatnim turnieju w Warszawie. To różnica między zadowoleniem z pozycji, a złością na siebie i na przeciwnika.

Parę słów prawdy o grze turniejowej w moim wydaniu. Kiedyś o tym wspominałem, a dobitnie pisał o tym na blogu Wiśnia swego czasu. Na turnieju chcę wygrać. Każdy pojedynek traktuję ambicjonalnie, w każdy staram się włożyć maksimum serca i umysłu. Denerwuję się na magiczne dociągi przeciwnika i beznadziejne swoje. Cieszę się, gdy szczęśliwie sam wylosuję jakąś kartę (rzadkość, believe me). Oczywiście, pozwalam cofać, wracać, zmieniać i wybierać raz jeszcze, to jednak tylko zabawa. Ale na płaszczyźnie gry, jako rywalizacji intelektualnej między dwoma zawodnikami traktuję to śmiertelnie poważnie i boli mnie porażka. Taką już mam konstrukcję psychiczną. Na ostatnim turnieju niezmiernie się zdenerwowałem, ale o tym za chwilę.

Zdecydowałem się pójść tą samą talią, co tydzień temu, czyli kontrolne Imperium z Hemmlerem. Jedyną zmianą w stosunku do zeszłej środy było wyrzucenie jednego raidera i jednych Synów Monety, a dołożenie dwóch panter. Zmianę oceniam ogólnie pozytywnie, chociaż to jednak tylko kosmetyka. Talia działała sprawnie i przyjemnie, niemniej jednak jak zakopały się gdzieś Hemmlery, Elita, Rodryki i Kościółki, to ciśnienie się podnosiło.

Do gry usiadłem tak, jak żołnierz idzie na przysięgę. Ogolony, ostrzyżony, lekko podchmielony. W świetnym humorze, z krążącą we krwi jeżynówką, w miejscówce, która latem jest totalnie fenomenalna, a że szczęście nam dopisywało i znowu mieliśmy odrębną salkę dla siebie, to jeszcze do tego mega komfortowa. Żyć nie umierać.

Runda I Nibelung DWA 1:2

serpentPo pewnej przerwie program znowu sparował mnie i Nibelunga razem, co niegdyś czynił nader często. Z krasnoludami mam bardzo ciężko, ponieważ nie jestem w stanie kontrolować ich na całego, kiedy wyskakują kanonki i wrzucają wsparcia. Poza tym majlajfy i valaye to również upierdliwe gówienka. No i MVP krasnoludzkie przeciwko Imperium, czyli (werble) MASTER… RUUUUNE… OF SPIIIIIIIIIIIIIIITE! Tak… Wracając do rzeczy, małych przykurczów z górskich tuneli bałem się dość mocno. Obawa była uzasadniona, choć akurat Nibelung nie miał w talii Spite. Miał jednak Serpent Slayera i milion devek, czyli jak jebnie to zabije. Powiem krótko. Gry bez historii. Jak Serpent był, to było źle. Jak go nie było, to w zasadzie bez stresu. W ostatniej grze jak na złość nie mogłem się dokopać do niczego, co pozwoliłoby mi uchronić się przed atakiem za sto i przegrałem. Dodam, że dobrym pomysłem według mnie jest wrzucanie do Krasnoludów dyscypliny. Często ta jedna karta robi różnicę. W tym miejscu gratsy dla Nibelunga, który był tego dnia w dobrej formie i ugrał na turnieju siódme miejsce.

Runda II Bokalus DE 2:0

Tutaj moje zwycięstwo, choć w obu grach byłem szybszy zaledwie o jedną turę. Bokalus nie zawiódł i znowu przyszedł z bardzo ciekawym deckiem. Rafał dysponuje naprawdę rzadką i godną podziwu umiejętnością tworzenia dziwnych, ale skutecznych talii. Przegrana ze mną to tylko kwestia braku ogrania talią. Nie będę zdradzał jej szczegółów, bo może Bokalus doszlifuje ją do Bydgoszczy, ale powiem tylko, że nikt nie jest bezpieczny. Talia potrafi i palić i przewijać. Muszę dodać, że pierwszy raz widzę tak skuteczne połączenie tych dwóch pomysłów na grę. Niemniej jednak popełniane błędy sprawiły, że w obu grach udało mi się spalić przeciwnika i ugrać 2:0.

Runda III Mikals (DWA) 2:1

dead eyeTo mój drugi w życiu pojedynek z Mikalsem, który jest bardzo obiecującym nowym zawodnikiem na naszej scenie, choć na razie zbiera przysłowiowe bęcki, ale któż z nas przez to nie przechodził? Niemniej jednak zaczyna się odgryzać, urywać punkty i tylko czekać należy, aż zaskoczy i zajmie wysokie miejsce w turnieju. Znowu Krasnoludy, tylko że tym razem mój koszmar się spełnił. W grze, którą przegrałem dostałem Spite w momencie, gdy na stole miałem trzech Huntsmenów, dwóch Synów Monety oraz Hemmlera. Poddałem po tej akcji, bo w zasadzie szczyściła mi stół. Nice move, sir! W pozostałych dwóch udawało mi się kontrolować – choć nie bez trudności – to, co Mikals miał na stole i wygrać. Głównie skupiłem się na dociągu kart, co okazało się dość skuteczną taktyką (chyba zawsze jest skuteczna). Także drugie zwycięstwo i wysokie miejsce w turnieju jeszcze było w zasięgu ręki, gdyby nie…

Runda IV Dex (CHA) 1:2

… koszmar w starciu z Dexem. Pierwszą grę poddałem po 5 minutach. Jak ja Synów Montety, to Dex pieska. Jak ja panterę, to Dex pieska. Jak ja wsparcie, to Dex misja, Spawn i wsparcie. Trafił mnie szlag i poddałem. W drugiej kontrolowałem dociąg przeciwnikowi, a sam dokopywałem się mozolnie do dyscyplin i kościołów, które w grze z Chaosem są kluczowe. Kiedy już przygotowałem grunt pod ofensywę wystawiłem wojsko na czele z Hemmlerem i zacząłem palenie. Trzecia gra, to dramat w stylu meczu Borussi z Malagą. Od samego początku kontrolowałem Dexowi dociąg podnosząc mu każdą jednostkę, zamieniając w devkę każde wsparcie, trzymając go w zasadzie na pustym stole z jedną lub dwiema lojalkami. W międzyczasie zrobiłem sobie warunki ekonomiczne pod atak i wyprowadziłem armię. Spaliłem Dexowi jedną strefę i zacząłem palić drugą, cały czas kontrolując. Dex nie mógł w zasadzie robić nic poza kładzeniem devek. Z raz, czy dwa razy uderzył zadając mi 4 obrażenia w battla i dwa w quest. Ja miałem jedną devkę w battlu i dwie w misji. Niestety, jak na złość nie mogłem wylosować żadnego kościoła, a tylko tego mi brakowało, żebym spał spokojnie. Dex miał już jak wspomniałem jedną strefę spaloną, a w drugiej 9 obrażeń, ale dużo devek. Atakuję Hemmlerem, dostaję spaczenie, nie mam kościółka więc zgrzytam zębami i mówię „grasz”. Dex losuje kartę (miał jedną wioskę rasową, ale dostał Infiltrację), z uśmiechem na ustach kładzie Spawna i rzuca Unleasha. Mówię, spoko, ale nie masz tylu devek, bo jak poświęcisz w battlu to sam się spalisz. Zaczynamy liczyć. Dex potrzebuje zadać 13 obrażeń, żeby mu się udało. Miał 15 devek, udało mu się. Jedna devka.

IMG-20130515-00520Z wynikiem 2-0-2 zająłem 10 miejsce w turnieju. Byłem rozgoryczony, ale cóż, tak to już bywa. Niemniej jednak wynik ten, jak również nieobecność części graczy z TOP10 pozwoliło mi wskoczyć na 8 miejsce w tabeli generalnej. Teraz tylko trzeba pracować nad utrzymaniem pozycji, czyli Stand Your Groundem. W następnym turnieju nie będę już grał Imperium, poszukam zupełnie trzeciej drogi. Mam nadzieję, że – jak niegdyś z Wood Elfami – będzie to dobry wybór.

Miłego weekendu, szykuje się całkiem upalny!

Categories: Imperium, Krasnoludy, Liga, Turnieje, Uncategorized | Tagi: , , , | Dodaj komentarz

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.