Jedna devka

devkaDzisiaj  krótko, zwięźle i na temat. Jedna devka. Jedna devka to różnica między piątym, a dziesiątym miejscem na ostatnim turnieju w Warszawie. To różnica między zadowoleniem z pozycji, a złością na siebie i na przeciwnika.

Parę słów prawdy o grze turniejowej w moim wydaniu. Kiedyś o tym wspominałem, a dobitnie pisał o tym na blogu Wiśnia swego czasu. Na turnieju chcę wygrać. Każdy pojedynek traktuję ambicjonalnie, w każdy staram się włożyć maksimum serca i umysłu. Denerwuję się na magiczne dociągi przeciwnika i beznadziejne swoje. Cieszę się, gdy szczęśliwie sam wylosuję jakąś kartę (rzadkość, believe me). Oczywiście, pozwalam cofać, wracać, zmieniać i wybierać raz jeszcze, to jednak tylko zabawa. Ale na płaszczyźnie gry, jako rywalizacji intelektualnej między dwoma zawodnikami traktuję to śmiertelnie poważnie i boli mnie porażka. Taką już mam konstrukcję psychiczną. Na ostatnim turnieju niezmiernie się zdenerwowałem, ale o tym za chwilę.

Zdecydowałem się pójść tą samą talią, co tydzień temu, czyli kontrolne Imperium z Hemmlerem. Jedyną zmianą w stosunku do zeszłej środy było wyrzucenie jednego raidera i jednych Synów Monety, a dołożenie dwóch panter. Zmianę oceniam ogólnie pozytywnie, chociaż to jednak tylko kosmetyka. Talia działała sprawnie i przyjemnie, niemniej jednak jak zakopały się gdzieś Hemmlery, Elita, Rodryki i Kościółki, to ciśnienie się podnosiło.

Do gry usiadłem tak, jak żołnierz idzie na przysięgę. Ogolony, ostrzyżony, lekko podchmielony. W świetnym humorze, z krążącą we krwi jeżynówką, w miejscówce, która latem jest totalnie fenomenalna, a że szczęście nam dopisywało i znowu mieliśmy odrębną salkę dla siebie, to jeszcze do tego mega komfortowa. Żyć nie umierać.

Runda I Nibelung DWA 1:2

serpentPo pewnej przerwie program znowu sparował mnie i Nibelunga razem, co niegdyś czynił nader często. Z krasnoludami mam bardzo ciężko, ponieważ nie jestem w stanie kontrolować ich na całego, kiedy wyskakują kanonki i wrzucają wsparcia. Poza tym majlajfy i valaye to również upierdliwe gówienka. No i MVP krasnoludzkie przeciwko Imperium, czyli (werble) MASTER… RUUUUNE… OF SPIIIIIIIIIIIIIIITE! Tak… Wracając do rzeczy, małych przykurczów z górskich tuneli bałem się dość mocno. Obawa była uzasadniona, choć akurat Nibelung nie miał w talii Spite. Miał jednak Serpent Slayera i milion devek, czyli jak jebnie to zabije. Powiem krótko. Gry bez historii. Jak Serpent był, to było źle. Jak go nie było, to w zasadzie bez stresu. W ostatniej grze jak na złość nie mogłem się dokopać do niczego, co pozwoliłoby mi uchronić się przed atakiem za sto i przegrałem. Dodam, że dobrym pomysłem według mnie jest wrzucanie do Krasnoludów dyscypliny. Często ta jedna karta robi różnicę. W tym miejscu gratsy dla Nibelunga, który był tego dnia w dobrej formie i ugrał na turnieju siódme miejsce.

Runda II Bokalus DE 2:0

Tutaj moje zwycięstwo, choć w obu grach byłem szybszy zaledwie o jedną turę. Bokalus nie zawiódł i znowu przyszedł z bardzo ciekawym deckiem. Rafał dysponuje naprawdę rzadką i godną podziwu umiejętnością tworzenia dziwnych, ale skutecznych talii. Przegrana ze mną to tylko kwestia braku ogrania talią. Nie będę zdradzał jej szczegółów, bo może Bokalus doszlifuje ją do Bydgoszczy, ale powiem tylko, że nikt nie jest bezpieczny. Talia potrafi i palić i przewijać. Muszę dodać, że pierwszy raz widzę tak skuteczne połączenie tych dwóch pomysłów na grę. Niemniej jednak popełniane błędy sprawiły, że w obu grach udało mi się spalić przeciwnika i ugrać 2:0.

Runda III Mikals (DWA) 2:1

dead eyeTo mój drugi w życiu pojedynek z Mikalsem, który jest bardzo obiecującym nowym zawodnikiem na naszej scenie, choć na razie zbiera przysłowiowe bęcki, ale któż z nas przez to nie przechodził? Niemniej jednak zaczyna się odgryzać, urywać punkty i tylko czekać należy, aż zaskoczy i zajmie wysokie miejsce w turnieju. Znowu Krasnoludy, tylko że tym razem mój koszmar się spełnił. W grze, którą przegrałem dostałem Spite w momencie, gdy na stole miałem trzech Huntsmenów, dwóch Synów Monety oraz Hemmlera. Poddałem po tej akcji, bo w zasadzie szczyściła mi stół. Nice move, sir! W pozostałych dwóch udawało mi się kontrolować – choć nie bez trudności – to, co Mikals miał na stole i wygrać. Głównie skupiłem się na dociągu kart, co okazało się dość skuteczną taktyką (chyba zawsze jest skuteczna). Także drugie zwycięstwo i wysokie miejsce w turnieju jeszcze było w zasięgu ręki, gdyby nie…

Runda IV Dex (CHA) 1:2

… koszmar w starciu z Dexem. Pierwszą grę poddałem po 5 minutach. Jak ja Synów Montety, to Dex pieska. Jak ja panterę, to Dex pieska. Jak ja wsparcie, to Dex misja, Spawn i wsparcie. Trafił mnie szlag i poddałem. W drugiej kontrolowałem dociąg przeciwnikowi, a sam dokopywałem się mozolnie do dyscyplin i kościołów, które w grze z Chaosem są kluczowe. Kiedy już przygotowałem grunt pod ofensywę wystawiłem wojsko na czele z Hemmlerem i zacząłem palenie. Trzecia gra, to dramat w stylu meczu Borussi z Malagą. Od samego początku kontrolowałem Dexowi dociąg podnosząc mu każdą jednostkę, zamieniając w devkę każde wsparcie, trzymając go w zasadzie na pustym stole z jedną lub dwiema lojalkami. W międzyczasie zrobiłem sobie warunki ekonomiczne pod atak i wyprowadziłem armię. Spaliłem Dexowi jedną strefę i zacząłem palić drugą, cały czas kontrolując. Dex nie mógł w zasadzie robić nic poza kładzeniem devek. Z raz, czy dwa razy uderzył zadając mi 4 obrażenia w battla i dwa w quest. Ja miałem jedną devkę w battlu i dwie w misji. Niestety, jak na złość nie mogłem wylosować żadnego kościoła, a tylko tego mi brakowało, żebym spał spokojnie. Dex miał już jak wspomniałem jedną strefę spaloną, a w drugiej 9 obrażeń, ale dużo devek. Atakuję Hemmlerem, dostaję spaczenie, nie mam kościółka więc zgrzytam zębami i mówię „grasz”. Dex losuje kartę (miał jedną wioskę rasową, ale dostał Infiltrację), z uśmiechem na ustach kładzie Spawna i rzuca Unleasha. Mówię, spoko, ale nie masz tylu devek, bo jak poświęcisz w battlu to sam się spalisz. Zaczynamy liczyć. Dex potrzebuje zadać 13 obrażeń, żeby mu się udało. Miał 15 devek, udało mu się. Jedna devka.

IMG-20130515-00520Z wynikiem 2-0-2 zająłem 10 miejsce w turnieju. Byłem rozgoryczony, ale cóż, tak to już bywa. Niemniej jednak wynik ten, jak również nieobecność części graczy z TOP10 pozwoliło mi wskoczyć na 8 miejsce w tabeli generalnej. Teraz tylko trzeba pracować nad utrzymaniem pozycji, czyli Stand Your Groundem. W następnym turnieju nie będę już grał Imperium, poszukam zupełnie trzeciej drogi. Mam nadzieję, że – jak niegdyś z Wood Elfami – będzie to dobry wybór.

Miłego weekendu, szykuje się całkiem upalny!

Categories: Imperium, Krasnoludy, Liga, Turnieje, Uncategorized | Tagi: , , , | Dodaj komentarz

Enemy at the Gates, czyli jak to Imperium z Chaosem mężnie walczyło

Warhammer_Mark_of_Chaos_1Emocje ligowe powróciły. Za nami 6 kolejka warszawskiej ekstraklasy rozegrana po raz pierwszy na nowej miejscówce, czyli w lokalu Solec 44. Zawodnicy zebrali się w liczbie osiemnastu, by godnie reprezentować barwy wybranych przez siebie frakcji oraz by bawić się i radować naszym cotygodniowym świętem Wojennego Młotka.

Solec 44 otworzył przed nami gościnne podwoje – udostępniono nam salę, która była tylko dla nas, także idealnie na inaugurację. Szeroki wybór ciekawych piw i innych alkoholi, a także ciekawa, właściwa tylko dla tego miejsca kuchnia oraz imprezowa i bardzo przyjazna atmosfera lokalu sprawiły, że grało i biesiadowało się bardzo przyjemnie. Mam nadzieję, że przed nami jeszcze wiele świetnych turniejów w tym miejscu.

Obrodziło nam Chaosem, aż ośmiu graczy wybrało flirt ze spaczeniem i poprowadziło armie wojennych ogarów, horrorów, demonów i innych kreatur wprost z pustkowi, którymi rządzą Mroczni Bogowie. Na polu bitwy stanęły także siły dobra, w przeważającej mierze złożone z elitarnych żołnierzy imperialnych, lecz także z krasnoludzkich zabójców oraz dumnych synów Ulthuanu. Jedynym dowódcą floty czarnych arek był Selverin, co może dziwić, biorąc pod uwagę sukces Mrocznych Elfów na Mistrzostwach Europy. Na osiemnastu graczy nie było żadnych Orków! Powiem szczerze, jak dla mnie to właśnie świadczy o nieprzewidywalności warszawskiej sceny i sprawia, że turnieje są tak emocjonujące i ciekawe. Nigdy nie wiadomo, czego się spodziewać i jakie będzie meta danego turnieju.

empireJa zdecydowałem się zagrać w miarę standardowym Imperium. Ostatnio grałem dość dużo destro i mi się znudziło. Generalnie lubię świeżość, dlatego też często zmieniam frakcje, rzadko gram długo jedną. Może nie jest to najlepsze, bo nie znam często talii na pamięć, ale przynajmniej ciągle coś nowego się dzieje.

Talia na deckboxie: http://deckbox.org/sets/373902

Założenia, jakie mi przyświecały składając talię:

– zdecydowana większość kart ma być x3

– brak udziwnień, w  prostocie siła

– Rodryk do kontroli wsparć

– Osterknachci do kontroli jednostek

– Call for Reserves do używania dwóch powyższych jednostek ponownie w zależności od potrzeby

– Hemmler do palenia

– Werner na snotlingi i kulty oraz ewentualnie do obrony questa

– Chain Lightning na rushe, Chaos i Dreamery

– Temple of Verena do wykorzystania zasobów z raidera niewykorzystanych na taktyki

 cl

Talią grało się bardzo przyjemnie. Mimo prostoty konstrukcji daje duże możliwości i wymaga dokonywania wyborów. Jest upierdliwa dla przeciwnika, bardzo szybko potrafi zrobić dobrą ekonomię. W defensywie radzi sobie świetnie. Jedynym poważnym problemem, jaki zaobserwowałem i który muszę rozwiązać jest brak firepowera do mocnego uderzenia. Walnięcie w strefę za 8 jest dość ciężkie, wymaga posiadania przynajmniej 4 jednostek w battlu, w tym Hemmlera, który przy oporze ze strony przeciwnika rani całą eskadrę. Me no likey. Niemniej jednak przy wszystkich zaletach tej talii, ta drobna wada nie przeszkadzała bardzo w graniu, a osiągnięty przeze mnie wynik wskazuje, że jest całkiem niezła.

Runda 1 (EMP – CHA 1:2)

lordPierwsza gra i niestety porażka, chociaż po zaciętej walce. Na marginesie chciałbym dodać, że bardzo cieszy mnie fakt, iż jeśli przegrywam, to coraz rzadziej 0:2, także mało kto ma ze mną łatwe zwycięstwo. Tym razem również tak było. Wylosowałem Bokalusa, który grał Chaosem z combem na Lord of Change, Barbed Snares i Sacred Cauldron w pakiecie. W pierwszej grze walczyłem dzielnie, ale dość dobra kontrola ze strony przeciwnika oraz niewystarczająca ilość młotków w battlu sprawiła, że musiałem ustąpić pola. W drugiej grze to ja kontrolowałem i Pan Przemian został zdjęty w odpowiednim momencie przez Elitę Osterknachtu. W trzeciej grze najbardziej podczas całego turnieju odczułem brak wystarczającego uderzenia w ataku. Miałem w zasadzie wygraną grę, mnóstwo kart na ręce, dużo zasobów i nie miałem takiej ilości młotków, żeby spalić Bokalusa. W końcu niestety to on spalił mnie decydując się na konwencjonalny atak, a nie odpalanie comba. Zlekceważyłem potęgę Chaosu i dostałem Unleashem i pierwsza runda w plecy.

Runda 2 (EMP – CHA 2:0)

 sg

Druga runda i znowu Chaos, tym razem na Khorvaku i spaczonych jednostkach atakujących z boku. Dykta dokonał delikatnych zmian w talii, którą grał we Wrocławiu, ale główny zamysł był mi znany. W obu grach udawało mi się kontrolować Osterknachtami i Rodrykami oraz samemu bronić się przed kontrolą dzięki dyscyplinom i kościołom. Również w obu grach od początku udawało mi się zorganizować duży dociąg, dzięki czemu Hemmler był na posterunku bardzo szybko. A wiadomo, szybki Hemmler, szybki koniec.

Runda 3 (EMP – CHAOS 1:1)

kMaraton z Chaosem trwa, zupełnie, jakbym znowu był na Assaulcie, tylko zamiast ciągłego oglądania kanonek i tuneli, na stole roiło się od piesków i ptaszków. Boodzik również miał standardowy chaos ze spaczonymi jednostkami i Khorvakiem. Żaden z moich przeciwników nie używał ani Daemonsworda, ani dysków, co mnie zdziwiło, bo w tego typu talii zazwyczaj sprawdzają się wyśmienicie. Pierwszą grę graliśmy z Boodzikiem dość szybko. Mimo moich prób obrony i kontroli, Boodzik miał jednak w ręce więcej argumentów i wygrał. W drugiej grze to ja miałem inicjatywę i po położeniu trzeciego kościółka w Kingdom oraz Hemmlera w battlu Boodzik grę poddał. Na zagranie trzeciego starcia mieliśmy 30 minut i śmialiśmy się, że i trzy byśmy zdążyli zagrać. Wykrakaliśmy sobie, ostatni pojedynek trwał całe pół godziny, kontrola po obu stronach, cios za cios, oko za oko, ząb za ząb. W momencie, w którym skończył się czas Boodzikowi zabrakło prawdopodobnie jednej tury, żeby mnie spalić. Udało mi się uratować remis, choć było gorąco.

Runda 4 (EMP – HE 2:1)

W ostatniej rundzie totalna zmiana klimatu. Musiałem się przestawić mentalnie, bo na mageswojej drodze napotkałem atakującą z boku (dzięki Sally Forth) armię z Ulthuanu prowadzoną przez Starscreama. Ciekawa talia, w której pierwsze skrzypce odgrywała wymieniona wyżej taktyka oraz Dreamer i zapożyczony z Imperium Celestial Apprentice, który do czasu wyjścia kościółków był dość denerwujący. W pierwszej grze miałem fatalną rękę startową, a Starscream wyszedł szybko z Learned Mage x3 (!) oraz Celestiala i Dreamera. Dwa ataki i po zawodach. W drugiej grze również nie zapowiadało się dla mnie różowo, ale po początkowych problemach zacząłem odzyskiwać inicjatywę dzięki heroicznej obronie moich jednostek (bronili się dzielnie nawet Huntsmani). W pewnym momencie mieliśmy po jednej spalonej strefie i każdy z nas mógł w swojej turze skończyć potyczkę atakując, jeśli drugi nie postawi na obronę. Wtedy właśnie Starscream popełnił poważny błąd. Mając 4 zasoby położył na stole Dreamera z attachmentami dającymi celewytrzymałość, wyznaczył na atakującego, a potem zaczął zadawać rany Learned Magom, żeby ściągnąć mi jednostki z questa, w którego atakował. Zabił sobie wszystko, co było do zabicia w queście, ale zabił mi także wszystkich potencjalnych obrońców. Później zadał obrażenia Dreamerowi, wyleczył go i znowu zadał obrażenia, żeby ten zaatakował równo za 8, czyli tyle ile trzeba do spalenia. Nie wziął tylko pod uwagę, że mam zostawione dwa zasoby, a Chain Lightning ściąga jednostki za 3, a nie tylko te za 2. Dreamer poszedł do piachu, a w następnej turze Hemmler et consortes pokazali długouchym siłę Imperium. W trzeciej grze Starscream poszedł mocno w obronę, przez którą przebijałem się przez dobre 20 minut. Udało mi się na 13 sekund przed końcem. Uff… To był najtrudniejszy pojedynek tego dnia dla mnie, tym bardziej cieszy zwycięstwo.

Ogólnie turniej bardzo udany. Zająłem 5 miejsce, co w Warszawie cieszy. Dalej przebijam się w tabeli ligowej do TOP10, jeśli utrzymam formę to nawet TOP8 jest realne, chociaż poziom jest wysoki, a gracze tacy jak Wosho, Selverin, Ostry, Awojdi, Wiśnia, Carnage, Bokalus czy Nilis (ostatnio w wyśmienitej formie, o czym świadczy choćby zwycięstwo w opisywanym turnieju) to bardzo trudni i wymagający rywale, dlatego też co tydzień jest bardzo ciężko. Ale walka trwa.

Categories: Chaos, HE, Imperium, Liga, Turnieje | Tagi: , , , , | 1 komentarz

Call the Banners – Wspomnienie Mistrzostw Europy 2013

IMG-20130427-00452Kurz bitewny opadł, bohaterowie powrócili do swych grodów z nowymi ranami odniesionymi w boju i nowymi historiami do opowiadania przy garnuszku rozgrzewającego trunku, Wrocław został zdobyty a emocje po tygodniu są już mniejsze (chociaż na forum wybuchła dziś na chwilę Fotogate, zanim odkurzacz Virgo wessał ją w otchłań niebytu). Jest to zatem najlepszy czas na podsumowanie Mistrzostw Europy, które już od tygodnia są miłym wspomnieniem.

The Day Before

Do Wrocławia przyjechałem, tak jak wielu graczy, dzień wcześniej. Stwierdziłem, że wolę być wyspany przed całym dniem gry i całą nocą integracji i był to strzał w dziesiątkę. Muszę przyznać – choć może wyjdę na kompletnego geeka – że jadąc odczuwałem już klimat turnieju. Wyobrażałem sobie graczy, którzy niczym wojska pod flagami różnych miast przemierzają krainę by następnego dnia oblegać Wrocław. Widziałem oczami wyobraźni stężałe twarze śmiałków, którzy w zacinającym deszczu na koniach pędzą przez stepy, pola, drogi i doliny po sławę i chwałę, która nie przemija nigdy. Ok, poniosło mnie, ale cóż – był to mój pierwszy tak duży turniej, a że jestem mocno w klimacie fantasy od dziecka to i efekty są takie, jakie są.

Po ulokowaniu się w hotelu odbyłem telekonferencję z częścią warszawskiej ekipy, która również docierała już do miastaIMG-20130426-00444 stu mostów. Umówiliśmy się na Rynku, gdzie w malowniczym sąsiedztwie McDonalds’a i klubu Go-Go znajdował się hostel chłopaków. Posililiśmy się potężnymi porcjami bardzo dobrych pierogów w pierogarni naprzeciw Ratusza i wypiliśmy świetne piwko w browarze Spiż (pierwszy raz w życiu piłem czekoladowe piwo – pycha!).

Potem nadszedł czas na ostateczne testy, które ja skończyłem ok. 22, ale chłopaki walczyli do późnych godzin nocnych (wczesnych rannych). Może trzeba było z nimi zostać, bo Awojdi, Ostry i Wiśnia zaliczyli odpowiednio czwarte, ósme i jedenaste miejsce. Ja jednak zdecydowałem się wyspać i nie żałuję tej decyzji. Podczas testów najmniejsze problemy dla mojej spaczonej talii sprawiło Imperium (o dziwo!), a największe Orki (tu akurat nie ma nic dziwnego, Wurrzag imba!!11oneone). Nie wiedziałem jeszcze, że następnego dnia na armie Cesarza Karla-Franza nie trafię wcale, a Orcza Horda stanie na mojej drodze zaledwie w dwóch z siedmiu gier.

Organizacja

Ogromne podziękowania i propsy dla organizatorów. Zorganizowanie imprezy tego formatu, przy tak dużej ilości uczestników jest nie lada wyzwaniem logistycznym. Ale podołaliście w pełni, gratulacje, chapeu bas! Bardzo dobrze sprawił się również program autorstwa Morphine, który to program z tego co widziałem nie sprawił najmniejszych problemów i nie wykrzaczył się pomimo ponad setki graczy. Nagrody również były świetne, nikt nie wyjechał z Wrocławia z pustymi rękami, a ilość gier i książek była naprawdę imponująca. Szkoda tylko, że FFG tak słabo wsparła Mistrzostwa Europy gadżetami typu maty i stolice. Ale nic to, nie narzekam, za turniej skończony w tabeli dalej niż bliżej zgarnąłem stylową Wolę Elektorów z alternatywnym artem oraz poziomą stolicę (świetny pomysł!).

dungeonŁyżką dziegciu w tej beczce miodu niech będzie sufit, oświetlenie i gulasz. Ogólnie miejscówka była świetna – podziemia zamku tworzyły bardzo fajny klimat, super pomysłem była możliwość zakupienia napojów na miejscu oraz możliwość pozostania w zamku na integrację w czysto inwazyjnym gronie. Minusem było kapanie z sufitu, co rozumiem, biorąc pod uwagę taką ilość ludzi i wilgotność w podziemiach zamkowych. Niemniej jednak było to nieprzyjemne, zwłaszcza że wystarczy odrobina wiedzy z fizyki, żeby wiedzieć, co kapało. Jeśli chodzi o oświetlenie, to problem był w tej części sali, w której grałem przez większość czasu. Tu niestety nie dało się chyba nic zrobić, trzeba było wczuć się w klimat dungeonu i walczyć dzielnie z przeciwnikiem i ciemnością. Temat gulaszu miał zostać poruszony w oddzielnym wątku na forum, ale został odpuszczony. Może to i dobrze, nie ma co wylewać łez. Mam jednak nauczkę na przyszłość, że najlepiej jednak organizować się samemu, zwłaszcza z prowiantem. W końcu gulasz zjadłem, rzeczywiście było w nim dużo mięska, jak obiecywał Przemo, ale nie powalił mnie na kolana. Niewątpliwą jego zaletą było jeszcze większe pogłębienie klimatu, w końcu to taką strawą mogli raczyć się dzielni woje w karczmach i zajazdach przemierzając drogi w poszukiwaniu przygód.

Integracja

DSC_0577

Pamparampampam! Tak się bawi Wasz oddany bloger:)
Autor zdjęcia: Joanna „mer” Mida.

Cud, miód, malina. Choć raczej powinienem powiedzieć „cud, spirytus i Nestea”. Żeby być w zgodzie z prawdą, powinienem napisać, że integrację zacząłem już od 9 rano, kiedy to otworzyłem pierwszą puszkę Jacka Danielsa z Colą i zacząłem rozmawiać z ekipą, która również właśnie dotarła na pole bitwy. Cały dzień raczyłem się różnorakimi trunkami i rozmawiałem z całą masą ludzi. Dla mnie to właśnie było najważniejszą częścią turnieju – poznanie ludzi z innych miast, porozmawianie z osobami, które znałem tylko z forum i rozpoznawałem tylko z avatarów. Nawet wypiłem małe piwo, na które skusiła mnie śliczna barmanka, będąca niewątpliwie jedną z największych ozdób turnieju.

Zamieniłem także parę słów z naszymi gośćmi zza granicy. Koledzy z Włoch byli bardzo mili, mają ciekawy i odmienny od naszego pogląd na Inwazję (w prostocie siła). Zechcieli wypić z nami nawet domowej roboty spirytusik, także komitywa na sto procent. Ekipa z Niemiec również bardzo rozmowna i kulturalna. Poznałem na żywo kolegów, z którymi grywam na OCTGN. Z rozmową z jednym z nich wiąże się anegdota. Otóż stałem sobie i obserwowałem grę Makabrysia, który naIMG-20130427-00460 środku swojej stolicy miał karteczkę z napisem “na początku tury strzelać, kurwa!!!”, która to karteczka była przypomnieniem o akcji Duregana Thorgrimsona. W pewnym momencie podszedł do mnie aktualny wicemistrz świata w Inwazję, czyli Franke Oliver z Niemiec, i zapytał po angielsku, czy Makabrysio gra na sproksowanej legendzie. Odpowiedziałem mu, że nie i wytłumaczyłem co jest napisane na kartce. Jednak jak doszedłem do słowa kurwa, to nie wiedzieć czemu przetłumaczyłem to jako “god damn it”. Chciałem chyba zachować poziom w kontaktach międzynarodowych i bezę zjadłem łyżeczką. Później czułem się jak lektor w filmie, który tłumaczy “fuck” na “kurczę”, “kurna”, lub “motyla noga”. Nic to, najważniejsze, że Makabrysio pamiętał o strzelaniu. Ja muszę następnym razem zrobić sobie taką karteczkę z napisem “połóż devkę zanim zaatakujesz, god damn it!”.

DSC_0431

Autor zdjęcia: Joanna „mer” Mida.

Dobrym pomysłem, który również przyczynił się do głębszej integracji było wspólne oglądanie finału na rzutniku. Jasne, jakość mogła być lepsza. Jasne, komentarz mógł być od samego początku. Niemniej jednak super, że organizatorzy poszli z duchem czasu i na chwilę podziemia zamku zamieniły się w mini salę projekcyjną. Bardzo przyjemnie było oglądać ten pojedynek popijając sobie z Makabrysiem i komentując zagrania.IMG-20130428-00502

Podczas wieczornej imprezy integracyjnej odbyły się kalambury, będące konkursem znajomości kart. Juri i Czarny mieli wspaniały pomysł i mam nadzieję, że zabawa ta na stałe wpisze się w tradycję turniejów regionalnych. Walka była zacięta, a zabawa przednia. Zająłem drugie miejsce ustępując nieznacznie Virgo, z którym szliśmy łeb w łeb. Dzięki temu zwiększyłem ilość spoilsów, bowiem zgarnąłem dodatkową poziomą stolicę (neutralną!!!) oraz kufel z wygrawerowanym logiem Mistrzostw Europy w Inwazję. Bardzo przyjemna nagroda i cenna pamiątka z wyjazdu.

IMG-20130428-00500O reszcie nie będę się rozwodził. Dodam tylko, że w trakcie rozdania nagród miało miejsce wręczenie nagrody za zwycięstwo w konkursie „Najprzystojniejszy gracz z młotkiem w…”. Nagrodę Darkerowi wręczył organizator konkursu – Makabrysio, a potem nastąpiły oględziny dowodu Darkera, żeby każdy mógł zrozumieć, że zwycięstwo było zasłużone. Na imprezie poturniejowej bawiłem się do 5 rano w doborowym towarzystwie, odbyłem wiele ciekawych rozmów o Inwazji i nie tylko, skosztowałem wielu lokalnych napitków wytoczonych z piwniczek przez graczy z różnych części Polski specjalnie na tę okazję. Słowem: “i ja też tam byłem, miód i wino piłem”.

W tym miejscu chciałbym serdecznie podziękować całej ekipie warszawskiej za trzymanie się razem i wsparcie w trakcie turnieju oraz integrację (z tymi ludźmi nie da się źle bawić!), Virgo za klimatyczną walkę w kalamburach oraz Tobiaco, Tobolowi, Michnikowi, Arcziemu, Stachowi, Radanerowi, Rodzynowi, Alanowi, a także wszystkim innym, z którymi udało mi się wypić i pogadać w zajebiście pozytywnej atmosferze. Obyśmy mogli to powtórzyć w Bydgoszczy.

The Game, czyli krew, pot, łzy i piur skil

Przejdźmy zatem do samego turnieju, czyli walce o zdobycie tytułu Mistrza Europy. Po wielu tygodniach poszukiwania talii i zastanawiania się, z jakim orężem najlepiej stanąć na ubitej ziemi wybrałem Chaos. Podczas przygotowań rozważałem grę Wood Elfami na maksymalnej kontroli devek i Verenie (nie byłby to chyba najlepszy pomysł, biorąc pod uwagę z iloma krasnoludami przyszło mi się zmierzyć), Dark Elfami na maksymalnej kontroli ręki i zadawaniu obrażeń za zrzucanie kart przez przeciwnika (chyba jednak zbyt losowe, choć fun był), Orkami na Gorbadzie (dzięki Wam, o Mroczni Bogowie, że odwiedliście mnie od tego!). Jednak w zasadzie w ostatniej chwili, na kilka dni przed turniejem wybrałem Chaos na Khorvaku i spaczonych jednostkach. Podobną talią wygrałem kiedyś turniej w Warszawie i byłem 10 w turnieju na OCTGN, miałem ją ograną i znałem na wylot, toteż stwierdziłem, że będzie najbardziej odpowiednia na mój pierwszy duży turniej.

Khorvak Rush-Control

Jednostki – 22

3 x Daemon Princekhorvakblood
2 x Fledgling Chaos Spawn
3 x Blue Horrors
3 x Pink Horrors
2 x Savage Gors
3 x Warhounds
3 x Sorcerer of Tzeentch
3 x Khorvak Grimbreath

Taktyki – 13

2 x Blood Summoning
2 x Long Winter
3 x Seduced by Darknessunleashdaemon
3 x Warpstone Experiments
1 x Plague Bomb
2 x Unleashing the Spell

Misje – 3

3 x Raiding Camps

Wsparcia – 15

2 x Disc of Tzeentchcamps
3 x Northern Wastes
3 x Rift of Battle
2 x Daemonsword
2 x Den of Iniquity
3 x Desacrated Temple

Z perspektywy czasu widzę, że w talii były dwa zasadnicze błędy i kilka mniejszych. Po pierwsze, Savage Gors wrzucone pod wpływem rozmowy z Arhrą nie wypaliły kompletnie. Talia w ataku ma wystarczającego powera bez nich, a poza battlem są w zasadzie bezużyteczni. Już lepiej było za nich dać trzeciego Spawna pod eksperymenty lub do questowania i poświęcania, albo nawet 1 Bloodthirstera, który by wyszedł z Blood Summoning. Po drugie, Long Wintery, jakkolwiek świetne, to w tej talii szły najczęściej w devkę. Kontrolę rozwinięć, jeśli jej potrzebowałem, dawała mi Desacrated Temple i poświęcanie jednostkek na Daemon Prince’a. Lepiej sprawdziłby się trzeci Blood Summoning i druga Bomba. Jeśli chodzi o mniejsze błędy, to opiszę je przy okazji poszczególnych gier.

IMG-20130427-00469Pomimo błędów, deckiem grało się bardzo przyjemnie, dzięki Raiding Campsom i kontroli jednostek często zostawiałem przeciwnika na początku z pustym stołem, sam mając moc młotków w queście. Khorvak za każdym razem wychodził za darmo z Blood Summoning i od razu atakowałem za 4-5, a czasem 8 młotków (jeśli był mieczor), co sprawiało, że inicjatywa szybko była po mojej stronie. I to właśnie ciekawe opcje kontroli, szybkość i przejmowanie inicjatywy, a także finiszer w postaci Unleashing the Spell były filarami tej talii. Z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że gdyby nie popełnione błędy i stres związany z brakiem doświadczenia w grze w tak dużym turnieju, to TOP20 wcale nie było nieosiągalne.

Pokrótce o pojedynkach, jakie przyszło mi stoczyć.

Runda 1
Szeryf (DWA) 2:1

my lifePrzed pierwszym pojedynkiem trochę trzęsły mi się ręce, ale starałem się nie dać po sobie znać. Pokerowe doświadczenie procentowało i trzymałem nerwy na wodzy. Kolega grał standardowymi krasnoludami, nie zauważyłem większych niespodzianek. Z mojej strony kontrola była dość skuteczna, ponieważ Szeryf nie opierał się na odporności, dzięki czemu i pieski i ptasior mogły spokojnie zadawać obrażenia jednostkom. Generalnie skończyłbym w miarę szybkim 2:0 gdyby nie dwie karty, które w każdej grze z krasnoludami tamtego dnia podnosiły mi ciśnienie oraz przez które nie zająłem lepszego miejsca w turnieju – My Life for the Hold i Master Rune of Spite. Pominę już fakt, że wydawało mi się, iż ZAWSZE na pierwszej ręce moi oponenci je mieli. Najważniejsze jest to, że utrudniało mi to niemiłosiernie grę. Jeśli chodzi o majlajfa, to rozważałem przed turniejem włożenie do talii Mob Up x 2 i byłaby to dobra opcja, biorąc pod uwagę, że głównie grałem z kraśkami. Któż jednak mógł wiedzieć. Na runę nic nie poradzę, Daemon Princy schodzą od niej z miejsca, wszystko z mieczykiem w zasadzie także. Mimo wszystko ilość majlajfów jest ograniczona, a runy były zazwyczaj techem w liczbie 1 lub 2, toteż po ciężkim boju udało mi się triumfować w pierwszej grze 2:1. W tym miejscu chciałbym poruszyć jedną, niemiłą kwestię. Otóż kolega Szeryf, który sam popełniał często błędy, wykonując pewne akcje nie w odpowiednim momencie nie pozwolił mi położyć devki po powiedzeniu słowa “atakuję”. Każdy, kto mnie zna wie, że ja zawsze pozwalam wszystko położyć i cofnąć – to tylko zabawa i nie należy się tak spinać. Ale sytuacja, w której ja ani razu nie zwróciłem przeciwnikowi uwagi, a on nie pozwolił mi raz (bo tylko raz popełniłem ten błąd w tej grze) czegoś zrobić zepsuła mi atmosferę pierwszej rozgrywki. Widać kolega liczył na poważne sukcesy tego dnia, bo liczyło się dla niego każde obrażenie. Cóż, tę grę i tak przegrał. Ja za to dostałem lekcję, że niektóre gry są mniej fun, a bardziej o punkty.

Runda 2
Angian (DE) 2:0

Jak dowiedziałem się, że gram przeciwko Dark Elfom, delikatnie się zasmuciłem. Ciągnę zazwyczaj bardzo dużo kart ze blackwzględu na atakowanie jednostkami z boku i użycie mieczyka, dlatego też przewijarki mają ze mną łatwiej. Podczas gry jednak przypomniałem sobie, że Mroczne Elfy mają z kolei problem z Chaosem – słabą obronę i taką sobie ekonomię. Z Angianem grało się bardzo przyjemnie i miło, jest to mega pozytywny człowiek. Miał ciekawą talię, w której gościli Black Guards i nowy raider za 4. Do tego Crone i przewijanie nagle przyspiesza dość mocno. W pierwszej grze wyżej wspomniane trio pojawiło się szybko na stole i zacząłem walkę z czasem. Angian kładł devki, co nie jest częstym widokiem na stolicy Mrocznych, ale w grze ze mną było niezbędne – widać doświadczenie przeciwnika. Zdążyłem jednak wygrać ten wyścig z czasem i w ostatniej turze (w następnej bym się przewinął, bo zostały mi chyba z 3 karty w decku) udało mi się położyć po 8 obrażeń w dwóch strefach i ściągnąć devki Zbezczeszczoną Świątynią poświęcając jednostki na Księcia Demonów. W drugiej grze Angian miał po prostu pecha. W swojej pierwszej turze położył tylko Hekartii, a to, co położył w drugiej ściągnąłem mu z Raiding Campsów i pieska. Po kilku turach z pustym stołem stwierdził, że nie ma sensu dalej przeciągać i poddał grę. Podziękowaliśmy sobie za pierwszą, ciekawą partię i odszedłem od stolika z drugim zwycięstwem na koncie i nadzieją, że ten dzień może przybrać dla mnie bardzo pozytywny obrót.

Runda 3
Argoth (DWA) 1:2

Niestety, pierwsza porażka, po koszmarnym błędzie, którego nie zapomnę bardzo długo, a może nigdy, i który mocno wybił mnie z rytmu na resztę dnia. Najpierw chciałbym podkreślić, że gra z Argothem była czystą przyjemnością. Jest to bardzo miły i kulturalny człowiek – oby więcej takich graczy. Dodatkowo, warto wspomnieć, że Argoth jest organizatorem międzynarodowego turnieju na OCTGN, który był świetnie przygotowany – tym milej było mi poznać i zagrać z nim. W pierwszej grze bardzo szybko skontrolowałem stół i dość gładko spaliłem krasnoludzką stolicę. Powiem szczerze, że grałem jak na skrzydłach. Nagle jednak doszło do katastrofy. W drugiej grze wymienialiśmy z Argothem ciosy – obrażenie za obrażenie. W pewnym momencie sytuacja wyglądała następująco. Moja tura. Przeciwnik ma w Kingdomie 7 facepalmobrażeń i chyba żadnej devki, pozostałe strefy czyste, w queście żadnych jednostek i żadnych devek, dwa supporty, jeśli dobrze pamiętam. Ja mam 4 zasoby, Unleashing the Spell, z 6 devek, jedną spaloną strefę i jestem w stanie zaatakować Daemon Princem, Khorvakiem i dwoma horrorami (jeden z dyskiem) za 8. Argoth ma 3 karty na ręce i się uśmiecha. Myślę sobie, ma majlajfa (mimo, że jeden już poszedł wcześniej). Sam sobie wkręciłem tego majlajfa tak, że zaślepiło mnie to maksymalnie. Do tego stopnia, że zamiast zaatakować i rzucić Unleashing to ja zacząłem coś kombinować ze zdejmowaniem mu supportów z questa, żeby nie losował kart i nie wystawiał jednostek do battla. Dziś jak na to parzę, to zastanawiam się jak mogłem popełnić taki błąd. Przecież wiedziałem że tym co ma na stole + jedną jedyną dodatkową jednostką w następnej turze mnie spali, więc na co czekałem? Przecież wiedziałem, że jeśli ma majlajfa, to nieważne w której turze go rzuci – czy w tej, czy w następnej. Zamroczyło mnie, spaliłem się psychicznie, sam nie wiem. Nie zaatakowałem, Argoth w następnej turze mnie spalił. Jak przygotowywaliśmy się do trzeciej gry to powiedział, że uśmiechał się, bo wiedział, że przegra jak mam Unleasha i nawet już przełożył karty do lewej ręki, żeby mi prawą podać. Ten błąd kosztował mnie nie tylko tę partię, ale również następną. Niewykorzystane sytuacje się mszczą i ta zemściła się na mnie okrutnie. Trzeci pojedynek oczywiście przegrałem i zamiast stanu 3-0-0 i pewnego podejścia do kolejnej gry miałem 2-0-1 i byłem niesamowicie na siebie zły. Niemniej jednak grało się, tak jak już napisałem, super i dostałem w tym pojedynku solidną lekcję.

Runda 4
Tobiaco (DWA) 2:1

Maraton z Krasnoludami trwał nadal. Powiem szczerze, że niewiele mogę o tej grze napisać, poza tym, że nie różniła się od innych za bardzo. Z tego co pamiętam, Tobiaco miał mnie majlajfów niż pozostali rywale. Pamiętam, że w ostatniej grze Tobiaco mógł stallować i ugrać remis, ale nie zrobił tego tylko walczył do końca, za co szacunek. Mój rywal okazał się bardzo miłym i zabawnym człowiekiem, z którym przyszło mi tego dnia wieczorem porozmawiać dość długo i wypić parę kubeczków. Zwycięstwo w tej grze dawało mi nawet szansę walki o topkę, toteż ze zniecierpliwieniem oczekiwałem paringu następnej tury.

Runda 5
Awojdi (ORC) 0:2

wurrzagDla odmiany trafiłem na Orki. Nie byłem z tego bardzo zadowolony, bo to dla mnie najtrudniejszy matchup. Dodatkowo, trafiłem na kolegę z Warszawy, który jest jednym z najlepszych graczy w Inwazję w Polsce i w Europie, co zresztą potwierdził zajmując czwarte miejsce w turnieju. Awojdi kontrolował mnie od początku. Niestety, nie zdążyłem zabić jego Wurrzaga, który rzygnął i sprowadził mnie do parteru, albo nawet piwnicy i tam trzymał, bił, przypalał i ogólnie katował. Pierwszą grę szybko poddałem. W drugiej historia się powtórzyła. Po prostu nie miałem szans. Nie z tą talią, nie z tym graczem. Stwierdziliśmy z Awojdim, że skoro mamy tyle czasu (gra trwała z 15 minut) to idziemy na gulasz. Cóż, jak już wiecie, gulaszu się nie doczekaliśmy. Spędziliśmy za to miło czas przy barze oraz kibicując innym reprezentantom stolicy

Runda 6
Cosa (DWA) 1:2

Po przerwie dla odmiany… Krasnoludy! Cosa był bardzo dokładny w tasowaniu i przekładaniu mojej talii, widać było, że serio traktuje turniej. Teoretycznie, zwycięzca naszego pojedynku po wygraniu również następnego miał nadal szansę na topkę, toteż częściowo rozumiem podejście. Ja grałem nadal bez spiny, chociaż cały czas miałem w głowie porażkę z Argothem i alergicznie reagowałem na każdego majlajfa u przeciwnika. Pierwszą grę przegrałem – nie podeszło mi nic, czym mogłem szybko zaatakować, a powolna rozbudowa przeciwko krasnoludom zazwyczaj oznacza śmierć. Powalczyłem jednak chwilę, ale musiałem ustąpić pod naporem górskich wojowników. W drugiej turze znowu wyrównana walka, ale obliczony na styk Unleashing pozwolił mi doprowadzić do remisu. Zostało nam kilka minut toteż bez zbędnej zwłoki przystąpiliśmy do decydującego pojedynku. Po dobraniu kart miałem na ręku średni start, mogłem wystawić tylko Desacrated Temple i Rift of Battle. Wziąłem mulligana. Popatrzyłem, zapłakałem. 1 x Unleashing, 3 x Seduced, 1 x Bomba, 1 x Den, 1 x Rift. Przeciwnik zaczyna, ja dobieram kartę – drugi Unleashing. Dziękuję, dobranoc, popij wodą.

Runda 7
Niestety, nie pamiętam (Karol?) (ORC) 1:2

Gra totalnie o pietruszkę, kolega na forum chyba nie bywa, ogólnie nie był mi znany. Przepraszam, ale nie zapamiętałem owpksywki, głupio mi. Przeciwnik nie grał na Wurrzagu (chociaż jak się później okazało miał go w talii). W obu wygranych grach miał niestety na ręce startowej Mustera, co go boostowało mocno ekonomicznie, a wiadomo – za 5 zasobów to Orki mogą już całkiem sporo. Dodatkowo, Orc Warning Post sprawiało, że do ataku musiałem poświęcać devki, tak bardzo mi potrzebne na Unleashing. Pierwszą partię po walce przegrałem, w drugiej to ja byłem górą kontrolując niemiłosiernie. Trzecia partia rozegrała się praktycznie w pierwszej turze. Ja zaczynam, ręka startowa marzenie. Horrory różowe i niebieskie w liczbie hurtowej (4!), Daemon Prince, elegancja francja. Wykładam więc całe tałatajstwo, nawet sobie ładnie dzielę, że jeden w Kingdom dla kasy, trzy w Quest, wszystko gra i buczy. Jeszcze Daemon do battla, devka, grasz. Przeciwnik: muster, rzyg. Zostałem z jedną kartą na ręce i w ten właśnie sposób zakończyłem turniej. Otworzyłem Jacka z Colą świętując awans do highlandera i podałem mojemu przeciwnikowi rękę gratulując zwycięstwa.

Zakończyłem turniej na 59 miejscu ze statystykami: 3 – 0 – 4. Czy jestem zadowolony? I tak i nie. Jadąc na Mistrzostwa każdy marzy o zwycięstwie. Ale patrząc realnie nie chciałem zająć jednego z ostatnich miejsc. To był plan minimum. Planem średnim było miejsce w środku tabeli i to udało się zrealizować. Plan maksimum miałem TOP30 i powiem szczerze – spokojnie było wykonalne. Dlaczego zatem się nie udało. W zasadzie wszystkie przyczyny już podałem w opisie poszczególnych pojedynków. Zabrakło trochę doświadczenia i trochę szczęścia. Mogło być lepiej, ale, jak się mawiało w dzieciństwie, pierwsze śliwki robaczywki. Chciałbym podziękować wszystkim moim przeciwnikom za grę i walkę w każdym pojedynku. Mam nadzieję, że jeszcze uda się kiedyś pograć i być może wyrównać porachunki.

Podsumowanie

SONY DSCTak właśnie doszliśmy do końca relacji z turnieju. W highlanderze byłem gdzieś w końcówce ambitnie wybierając Dark Elfy (chociaż Bokalus zajął ex aequo pierwsze miejsce również Mrocznymi – gratsy!). Spoczko się grało, były to moje pierwsze w życiu gry w tym formacie. Drugiego dnia nie miałem siły po melanżu zwlec się z łóżka i dotrzeć na drużynówkę, toteż wyspałem się i wyruszyłem w podróż powrotną z głową pełną wspomnień.

W tym miejscu chciałem jeszcze napisać, że podziwiam Metatrona. Grałem wczoraj jego talią i muszę powiedzieć, że stopień zaawansowania i możliwości, jakie daje ten deck są niesamowite. Granie tym cały dzień na pełnym skupieniu również zasługuje na szacunek.

Gratuluję serdecznie Radanerowi za zdobycie Mistrzostwa Europy (to musi być cudowne uczucie!) oraz całej topce. Szczególnie gratuluję Woshowi, Awojdiemu, Ostremu oraz Wiśni. Pokazaliście klasę zapewniając Warszawie aż cztery miejsca w TOP16. Europejski poziom.

Na sam koniec dziękuję jeszcze raz wszystkim, dzięki którym przeżyłem jeden z najlepszych dni w moim życiu. Mam nadzieję, że zobaczymy się w Bydgoszczy!

Categories: Chaos, Dark Elf, Krasnoludy, Orki, Turnieje | Tagi: , , , , , | 5 komentarzy

Cisza przed burzą

Assault zbliża się wielkimi krokami!

Assault zbliża się wielkimi krokami!

Zastanawiałem się, czy pisać relację z ostatniego turnieju. Tak jak napisał Michał “Wiśnia” na forum, jakaś cisza przed Assaultem się należy. Niektórzy gracze już testują talie na Wrocław i nie fair byłoby wobec nich zdradzanie szczegółów składanych decków i przyjętych rozwiązań. Dlatego też podjąłem decyzję, żeby nie pisać relacji z turnieju i – tak jak Wiśnia – do czasu Assaulta zawiesić relacje z naszych warszawskich potyczek.

 

Niemniej jednak muszę napisać, że zbliżające się wielkimi krokami Mistrzostwa Europy we Wrocławiu zdecydowanie przyczyniają się do integracji sceny. Częstotliwość i intensywność rozmów o kartach, taktykach, strategiach i sneaky sztuczkach jest większa niż kiedykolwiek. Poza turniejami środowymi spotykamy się w inne dni i trenujemy do upadłego. Osobiście, bardzo dużo się uczę, a możliwość ścierania się regularnie z tak dobrymi graczami jak Awojdi, Wiśnia, Bokalus, Carnage, Cogito czy Ostry rozwija moją grę i pozwala na podpatrywanie ciekawych strategii, bardzo interesujących zagrań oraz kreatywnego wykorzystania do tej pory nieużywanych, albo używanych rzadko kart.

 

Biorąc pod uwagę fakt, że organizatorzy AoW zapowiadają dostęp do sieci na Zamku, postaram się przeprowadzić na blogu relację live z tego eventu. Zapewne większość z nas będzie na miejscu, ale znajdą się też tacy, którzy z różnych przyczyn nie będą mogli pojechać i będą chcieli wiedzieć co w trawie piszczy.rota

 

Jeszcze przed Assaultem planuję wpis poświęcony najbardziej wszechstronnej karcie w Warhammer Invasion. Ja już swój typ mam, ale chętnie poznam Wasze. Zachęcam do wyrażenia swojej opinii!

 

Na dziś to tyle. Krótko, bo wracam do lektury fantastycznej książki “Rota” Dana Abnetta, opowiadającej o husarii z Kislevu i walce z potworami z północnych pustkowi, a w kolejce już czeka “Daemon’s Curse” tego samego autora rozpoczynające sagę o Malusie Darkblade, jednym z najbardziej rozpoznawalnych bohaterów (antybohaterów?) Mrocznych Elfów.

 

Stay tuned!

 

 

Categories: Ogólne, Turnieje | Tagi: | 2 komentarze

Muster for Wrocław

oficjalnyplakatkopiaZbliża się Assault na Wrocław. To widać, słychać i czuć. Nasze zwyczajowe sobotnie fun gierki zmieniły się w poligon doświadczalny dla nowych talii i pomysłów. Co chwilę w rozmowach było słychać: “we Wrocławiu użyję właśnie tej karty”, “myślę że wymienię kilka kart i jadę tym do Wrocławia”, “uważaj na to, bo we Wrocławiu…” i wiele tym podobnych tekstów. W powietrzu czuć bojowego ducha, Warszawa (a myślę, że nie tylko) się zbroi. Dla mnie to ekscytujący czas, bo będzie to mój pierwszy duży turniej i od razu Mistrzostwa Europy! Bardzo budujący jest też fakt, że na wczorajszych testach pojawiło się osiem osób, czyli więcej niż jeszcze do niedawna bywało na turniejach w Rivendell. To już jednak zamierzchłe czasy, przyszłość jest jasna, jak słońce świecące dziś nad Warszawą.

Sam ostro główkuję, czym pojechać do Wrocławia i na wczorajsze spotkanie zabrałem ze sobą trzy talie: dwie do testów i jedną for fun, ale na ciekawym według mnie pomyśle. Postaram się opisać każdą pokrótce i napisać, co było w nich dobre, a co szwankowało.

Talia nr 1 –  Kurt i Elfy

Ponieważ moje poprzednie talie leśnych elfów na obecne meta (Waaaaaaaaaaaaaaagh!!!!) nie są najlepsze – ponieważ nie mają dobrego dociągu, co czyni je powolnymi – postanowiłem połączyć leśne bandy z głównymi siłami Imperium pod wodzą Kurta Helborga. Dzięki dużej ilości wsparć, legendzie, Doubling the Guard i Planning for War planowałem zyskać zdolność do odbudowy po Vomicie, albo Grimgorze. W ramach kontroli miałem magów zaopatrzonych w Łańcuch Piorunów, elitę sprowadzoną prosto z Osterknachtu oraz Burn it Down – wiem, niewiele to, ale liczyłem, że wystarczy.kurt

Najważniejszym elementem było w miarę szybkie wystawienie Kurta, co umożliwiłoby mi rzucanie Doubling the Guard za darmo, Burna i ewentualnie Chain Lightninga za 1, a także olanie rzygania, i Grimgora. Ewentualnie Kurt miał być dobrą podpałką pod dociąg kart z DtG (motyw podpatrzony u Jaszczura).

Talia nie spełniła do końca moich oczekiwań. Przeciwko Chaosowi jeszcze jakoś szło, mimo problemów dla moich devek, jakie sprawiała Desacrated Temple. W starciu z chaosowym rushem na Callu talia dawała radę, ale przeciw kontroli na Inkurzji już słabiej, chociaż walczyłem. W mirrorze gra trwała długo, ale muszę przyznać, że naczelny warszawski ekspert od Imperium, prof. dr. hab. Nilis z Katedry Imperialnej Strategii z Uniwersytetu w Altdorfie miał dużo lepszą i szybszą talię, której nie byłem w stanie się oprzeć. W potyczkach z Orkami byłem bez szans – moja talia była za wolna, a Grimgor z rytuału, gdy miałem 6-8 devek i jednostki z Helblasterami w battlu po prostu kończył grę.

Podsumowując, talia była za wolna i nie umiałem dotrzymać tempa przeciwnikom, co wyeliminowało ją z grona kandydatów do udziału we Wrocławskiej edycji show pt. So You Think You Can Burn?

Talia nr 2 – Skorumpowana Kontrola

Ta talia to zaledwie cień dawnej świetnej talii, którą wygrałem jeden z warszawskich turniejów i byłem 10 w międzynarodowych turnieju na OCTGN (http://deckbox.org/sets/288160). Wtedy gwiazdami decku były Warpstony, Muster, Ptasior, Beastmen Incursion i bardzo ciężko było przeciwnikowi oprzeć się takiej kontroli.

discW związku z wyjściem wioski rasowej dla Chaosu postanowiłem przerobić dawny deck i zobaczyć, co potrafi w obecnym meta. Nie miałem jednak okazji długo testować talii, ponieważ udało mi się zagrać tylko trzy pojedynki – jeden z HE, jeden z EMP i jeden mirror. Z HE było najłatwiej, ale kolega nie miał w zasadzie kontroli, więc wiedziałem, że zwycięstwa nie mogę traktować bardzo poważnie. Imperium mnie rozłożyło. Dobre rozstawienie jednostek nie pozwoliło mi korzystać z Raiding Camps, Kościół i Dyscyplina ostudziły moje zapędy kontrolne, Sellsword niszczył mi wioski i nagle się okazało, że moi najeźdźcy z Północnych Pustkowi nie są w stanie zrobić dosłownie nic. Grę poddałem. W mirrorze dałem radę, ale zapewne tylko dlatego, że był to rush, a nie kontrola.

Talia nie jest zła. Ma mocne zdolności kontrolne, potrafi uderzyć z boków i spalić niespodziewanie strefę. Zapewnia potężny dociąg i często potrafi zaskoczyć przeciwnika. Więcej testów pozwoliłoby mi zapewne ocenić ją obiektywnie, ale szczerze… Odechciało mi się nią grać. Poprzednią wersją grałem z miesiąc i powrót nie zapewnił mi przyjemności z gry, a raczej próbę technicznego kombinowania. Dlatego żegnam się z nią i również nie nominuję jej do towarzyszenia mi w Napaści na Wrocław. Zachęcam jednak, zwłaszcza świeżych graczy, do kombinowania z tym pomysłem, bo deck prowadzi się dość łatwo i można się nim pobawić. W naszych domowych gierkach Nibelung grywa zmienioną nieznacznie wersją tej talii i wiedzie mu się całkiem, całkiem.

Talia nr 3 – Death with the Sword

swordDeck zrobiony for fun. Bardzo chciałem zagrać Siłą Cesarzy i Mieczem Gwiazdy Porannej (na marginesie: jedne z nielicznych kart, według mnie, obok na przykład Korowodu Dzierzb, których polskie nazwy brzmią lepiej niż angielskie). Wydało mi się, że te karty są dla siebie stworzone, stąd powstała koncepcja przewijarki na Crone, która będzie karcić mieczem i leczyć się, wyposażając mnie jednocześnie w karty.

Talią grałem przeciwko Chaosowi oraz HE i przeciwko obu taliom grało się bardzo przyjemnie. Oczywiście, żeby w pełni odpalić numer z mieczem i leczeniem, trzeba nazbierać trochę kart i zasobów, ale jak już wypali, to jest naprawdę miło i wtedy człowiek czuje, po co gra w tę grę tak naprawdę – dla bardzo dobrej zabawy. Przyjemnie jest, kiedy z Call of the Kraken wchodzą Black Guards do obrony legendy. Zazwyczaj w następnej turze dołączałem miecz do Crone i zaczynało się przewijanie na ostro.

Oczywiście, na turnieju deck nie byłby w stanie powalczyć, ale ważne jest, żeby wstrenght ferworze przygotowań i zmagań turniejowych nie zapomnieć o radości z gry. Ja radość wczoraj odnalazłem właśnie grając tą talią i bardzo się z tego cieszę. Jedyną rysą było uświadomienie mnie, podczas dyskusji z Nilisem i Dyktą, że leczenie nie pozwala mi na przyjęcie na Crone obrażeń, a później uleczenie ich Siłą Cesarzy. Bo plan był taki: atakuję z mieczem, dostaję dwa obrażenia. W następnej turze przeciwnik atakuje całą swoją trzódką legendę, która dostaje kilka obrażeń i po przydzieleniu ich, a przed zadaniem rzucam taktykę i leczę Crone. Dzięki temu byłaby ona “czysta”, a ja pociągnąłbym dużo kart. Nadzieje na ten numer okazały się płonne – tak niestety nie można. Nic to, zabawa i tak przednia z leczenia legendy po ataku i dobieraniu bunusowych kart.

Na koniec chciałbym jeszcze podzielić się trzema przemyśleniami.

Po pierwsze, nie wiem, czy wioski rasowe w Chaosie są aż takim przebojem. Długo wyczekiwane miały podreperować starty i być wybawieniem dla okulałej po FAQ 2.0 rasy. Jednak Chaos może wykorzystać tak wiele neutralnych kart w ciekawy sposób, że wioska nie zawsze się po prostu opłaci. Oczywiście, można brać przykład z Virgo i wrzucać do talii i wioski i neutrale, ale to są już zagrania pro, wykonywane przez przeszkolonych kaskaderów, więc nie róbcie tego w domu. Nie mówię oczywiście, że wioski są do niczego, o nie! Po prostu zastanawiam się, czy akurat w tej rasie są rzeczywiście tak oczywistym wyborem, jak się do niedawna wydawało.

sellswordDruga uwaga łączy się z poprzednią. Otóż składając obecnie talię należy zadać sobie jedno ważne, ale to zajebiście ważne pytanie: czy wkładać Veteran Sellsworda? Z jednej strony jego użycie wyklucza niejako posługiwanie się wioskami samemu, ale jednak daje możliwość kontroli wiosek przeciwnika. Z tego, co obserwuję, jak na razie jest pół na pół – część graczy wrzuca ich do talii, a część nastawia się na granie wioskami i liczy, że przeciwnik też nie będzie używał tej jednostki. Jestem ciekaw, jak będzie we Wrocławiu – czy będzie to jednostka must have, czy raczej sobie ją darujemy.

I wreszcie, last but not least, dochodzimy do ostatniej kwestii w tym wpisie, a mianowicie: czym jadę do Wrocławia? Otóż ostatnie testy dały mi sporo do myślenia. Być może to truizm i oczywista oczywistość, jak mawia klasyk, ale wczorajsze gry uświadomiły mi, że żadną “standardową” talią daleko się nie zajedzie (no chyba że będą to Orki, o których już jest na forum poważna dyskusja w wątku Meta na Wrocław). Dlatego też postanowiłem pójść w stronę, w którą do tej pory nigdy nie poszedłem, pograć rasami, którymi do tej pory nie grałem, sprawdzić nowe możliwości, nowe karty, nowe pomysły na talię. Chyba oryginalność jest mimo wszystko kluczem do zwycięstwa, a jeśli nie, to przynajmniej do dobrej zabawy.

Na koniec filmik, który niedawno pokazał mi Arhra i – mimo że dotyczy Warhammer Fantasy Battle – z pewnością przywoła uśmiech na Wasze twarze.

Dark Elf Security Guard

 DESG

Boom! Miłego popołudnia!

Categories: Chaos, Dark Elf, Imperium, Meta, Ogólne, Testy talii | Tagi: , , , , | 1 komentarz

Slash’n’Burn

mayhemPrzed wczorajszym turniejem byłem kompletnie skołowany. Nie byłem do końca pewien, jaką rasą grać, jaką wybrać strategię w ramach danej rasy, jakie niespodzianki dorzucić. Miotałem się od Imperium po Orki. Wertowałem klasery, wkładałem karty w koszulki, wyjmowałem je, zamieniałem, podmieniałem. Nawet po złożeniu ostatecznej talii jeszcze z trzy razy wstawałem z łóżka, żeby coś wymienić, poprawić.

I bardzo dobrze. Wszystko, co napisałem świadczy o tym, w jak dobrym stanie jest w tym momencie Inwazja (albo jak bardzo niezdecydowany jestem). Nie ma rasy bezwzględnie dominującej, wbrew obiegowej opinii, że Orki są przegięte. Każda rasa jest niebezpieczna, każda może wygrać turniej lub zająć w nim wysokie miejsce. Nie ma talii samogrających, trzeba mieć pomysł, wysilić się, złożyć coś zaskakującego. Nie ma zbyt wielu kart must have, toteż talie różnią się między sobą. Jest pięknie.

Mimo wszystko złożyłem Orki, choć nie ze względu na ich rzekomą „przegiętość”. Złożyłem Orki, bo potrzebowałem jednego tygodnia odpoczynku od Imperium, powolnej rozbudowy, epickiej obrony i dźwięku stalowych maszyn mozolnie ruszających do boju. Chciałem szybkości, grabienia, palenia, oślinionych kreatur, poświęcania, kontrolowania, mordowania i rabowania. Nie użyłem jednak Wurrzaga, nie mogę się przekonać do tej legendy. Pozostałem przy dość tradycyjnym decku, który z założenia miał szybko rozprawiać się z przeciwnikiem, ale jednak mieć możliwość wygrania, jeśli trzeba będzie zwolnić przez kulty lub uporczywie broniącego się przeciwnika.

Talia na deckboxie: Slash’n’Burn

Kilka kart chciałbym skomentować:

Wolf-Gobbos-218x300Night Goblins – karta, która często budzi zdziwienie według mnie jest bardzo dobra. Zdejmuje Loeca z naszych jednostek i obronne dodatki HE. Pozbywa się Helblasterów, Talizmanów, czy innych czopów. Według mnie warto.

Wolf Gobbos – okazali się w moim decku nie być tak przepotężni, jak im wróżono. Nie zawsze była możliwość użycia, a poza tym jednak kosztują 2, więc robienie tego numeru co turę nie jest takie łatwe. Niemniej jednak, ściągnęli Ptasiora w kluczowym momencie, co przeważyło w jednej grze szalę zwycięstwa na moją korzyść. Chyba warto.

Ancient Map – dla mnie to jest must have do talii na snotlingach, podnosi przeciwnikom ciśnienie.

Get Outta My Way – nie widzę tego często w orczych deckach, a jest to karta wypasiona. Bardzo pomaga, a do obrony legendy wręcz niezbędna.

Runda I (ORC – CHA 1:2)

Chaos obrodził na tym turnieju i pierwszą grę przyszło mi zagrać właśnie z tą rasą. Spaczonymi dowodził Dex, który zawsze ma coś ciekawego w zanadrzu, więc trzeba bardzo uważać. Tym razem był to dość tradycyjny Chaos, a palenie wspierali Marauder Chieftaini. Niespodzianką w talii i zarazem bardzo skuteczną bronią na moją hordę była karta Beastmen Incursion. Ciekawy wybór karty z listy restrykcji z pewnością pomógł w osiągnięciu niezłego rezultatu przez Dexa. W pierwszej grze przegrałem głównie przez brak kontroli kingdoma. Dexowi udało się dzięki temu włożyć do battla dwóch Blood Dragon Knightów, którzy mordowali moje jednostki, aż miło. Na nic były Lobbery i Gobbosy – w starciu z BDK obstawionymi Spawnami te jednostki niewiele mogą zdziałać. W drugiej partii nie popełniłem tego błędu i nie dopuściłem do tego, żeby Dex miał magiczne cztery zasoby. Jak sam przyznał później, zaniedbał delikatnie królestwo, bo jakby chciał – to by te cztery młotki utrzymał. Jednocześnie wysypałem się z jednostek wspieranych przez Inwazję Snotlingów – dość gładko poszło. W trzeciej grabi była wyrównana, chociaż moją zmorą była kombinacja Den + Desacrated Temple + LW. Niestety, przez jakieś 3 tury nie udało mi się wstawić w battla nic, co by nie weszło spaczone. Dex kontrolując mnie uzyskiwał przewagę ekonomiczną, więc dość szybko gra zrobiła się do jednej bramki i poległem. Idąc na turniej z tą talią obawiałem się o jej szybkość i moje obawy się potwierdziły – nie byłem wystarczająco quick, więc byłem dead.

Runda II (ORC – DE 2:1)

Tak jakoś wychodzi, że na każdym turnieju gram z Nibelungiem. Tym razem również program wyznaczył nas do wspólnej zabawy. Głównym zamysłem talii Nibelunga były arki, Maranith i Crone. Czy to arki, czy legenda, miały przewinąć przeciwnika. Z DE mam ciężko, dlatego spodziewałem się przegranej 1:2, ale jednak udało mi się być górą. W pierwszej potyczce Nibelung bardzo szybko wystawił arki i Maranitha, więc mimo Inwazji Snotlingów nie zdążyłem. Przy arkach pajączki i raiderzy nie mają szans, toteż nie było jak atakować przeciwnika, a szczury i Bloodthirster wylądowały szybko na discardzie. Drugie starcie to dość szybki napór z mojej strony, co przy braku arki obniżającej wytrzymałość sprawiło, że Nibelung nie zdążył postawić defensywy i szykowaliśmy się  do trzeciej gry, która była truly epic. Na początku miałem inicjatywę, atakowałem i wrzuciłem Nibelungowi trzy inwazje snotlingów na stolicę. Udało mu się jednak ich pozbyć, a mój napór został w pewnym momencie skontrowany i wyszła maranithCrone z Black Guardsami – zaczęło się przewijanie. Ich udało się jednak ściągnąć, ale kulty w battlu nie pozwalały na przejęcie inicjatywy. Udało mi się spalić jedną strefę, ale karty kurczyły się w zastraszającym tempie, kiedy to miało miejsce kluczowe dla rozgrywki zagranie Nibelunga, który mając jeden żeton i kulty na ręce nie zagrał mi ich w battla tylko rzucił snarsy. Na początku mojej tury spadły te kulty, które już były w moim polu bitwy i mogłem wystawić hordę. Potrzebowałem zadać 14 obrażeń, żeby spalić. W battlu miałem szczury, do których dołożyłem dwa pajączki i zripowałem Bloodthirstera, którego wspomogłem eksperymentami. Równo 14 i koniec gry. Całe szczęście, że Nibelung nie miał LW na ręce, bo byłoby krucho.

Runda III (ORC – CHA 2:0)skarbrand

Tym razem trafiłem na Makabrysia i jego Chaos na Skarbrandzie. Wydaje mi się, że zasadniczym błędem, jaki popełnił Makabrysio było zbytnie inwestowanie w kingdom na początku. Udało mi się w obu grach bardzo dobrze skontrolować dociąg i zostawić oponenta z 2-3 kartami na ręce, z którymi nie za bardzo miał co zrobić. Mimo wszystko bronił się dzielnie tym, co miał, ale w tej grze niewiele mógł uczynić. Udało się także gobbosami zdjąć ptasiora i zostawić Makabrysia bez kart w queście i 1 kartą na ręce – dla takich chwil żyje orczy wódz! Total Destruction!

Runda IV (ORC – HE 1:2)

Sally-ForthJeśli dobrze pamiętam, to była to moja druga w życiu gra z Cogito, który jest już legendą Inwazji. Takie starcia zawsze wywołują emocje i tak też było tym razem. Talia przeciwnika opierała się na bardzo dużym dociągu i ataku z boku – aktualnie o różnych jej konceptach toczy się żywa dyskusja na forum, nie będę wiele pisał tutaj. Talia jest szybka i robi ciśnienie, a o to właśnie chodzi. Jestem dumny, że nawiązałem walkę i do końca nie było wcale pewne, że wyjdę z pojedynku, jako przegrany. Niestety, w trzeciej grze Cogito był o turę, może dwie szybszy w paleniu i jednak musiałem uznać wyższość i zadowolić się wynikiem 1:2. Ależ doczekaliśmy się czasów – HE szybsze w paleniu niż Orki. Muszę w tym miejscu dodać, że podobną – choć jednak trochę gorszą – talię złożył mój przyjaciel i nowy gracz na scenie – Arhra. Według mnie po zdobyciu większego doświadczenia może być on naprawdę groźnym przeciwnikiem, nawet dla najlepszych.

Turniej uważam za udany. Znowu dopisała frekwencja (16 osób!) i atmosfera. Jak tak dalej pójdzie, to będziemy musieli zmienić lokum, bo to się staje za małe dla naszej wesołej gromadki. Zająłem 8 miejsce, czyli w środku tabeli. Oczywiście, jest apetyt na lepsze rezultaty, ale na wszystko przyjdzie czas. Gratulacje dla O’Jerrego. Był to turniej jego imienia i osiągnął bardzo dobry rezultat. Z tego, co widziałem bawił się przy tym równie dobrze – pełen sukces!

Na koniec trochę z innej beczki, ale nie do końca. Czytam ostatnio od początku blog Przema. Pierwsze wpisy czytane dzisiaj są naprawdę ciekawe – widać jak ewoluowała gra i jej zasady, jak zmieniło się meta i sposób rozgrywania pojedynków. Zwłaszcza interesujący dla mnie był wpis o kartach za trzy i fragment poświęcony zmianom tempa gry. Mam wrażenie, że od tamtych czasów (znanych mi jedynie z opowieści) gra pod kątem szybkości weszła w nadświetlną, chociaż po FAQ 2.0 można zobaczyć jakieś czwórki nawet. Nadal jednak wsparcie za 4 to herezja. Mam nadzieję, że z czasem będzie coraz więcej miejsca na finezję i droższe karty – wydaje mi się, że to byłoby tylko z korzyścią dla graczy.

Dzięki za uwagę (wpis wyszedł dłuższy niż zwykle) i jak zwykle zachęcam do komentowania!

Categories: Liga, Meta, Orki, Turnieje | Tagi: , , , | 7 komentarzy

Be Quick or Be Dead

empire-icon„Be Quick or Be Dead”. Takie motto, rzucone przez Makabrysia na forum może być spokojnie podsumowaniem wczorajszego turnieju, a także pewnie całej nadchodzącej ligi, czemu dałem wyraz w ten właśnie sposób ją tytułując. Czego obecnie w Inwazji byś nie robił, pamiętaj o jednym. Bądź szybki. Szybko się rozwijaj, szybko atakuj. Później może nie być czasu. Później może już być tylko żal, sromota, spalone strefy i Wurrzag.

Wczorajsza inauguracja zmagań ligowych przeszła nasze najśmielsze oczekiwania – 17 osób, fantastyczna atmosfera, nowi gracze, dużo ciekawych pojedynków i wyśmienita integracja. Nie wiem, jak my się pomieściliśmy wszyscy w sklepie Rivendell, ale udało się i nikt chyba nie żałuje, że przyszedł. Na wczorajszym turnieju pojawili się weterani sceny, średnie pokolenie oraz nowy narybek. Była okazja do wymiany poglądów na temat gry, podpatrywania ciekawych zagrań czy nowatorskich pomysłów na używanie niektórych kart. Słowem – Święto Inwazji! Chciałbym podziękować wszystkim uczestnikom. Mam nadzieję, że nie zwolnimy tempa i co środę będzie tyle emocji, co wczoraj. Bardzo się cieszę, że udało mi się przekonać do udziału w turnieju Nibelunga i Arhrę (a.k.a Andriuszka, ale woli Arhra, więc niech tak zostanie). Dla Arhry był to pierwszy turniej, Nibelung był już parę miesięcy temu z dwa razy. Chłopaki zachwalali atmosferę i odgrażali się, że nie powiedzieli ostatniego słowa i będą się pojawiać, z czego jestem niezmiernie zadowolony.

Mój występ pięknie podsumował wczoraj Michał („Wiśnia”) po ostatniej grze, którą graliśmy wspólnie: „błąd na błędzie i wyjątkowo słaba talia”. Cóż… Miał rację. W związku z faktem, iż turniej był imienia Nilisa, postanowiłem grać Imperium i wywalczyć sobie posiadłości w Reiklandzie, a także sławę i chwałę od Altdorfu aż po Kislev. Z perspektywy czasu patrząc, pomysł nie był najgorszy, ale trzeba było brać moje Leśne Elfy na Woli Elektorów, a nie próbować robić jakieś fikuśne niewiemco, które miało mieć odpowiedzi na wszystko, a nie miało za bardzo na nic. Nie będę się sam biczował, jak napisał Michał na swoim blogu – to nie był nasz dzień.

Talia na deckboxie: Parakontrola

Runda I (EMP – DE 2:0)

black guardsNa początek trafiłem na Nibelunga, co nie było szczęśliwe, bo gramy ze sobą często i na turnieju ciekawiej byłoby powalczyć z innymi. Ale decyzji wszechmocnego Programu nie można podważać, więc co Program złączy, niech człowiek nie rozłącza. Nibelung grał przewijarką na Crone i Black Guards. Ciekawym elementem talii była też karta Witchbrew, która wspomaga przewijanie i dodaje młotki w ataku. Niestety, w grach ze mną Nibelung nie miał pomyślnych rąk startowych, ja natomiast szybko dostawałem w obu pojedynkach jedynego w talii Helblastera, który robił grę.

Runda II (EMP – DE 0:2)

Znowu Dark Elfy, tym razem Selverina. Talia, z którą już mi się przyszło mierzyć – Maranith do spółki z arkami. Nic odkrywczego, ale zabójczo skuteczne i niestety nie udało mi się nic wykombinować i poległem w obu grach.

Runda III (EMP – ORC 1:2)wurrzag

Awojdi i jego Wurrzag są ostatnio w formie – dwa razy drugie miejsce w turnieju z rzędu. Nie powiem, że nie miałem z tą talią szans, bo miałem. Z tym okrutnym szamanem bardzo trudno jest walczyć, trzeba kontrolować, kontrolować i jeszcze raz kontrolować. Legenda w zasadzie nie ma prawa wyjść na stół, bo jak wyjdzie i nie zejdzie w turze przeciwnika to kaplica. Jedną grę udało mi się wygrać, chociaż to głównie przez błąd Arka, który nie położył jednej kluczowej devki w odpowiednim momencie. W trzeciej grze, już w drugiej turze miałem 2 Inwazje Snotlingów, a Awojdi 3 pajączki w battlu. Dziękuję, dobranoc, popij wodą.

Runda IV (EMP – HE 0:1)

No ta gra to ewidentnie była już paraolimpiada. “Pojedynek warszawskich bloggerów”, czyli moja walka z Wiśnią, okazał się topornym zmaganiem, żeby dokończyć chociaż jedną grę. Obie talie były dość wolne, natomiast obie nieźle się broniły. W końcu Michał mnie przewinął, a w zasadzie przewinąłem się sam, popełniając takie błędy, że aż wstyd pisać, dlatego spuszczę na to zasłonę milczenia.

IMG-20130327-00426

Czy ja palę? Pani kierowniczko, ja cały czas palę! Na okrągło!

Nie pozostaje mi nic innego, jak zakończyć dzisiejszy odcinek naszego spotkania i zacząć myśleć o talii na następną środę. Mam nadzieję, że w święta będę miał chwilę, żeby napisać coś o kartach z nowego dodatku, bo od ostatniej środy nie udało mi się znaleźć na to czasu. Znalazłem go jednak trochę, żeby wziąć udział w konkursie na stronie podcastu Winvasion i wydaje mi się, że jestem jedynym reprezentantem naszej sceny w konkursie. Trzymajcie zatem kciuki, może się uda wygrać Kataklizm.

Na koniec rzucę tylko gorącego newsa, że może jeszcze w tym roku spotkamy się na regionalsie w Warszawie.

Tymczasem wesołego jajka!

Categories: Imperium, Liga, Turnieje | Tagi: , , | 8 komentarzy

Blitzkrieg, Horda i wiosna warszawskiej sceny

„Skulony w jakiejś ciemnej jamie smaczniem sobie spałwilk
i spały małe wilczki dwa – zupełnie ślepe jeszcze.
Wtem stary wilk przewodnik, co życie dobrze znał,
łeb podniósł, warknął groźnie, aż mną szarpnęły dreszcze!
Poczułem nagle wokół siebie nienawistną woń,
woń, która tłumi wszelki spokój, zrywa wszystkie sny.
Z daleka ktoś gdzieś krzyknął nagle krótki rozkaz – goń!
I z czterech stron wypadły na nas cztery gończe psy!”

Dokładnie tak. Zostałem pokąsany, choć odgryzałem się, jak tylko mogłem. Efektem walki było szóste miejsce na jedenastu graczy i przerwanie dobrej passy, która trwała trzy tygodnie. Ale może po kolei.

Na turniej wybrałem się znowu z Wood Elfami, choć zupełnie innymi niż ostatnio. Tym razem postawiłem na rush i trochę się przewiozłem. O talii nie będę się rozwodził, bo w ostatnim wpisie trochę mnie w tym temacie poniosło. Wydawało mi się, że miała wszystko. Wydawało mi się, że ma kontrolę (Burn It Down i Called Back). Wydawało mi się, że ma ekonomię (Kuźnia, Zoo, Huntsmani). Wydawało mi się, że ma ochronę własnych jednostek (Kościół, Dyscyplina). Wydawało mi się, że ma uberszybkość (3 x Hellblaster, 3 x Tatuaże, dopalanie devek Akolitą i Spellsingerem). Wydawało mi się. W efekcie kiepskiego dociągu, słabej dyspozycji dnia i zbytniej wierze w battlefield talia zgrzytała, kaszlała, zacinała się i po prostu nie osiągnęła zamierzonego przeze mnie efektu.

IMG-20130320-00402

Dobry start to podstawa!

Talia na deckboxie: Synowie Lasu – Blitz

Teraz przejdźmy do historii Wielkiej Smuty, czyli moich gier, a potem napiszę bardziej generalnie o turnieju, który był najciekawszym, na jakim do tej pory byłem.

Runda I

Dostałem bye. Nie lubię dostawać baja. Lubię ogień walki, reckless ataki, heroic obrony. Lubię ripować, targetować, majlajfować, ambuszować. Po prostu – I Love This Game i jak nie gram w this gejm to nie klikam „lubię to”. Czas wolny poświęciłem na spożywaniu Lubelskiej Grejpfrutówki i oglądaniu  jak orki zagryzają się nawzajem.

Runda II (WE – DWA 0:2)

majlajfMe, myself i Carnage ze swoimi szybkimi (!) Krasnoludami, które pod jego dowództwem zwyciężyły w turnieju. W pierwszej grze Carnage był szybszy, a nie miałem nic, co mogłoby go skontrolować. Moment, w którym osiągnął sześć zasobów i trzy karty był momentem, w którym skręcił mi kark. W drugiej grze zdecydowałem się zagrać all-in i od początku wrzuciłem wszystko do battla i zacząłem szaleńczy atak Nimbie Spearmenami z heblami i tatuażami. Spaliłbym Carnaga w czwartej turze, jednak Carnage od początku miał w ręce tego jednego majlajfa, który zrobił różnicę. Dobra talia, świetny driver i zajechali daleko.

Runda III (WE – ORC 1:2)

grimgorNilis zagrał Orkami. Tak, tak, panie i panowie. Orkami. Zielonymi, obrzydliwymi, morderczymi orkami. Byłem w ciężkim szoku, bo wydawało mi się, że Nilis ma na swojej karcie postaci wpisane „Empire Only”. Potyczki były przyjemnie, bo lubimy się z Mateuszem i zawsze pojedynkujemy się w kulturalnej i miłej atmosferze. Orcza kontrola była dla mnie nie do pokonania. W tym momencie jest to bardzo silny build, co zresztą widać choćby po wynikach tego turnieju (miejsca od drugiego do piątego dla Orków!). W jednej z gier udało mi się być szybszym, stąd „tylko” 1:2. Długo nie zapomnę sytuacji, w której miałem w kingdomie Kościół, w queście Spellsingera, a w battlu Nimbie Spearmena z Hellblasterem i sześcioma devkami. Nilis miał na ręce 4 karty i 4 zasoby. Rzucił Rytuał, poświęcając Pajączka na Hordę i wsadzając Grimgora w battla, który zniszczył devki i Hellblastera. Pozostałe dwie karty na ręce to Pillage i Lobber, czym szczyścił mi boki. Dziękuję, dobranoc.

Runda IV (WE – HE 2:1)szarża

Z Marcinem grałem raz do tej pory i wtedy wygrałem 2:0. Tym razem jednak sprawy przybrały dla mnie nienajlepszy obrót i pierwszą partię szybko przegrałem. Marcin szybko zdobył wystarczająco zasobów, żeby wystawić smoki, a ja jak na złość nie miałem Called Back, żeby je skontrolować. W drugiej grze taktyki miałem na swoim miejscu i kontrolując jednostki i wsparcia Marcina biłem bezlitośnie za milion. Dodatkowo, cofnięcie Moon Dragona na rękę dwie tury z rzędu – bezcenne. W trzeciej partii zadecydowała szybkość plus mocne pójście przeze mnie w quest, co zaowocowało błyskawicznym skompletowaniem potrzebnego do palenia asortymentu. Zapewne trzeba było tak grać od początku, ale mądry Wood Elf po szkodzie.

Po turnieju zrobiłem rachunek sumienia (to jest po integracji i ocknięciu się po niej), wyłapałem parę błędów. Najważniejsze dla mnie jest to, że już od kilku turniejów gram świadomie. Błędy wynikają z braku ogrania, a to przyjdzie z czasem, więc chill i Lubelska Grejpfrutówka.

tabela

Specjalnie dla Szymussa:)

Generalnie – turniej był ekstra. Ostatnio jest z każdą środą coraz lepiej. Po pierwsze, frekwencja. Może to nie zrobi wrażenia na innych miastach, ale 11 osób w Warszawie, to bardzo dobra informacja, która świetnie wróży na przyszłość. Po drugie, powrócił Ostry. Ja wcześniej nie miałem okazji poznać Pawła ani zobaczyć go w akcji. Jestem pod wrażeniem – bardzo pozytywny człowiek i świetny gracz od którego dużo można się nauczyć. Według mnie takie osoby są, na równi z dopływem świeżej krwi, potrzebne w Warszawie i mam nadzieję, że powrót Ostrego do gry będzie kolejną jaskółką, która zwiastuje wiosnę naszej sceny.

Jakby na potwierdzenie nadejścia tej wiosny, od przyszłego tygodnia gramy ligę warszawską! Marzyłem o tym od dawna. Pomysł rzucił Wiśnia, podjąłem się wykonania. W najbliższym czasie, najprawdopodobniej jutro wrzucę na forum informację co i jak. Zaczniemy prosto: 10 turniejów, podstawowe zasady i tabela. Żadnej dodatkowej kasy, żadnych nagród, pure fun. Najważniejsze jest zrobienie pierwszego kroku i bardzo się cieszę, że został on wykonany.

Na turnieju znowu prawie wszystkie rasy (tym razem poza DE), choć wyraźnie dało się wczoraj zauważyć i odczuć dominację zielonej Hordy. Podczas turnieju, jak również po nim odbywała się ciekawa dyskusja, której motywem przewodnim była interesująca myśl, a mianowicie fakt, iż aktualnie w WHI nie ma meta, albo w zasadzie jest w stanie formowania się. FAQ 2.0 wyczyścił tablicę, stworzył inwazyjne ground zero i pozwolił na eksplorację nowych, dziewiczych terytoriów. Stąd kombinowanie, próbowanie, testowanie. To świetny moment dla nowych graczy, żeby znaleźć swój styl gry i swoje miejsce na scenie.

IMG-20130320-00405

Wesoła ekipa z Inwazyjnego Jeepa.
Wrocław! Przybywamy!

Tym optymistycznym akcentem zakończę wpis. Gratuluję topce turnieju oraz Mikalsowi, który rozegrał swój pierwszy zwycięzki pojedynek! Oby tak dalej! Zapraszam do lektury i komentarzy. Jeszcze w tym tygodniu chciałbym wrzucić kolejny. Poświęcony będzie nowemu dodatkowi, który przyniósł nam bardzo ciekawe karty, o czym świadczy choćby bardzo ożywiona dyskusja na forum.

Salut!

Categories: Meta, neutralne armie, Testy talii, Turnieje | 5 komentarzy

Triumf kniei

dtlPrzed wczorajszym turniejem miałem poważny dylemat. Z jednej strony chciałem podtrzymać dobrą passę i trzeci raz z rzędu wejść do topki, a z drugiej chciałem zagrać testowanymi od tygodnia Wood Elfami, którym zbyt wiele osób nie wróżyło turniejowych sukcesów. Kusiło mnie, żeby zagrać prostą orczą kontrolą, która z szybkimi i tanimi jednostkami oraz Inwazją Snotlingów zapewniła mi tydzień temu trzecie miejsce. Po długich rozważaniach doszedłem jednak do wniosku, że większą zabawę i kombinowanie będę miał gajowymi i tę talię zabrałem do Rivendell.

Od ostatniego wpisu deck poddany został drobnej rekonstrukcji, związanej z analizą podpowiedzi na forum i w komentarzach na blogu, a także chęci wykorzystana Kapłanki Vereny, która bardzo pasuje mi tematycznie do talii i dobrze wygląda z moją własnoręcznie zrobioną stolicą, na której art jest właśnie z tej karty (+ 100 do lansu).

Z talii wyrzuciłem Drychę, Wardancera, Bordertown, Spoilsy i jednego Wildridera. Włożyłem natomiast kilka kart, które miały przyspieszyć talię i zwiększyć jej siłę uderzeniową:

3 x Huntsmen – przyspieszenie talii i lojalka, która pozwala wystawić razem z nim w pierwszej turze jeszcze wsparcie za 2. Generalnie wszyscy mnie opieprzyli, że nie miałem go w talii i mieli rację! No, i jest synem lasu, of course.

2 x Priest of Verena – tak jak napisałem, chciałem nią zagrać bo mi pasuje do ogólnej koncepcji. Nie wrzucałem razy trzy, bo boję się jednak tych DE, a w plecach kapłanka ma tylko 1. Wspiera za to bardzo dobrze manipulację devkami, co jest filarem mojej talii, dlatego miejsce dla niej było pewne.

1 x Helblaster – obvious.

shrine2 x Runefang of Solland – trochę z inspiracji Wiśni, a trochę z oświecenia, jak dobra jest ta karta. Daje dodatkowe dwa młotki za dwa, co przy zdolności decku do obrony swoich jednostek jest w miarę pewne. Ponadto pozwala osądzić przeciwników za darmo, a nawet przy braku Vereny na ręce zyskuję pewną przewagę psychologiczną, bo przeciwnik musi mieć w pamięci, że w każdej chwili może dojść do czystki.

2 x Shrine to Tall – według mnie genialna karta, mimo że część osób wyraziło przeciwną opinię. W tej talii sprawdza się znakomicie, bo brak posiadania młotka jest zrekompensowany bonusem z devek, które mam zazwyczaj w ilości hurtowej. W battlefieldzie działa jak kolejny Hellblaster, co pozwala momentami na potężne uderzenia za 25 – me like!

Talia na deckboxie: Synowie Lasu v 1.2

Runda I (WE – DWA 2:0)

dead eyeWczoraj na turnieju po raz pierwszy pojawił się Mikals i to z nim przyszło mi stoczyć otwierający pojedynek. Co ciekawe, Michał jest z mojego rodzinnego miasta, a nawet chodziliśmy do tego samego liceum i mamy wspólnych znajomych. Świat jest jednak mały, jak gobliński łeb. Mikals grał talią Przema z Torunia (z drobnymi zmianami wynikającymi z braku Mountain Legion i jeszcze jednej karty). Pojedynek zakończyłem zwycięstwem, choć – mimo debiutu – Michał sprawił spore problemy. Bardzo dobrze, jak na początkującego gracza, radził sobie w grze talią, która nie należy do najprostszych (w następnej grze z Nilisem ugrał remis 1:1, choć był bliski zwycięstwa – doświadczenie Nilisa jednak zaprocentowało). W każdym razie – mamy nowego, obiecującego gracza na scenie. Oby tak dalej! Co do samej talii, to jestem pod wrażeniem wymysłu Przema. Deck świetnie sobie radzi w różnych sytuacjach, jest bardzo szybki i niebezpieczny. Chapeau bas, czyli po naszemu czapka z łba.

Runda II (WE – CHA 2:0)

skarbrandJeszcze przed rozpoczęciem gry z Dyktą i prowadzonym przez niego Chaosem, Nilis stwierdził, że choć kibicuje mojej talii (Empire Foreva!) to stawia 10 do 1, że wygra Dykta. Nie złamało to mojego ducha bojowego i od początku grałem o zwycięstwo. W pierwszej grze Dykta bardzo szybko spalił mi strefę wrzucając Skarbranda z innowacji i wjeżdżając w stolicę nim i Savage Forsaken. Poczułem presję czasu, ale udało mi się szybko odwinąć i spalić strefę w odpowiedzi. W kolejnej turze nastąpił moment przełomowy, ponieważ Dykta uderzył Unleashem, ale skontrolowałem mu devki i nie udało się zadać miażdżącego ciosu. Odpowiedź z kniei była druzgocąca i pierwsza gra dla mnie. O drugiej niewiele można napisać. Po mulliganie Dykta miał na ręce 3 x Spawna, 2 x Seduced, 1 x Contested Village i coś jeszcze. Nie za bardzo miał z czym grać, a żeby już mieć pewność (nigdy nie lekceważ potęgi Chaosu!) rzuciłem Verenę i zostawiłem mu kompletnie pusty stół. Chwilę później było po zawodach i w dobrej atmosferze delektowaliśmy się Perłą Chmielową obserwując gry przeciwników. Dykta ostatecznie zajął 3 miejsce w turnieju – serdeczne gratulacje za pokazanie, że Chaos wcale nie jest na kolanach.

Runda III (WE – DWA 0:2)

W trzeciej turze wylosowałem Bokalusa, który grał tymi samymi Krasnoludami, co tydzień wcześniej. Muszę szczerze przyznać – zostałem rozmontowany. Mój plan A, jak i plan B nie podziałały. Na dodatek zostałem świetnie skontrolowany i załatwił mnie własny Hidden Grove. Jak na złość w pierwszej grze mimo przekopania dużej części decku nie znalazłem żadnego Dance to Loec, co mogło dać mi chociaż szansę na równą walkę. Tak jak pisałem w zeszłym tygodniu – talia Bokalusa jest bardzo ciekawa (spełniło się życzenie Przema, żeby na turnieju jego imienia wygrała właśnie taka talia) i ciężko się przeciwko niej gra, a i dowódca należy do tych z wyższej półki. Gratulacje drugiego pod rząd zwycięstwa w turnieju!

IMG-20130313-00398

W tle obrazek pt. „Ogień z Battlefielda”

Runda IV (WE – DE 2:1)

250px-Elder_hellebronDex znany jest z niestandardowych talii i takiej właśnie się spodziewałem. Była to przewijarka na Crone z Dark Abyss i Witch Hagami przyspieszającymi zrzucanie kart przeciwników. Talia miała kilka niespodzianek – powiem tylko tyle, że jak chcecie zobaczyć Grimgora w Dark Elfach, to zapraszam do Warszawy. W pierwszej grze po mulliganie zobaczyłem taką kapustę na ręce, że chciałem się poddać od razu. Może i byłby to lepszy plan – nie stresowałbym się w ostatniej grze presją czasu. Druga rozgrywka zajęła nam większą część z 50 minut przeznaczonych na grę (a może 55, sam nie wiem). Walka była zacięta, Crone dwa razy wchodziła i schodziła ze stolicy, trup ścielił się gęsto, ale ostatecznie górą była moja leśna banda. Na ostatnią grę zostało nam 9 minut, więc wiedziałem, że nie ma co iść w kontrolkę, a trzeba zebrać wszystkie siły w battlu i bezlitośnie kąsać. Gra rozstrzygnęła się w ostatnich minutach i po zaciekłej obronie i równie zaciekłym ataku to ciała Mrocznych leżały porozrzucane bezwładnie na polu bitwy, a moi wojownicy znikali powoli w kniejach, by przygotować się do kolejnych potyczek.

Z bilansem 3-0-1 zająłem drugie miejsce, z którego jestem bardzo zadowolony. Wyniki z gier w całej Polsce pokazują, że pole do popisu jest ogromne, a każda rasa i każdy build może wygrywać. Sam mam już w głowie pomysł na nowe Leśne Elfy, który wprowadzę w życie, jak tylko nacieszę się graniem aktualną talią. Warto też podkreślić, że wczoraj na turnieju pojawiły się prawie wszystkie rasy (poza Orkami, choć gościnnie występował Grimgor, o czym już wcześniej pisałem).

Wieczór zakończyliśmy już chyba tradycyjnie w pobliskim lokalu, gdzie miło spędziliśmy czas przy jasnym pełnym, dowiedzieliśmy się kto został nowym Imperatorem Rzymu oraz snuliśmy plany warszawskiego assaultu on Wroklał.

Do następnego razu!

Categories: neutralne armie, Testy talii, Turnieje | 1 komentarz

Synowie Lasu

ssRaz w tygodniu, poza środowym turniejem, staram się spędzić przynajmniej jeden wieczór na grze w Inwazję. Gram wtedy z moimi dwoma kolegami – Andriuszką i Nibelungiem. Chłopaki grają tylko domowe gierki, dzięki temu za nic mają sobie schematy i zawsze jest okazja zobaczyć jakieś ciekawe karty albo buildy, których stoły turniejowe nie widują. Andriuszka gra HE i DE (czasami Chaosem, choć ostatnio bardzo rzadko), a Nibelung kiedyś skoncentrowany był tylko na Krasnoludach, ale ostatnio złapał mocnego bakcyla na DE oraz Chaos i nic nie robiąc sobie z restrykcji, które miłościwie spuścił na nas FAQ 2.0, składa coraz to nowe talie ku uciesze władców Naggaroth oraz Papy Nurgla i spółki.

Na czwartkowe spotkanie przygotowałem dwie talie, ale dziś chciałbym podzielić się spostrzeżeniami na temat tylko jednej z nich (drugą zostawię na następny wpis). Deck nazwałem Synowie Lasu, ponieważ złożony jest z Leśnych Elfów oraz innych mieszkańców gęstwin Athel Loren. Mimo przeczucia, iż będzie mi trudniej przeciwko “normalnym”, rasowym taliom zdecydowałem się zagrać Wood Elfami, ponieważ mają w mojej opinii prześwietny fluff i zabójcze arty na kartach (Shadow Sentinel!!!).

Część graczy wybiera dla gajowych krasnoludzką stolicę, ja jednak zdecydowałem się na Imperium. Dokonałem takiego wyboru ponieważ zależało mi na wykorzystaniu kilku mechanizmów, jakie oferują imperialne karty, a konkretnie na:

  • ochronie swoich jednostek (które niestety są dość drogie!) dzięki Dyscyplinie i Kościółkom;

  • swobodnym przesuwaniu rozwinięć, zarówno swoich jak i przeciwnika, do czego miała mi posłużyć (poza Długą Zimą i Korowodem Dzierzb) karta z listy restrykcji – wola elektorów;

  • wykorzystaniu developek w polu bitwy, dzięki Hellblasterom;

  • pozbawianiu przeciwnika młotków za pomocą Hidden Grove.

Na początku w talii miałem tylko jedną Verenę, ale po cennej uwadze Michała (Wiśni) oraz pierwszej rozegranej grze wrzuciłem tę kartę w trzech egzemplarzach i stała się kamieniem węgielnym pod budowę sukcesów talii (porażki niech na razie pozostaną milczeniem).

Talia na deckboxie:  Synowie Lasu

stolWieczór zapowiadał się bardzo miło – pizza była w drodze, na stole już czekały na dowódców przeróżne talie, słodkie przekąski oraz wyborna wódeczka z papryczką chilli w środku, którą Nibelung wydobył specjalnie na tę okazję ze swojej przepastnej krasnoludzkiej spiżarni.

Testy wypadły w miarę pomyślnie, choć spotkałem się z wąskim zakresem decków, przeciwko którym przyszło mi grać. Zmierzyłem się bowiem z Krasnoludami na devkach i Serpencie, Chaosie na Khorvaku i dodatkach (talia świetnie mi znana, bo sam grałem podobną przez dłuższy czas) oraz z Elfami – zarówno Wysokimi (na smokach), jak i Mrocznymi (przewijarka na Crone Nibelunga i przejmowanie jednostek Andriuszki). Zabrakło mi pojedynków z Imperium i Orkami, które – jak również zauważył Wiśnia – są najgorszym rywalem dla tej talii.

Planem, który starałem się realizować na początku każdej gry było osiągnięcie dużego dociągu, kontrolowanie przeciwnika dzięki Hidden Grove oraz przesuwaniu devek, aż do czasu nadejścia Vereny, która miała wysłuchać modlitw płynących z jej Świątyni i wyczyścić stół przeciwnikowi. Czasem się to udawało, ale jeśli nie, to przechodziłem do naporu i wrzucałem jednostki do battla, dodawałem hellblastery, przesuwałem i dokładałem rozwinięcia (które dzięki Spellsingerowi same stawały się jednostkami). Momentami były to naprawdę szybkie akcje, które przypominały błyskawiczne wyłonienie się z lasu grupy elfów precyzyjnie niszczących określone cele.will

Pierwsze testy ukazały dwa zasadnicze problemy. Kluczowym, który spędza mi sen z powiek, jest fakt, iż talia wolno się rozkręca i potrzebuje wielu elementów, żeby skutecznie zabijać. Ponadto, pierwsza karta często musi zasilić kingdom, ze względu na fakt, iż wiele jednostek i wsparć kosztuje 2 i muszę mieć te magiczne cztery zasoby, żeby wystawiać dwie karty na turę. Drugim problemem, który wynika z poprzedniego, jest ryzyko przewinięcia się samemu (nie mówiąc już o sytuacji, kiedy Mroczni w tym pieczołowicie pomagają). Wiele gier (tych wygranych także) kończyłem z niewielką ilością kart w talii i czasem musiałem się ratować przenoszeniem rozwinięć z questa, żeby Gaj mógł odciąć mi dociąg.

Jako pozytywny element należy wymienić możliwość zabaw devkami przeciwnika dzięki Długiej Zimie, Woli oraz Korowodowi Dzierzb. Nie ma nic przyjemniejszego, niż poprzestawianie kart po drugiej stronie stołu, a potem wyczyszczenie wszystkiego, co znajduje się w pobliżu stolicy oponenta. Kolejną zaletą talii jest jej zdolność do obrony. Strefy mają podwyższoną wytrzymałość dzięki devkom, Milicja zbiera obrażenia, Wardancer już samym pojawieniem się często czyni strefę bezpieczną od ataków, Kościółek utrudnia targetowanie jednostek, a Dance to Loec może dzięki Spellsingerowi zaskoczyć atakującego przeciwnika. Kiedy deck się rozkręci, to atakowanie również staje się przyjemne. Hellblaster sprawia, że nawet jedna jednostka jest w stanie spalić strefę, co również może być niespodzianką dla przeciwnika.

Wątek zaskakiwania przewija się w moim opisie, ponieważ właśnie element zaskoczenia i nieprzewidywalność jest tym, co tygrysek (w tym wypadku będący wilkiem) lubi najbardziej. Bardzo chciałbym w talii znaleźć również miejsce na Thornflesh Dryad lub Bladesingera. Myślałem o zastąpieniu nimi Drychy, ale z drugiej strony – czy ja potrzebuję jeszcze więcej opcji na obronę?

W najbliższych testach zamierzam wypróbować nowe warianty talii, które mogą pomóc w przyspieszeniu jej działania.

Wariant I – minimalistycznypriest

Out: 2 x Bordertown; 1 x Spoils of War

 In: 3 x Priest of Verena

Wariant II – pośredni (51 kart):

Out: 2 x Bordertown; 1 x Spoils of War; 1 x Shadow Sentinel; 1 x Nimble Spearmen

In: 3 x Shrine to Taal; 3 x Priest of Verena

Wariant II – dogłębna rekonstrukcja (52 karty)

Out: 2 x Bordertown; 1 x Spoils f War; 1 x Contested Village; 1 x Shadow Sentinel; 1 x Nimble Spearmen; 1 x Wardancer

In: 3 x Shrine to Taal 1 x hellblaster; 3 x Van Klumpf’s Buccaneers; 2 x Priest of Verena; 2 x Thornfelsh Dryad

Oczywiście, nie wykluczam dalszych zmian i chętnie usłyszę Wasze zdanie oraz porady. Da się to zrobić lepiej? Chętnie posłucham opinii. Zależy mi na zwiększeniu szybkości i kontroli dociągu, a jednocześnie chciałbym jeszcze lepiej operować devkami ku uciesze mojej i sromocie tych, którzy staną na drodze Synom Lasu!

 

Categories: Testy talii | Tagi: , , | 5 komentarzy

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.