Posts Tagged With: chaos

Zmagania ligowe – Siła z Gór

3Wczoraj mieliśmy trzeci turniej ligowy w Warszawie. Strasznie żałuję, że nie mogłem być na pierwszym, ale postaram się nie opuścić już żadnego. Klimat na turnieju jak zwykle wyśmienity, grając razem parę miesięcy ekipa się już dość mocno zgrała, co uświadomiłem sobie tydzień temu, kiedy chłopaki zrobili mi super niespodziankę, o której pisałem w poprzednim wpisie.

Jeśli chodzi o talię, którą postanowiłem zagrać to wziąłem talię drumdaara z Katowic, o której możecie poczytać na naszym forum: http://whinvasion.pl/viewtopic.php?f=5&t=3220

Biorąc pod uwagę, że drumdaar elegancko wyłożył o co chodzi w talii, ja skupię się na swoich przemyśleniach oraz na grach i wynikach z wczorajszego turnieju. Po pierwsze, bałem się trochę grać tą talią. Z jednej strony nie wiedziałem, czy nie będzie znowu wielu talii DE, a z drugiej rzadko grałem do tej pory krasnoludami i nie jestem ekspertem w tej rasie. Ponadto, przeglądając talię kilka razy stwierdziłem, że do jej prowadzenia trzeba mieć skilla. Temat ten poruszał też drumdaar, talia wymaga ogrania, a ja miałem grać nią pierwszy raz. Rzeczywiście, ciekawe rozwiązania (takie jak Pielgrzymka, Serpent i Tunnel Fighter w jednej talii) sprawiają, że trzeba dużo przewidywać, kombinować i po prostu myśleć. Wcześniej dużo grałem orkami i w porównaniu z graniem tą talią granie orkami to bułka z masłem.

Według mnie świetnym rozwiązaniem jest tu wrzucenie My Life x 2 i Master Rune of Valaya x 2. Zastanawiałem się przed turniejem czy nie zmniejszyć liczby kart do 52 poprzez wyrzucenie dwóch valai, a dołożenie jednego majlajfa. Byłby to ogromny błąd – valaja się przydała niesamowicie, a brak potrzeby poświęcania pod nią jednostki był genialny. Zasoby na nią nigdy nie stanowiły problemu.

Dużym rozczarowaniem była dla mnie żelazna dyscyplina. Użyłem ją raz podczas turnieju, ale mam świadomość, że grałem przeciwko taliom, które nie targetują w zasadzie. Na wczorajszy turniej lepszą kartą byłyby Posiłki. Jestem pod wrażeniem możliwości tej karty, jaram się na potęgę.

Ogólnie wielki szacunek drumdaar za świetną talię. Zająłem nią wczoraj 4 miejsce w niełatwym warszawskim środowisku.

I runda

2:1 O’Jerry (Chaos)

2

Ciężka przeprawa, ale zakończona zwycięstwem. Jerry gra chaosem od kołyski, więc wie co i jak. Był ciężkim przeciwnikiem. W pierwszej grze miał kiepskie dojście, przewaga ekonomiczna którą zdobyłem była nie do nadrobienia i w sumie gładkie 1:0. W drugiej grze zostałem brutalnie i maksymalnie skontrolowany. Dwarf Cannon Crew poszło do piachu, supporty wyczyszczone dzięki misji – zostałem z pustym stołem a przeciwnik z bombami, poświęcarkami i Sigvaldem w grze. Żeby było jeszcze weselej to jak nie poddając się włożyłem supoport i jednostkę to dostałem dwa razy Beastmen Incursion i zrozumiałem, że czas grać trzecią grę. Partia decydująca najciekawsza, miałem niesamowity start (Wioska w quest, kanonka wyciągająca ancestrala w kingdom i z devek tunelarz w quest) i w drugiej turze miałem 5 zasobów i 4 karty. Opcji było mnóstwo, ale nie należy lekceważyć potęgi chaosu, który z lojalkami samymi może się podnieść nie mając żadnych młotków. Walka była zacięta i kluczowym momentem w grze było uratowanie przeze mnie tuneli górniczych, kiedy Jerry zagrał Den i chciał mi z misji na której siedział spawn zdjąć support. W odpowiedzi, za 2 zagrałem pielgrzymkę na spawna, którą kisiłem (zostawiając co turę zasoby) od dwóch tur. Nie widziałem nigdy takiej napinki na zdjęcie spawna, like ever. Pierwsza runda do przodu.

II runda

Selverin (DWA) 1:1

Mirrorów się bałem, a jak się dowiedziałem, że gram z Selverinem to morale na chwilę opadło. Ale pomyślałem sobie, że walczymy. Skończyło się remisem, raczej klasycznie. Był wyścig na majlajfy i tu się świetnie przydały valaje, naprawdę robiły grę. Pierwszą przegrałem, napór był za silny, a gracz za dobry. Druga gra to mój szaleńczy atak, a Tomka obrona. Obaj byliśmy bardzo rozbudowani, ja spaliłem jedną strefę, Tomek jedną i tak się bujaliśmy. W ciągu 3 tur zaatakowałem go łącznie za chyba 76 obrażeń. 14 przeszło i to wystarczyło. Na trzecią grę mieliśmy 5 minut. Tomek zaczynał i od razu zaczął od szybkiego naporu – wiedziałem, że tak będzie, każdy doświadczony gracz by to zrobił. Ja zatem przyjąłem taktykę obrony, bo atak nie miał sensu ze względu na to, że Selverin napór zaczął pierwszy. Obrona Czestochowy czyli Kingdoma była zażarta, ale miałem na ręce 2 majlajfy i valaję, więc nie mogło się skończyć inaczej niż remisem. Dobra gra, wymagająca.

III Runda

Dex (ORC) 0:2

Tu kompletna porażka. Nie byłem w stanie skontrolować orka, mimo że naprawdę się starałem i w drugiej grze do zera wyczyściłem stół Dexowi. Ale po prostu było to niemożliwe. Powiem tylko, że w drugiej grze, w trzeciej turze przeciwnik miał Wurrzaga i dwa rzygi na ręce, a ja jedną prawie spaloną strefę i trzy inwazje snotlingów obok swojej stolicy. Także no jak można dać radę – no jak?

IV Runda

Pablo (ORC) 1:0

1Bałem się tego orka, ale Pablo mnie pocieszył mówiąc: „spokojnie, ja to potrafię spierdolić”. Lubię grać z Pablem, bardzo ciepły i sympatyczny człowiek, dużo humoru w grze i zero spinki. W pierwszej szybki Serpent zaczął zabijać, a jak umarł zarzygany to utrzymał pozycję, a po drugiej bohaterskiej śmierci w odmętach trollich rzygowin zastąpił go kolega. Palenie było nieustające, Pablo nie miał jak zniszczyć devek w battlu. W drugiej grze już nie było tak różowo, dostawałem rzygami, Grimgorami i innym zielonym tałatajstwem, aż miło. Pablo miał jednak słaby dociąg i mimo posiadania na ręce z 20 kart nie mógł znaleźć nic do spalenia, a musiał zapakować aż trzy strefy. Jest to jednak ryzyko talii kontrolnej na Wurrzagu, że może być ciężko palić, zwłaszcza krasnale. W pewnym momencie zostało 7 minut do końca, ja miałem po kilka obrażeń w dwóch strefach i jedną czystą, w dłoni 2 valaje i jednego majlajfa, pielgrzymki i obrońców gdzie trzeba, także wiedziałem że dowiozę zwycięstwo. Bardziej nastawiłem się na obronę i atak – w taki to oto typowo krasnoludzki rozważny sposób twardziele z gór pokonali orczą hordę.

2-1-1 to całkiem dobry wynik biorąc pod uwagę stopień skomplikowania decyzji w talii i fakt, że grałem nią po raz pierwszy. Jestem bardzo zadowolony, polecam wypróbować!

Reklamy
Categories: Chaos, Krasnoludy, Liga, Orki, Testy talii, Turnieje, Uncategorized | Tagi: , , , , , | Dodaj komentarz

Inwazja pozytywnie zakręconych – wspomnienie Turnieju Regionalnego w Bydgoszczy

IMG-20130628-00563Kurz bitewny dawno opadł, turniej w Bydgoszczy jest już tylko wspomnieniem, poznaliśmy już relację Kubali (błyskawicznie napisaną!) oraz Przema. Nadszedł czas, żebym i ja podzielił się swoimi wrażeniami z tego wyśmienitego turnieju.

Przygotowania

Mam dwa oblicza. Z jednej strony jestem pod wpływem mocy Chaosu – nieprzewidywalny i targany skrajnymi emocjami. Z drugiej zaś drzemie we mnie imperialny perfekcjonista, który musi mieć wszystko poukładane. W sprawach wszelakich przygotowań górę nad szalonym Mr Hyde bierze jednak Dr Jeckyll, który jak nie zaplanuje – nie zaśnie. Dlatego też bilet na pociąg oraz hotel zarezerwowałem sobie z miesięcznym wyprzedzeniem. Dwa dni przed turniejem wydrukowałem mapki wrzucone przez Alana (propsy za mapki – full pro), wziąłem w pracy urlop na piątek, wydrukowałem decklistę, potwierdzenia i bilety, włożyłem wszystko w teczkę i byłem lock&stock, czyli w pełni gotowy na podbój największego grodu województwa kujawsko-pomorskiego.

Jedyne, czego na etapie przygotowań żałuję, to tego, iż nie udało mi się zmobilizować chorągwi warszawskiej w większej liczbie dzielnych wojów. Po ostatecznym przeliczeniu szabel okazało się, że Inwazji na Bydgoszcz dokonamy w sile czterech: Ostry, Selverin, Mikals i Wasz uniżony skryba. Ze wstępnego rozeznania wynika, że na Mistrzostwa Polski pojedziemy dużo mocniejszym składem, także nie ma co płakać, patrzymy w przyszłość z optymizmem.

Wracając jednak do przeszłości, silni, zwarci i gotowi czekaliśmy, kiedy wybije godzina zero.

Dzień przedgrandfather_nurgle_by_xleshiyx-d5besm9

Wreszcie nadeszła długo wyczekiwana chwila – wyjazd. Na Dworcu Centralnym, gdzie rozpoczęła się przygoda spotkałem się z Ostrym, z którym dzieliliśmy trudy podróży zarówno w jedną, jak i w drugą stronę. Wyjechaliśmy dzień wcześniej, żeby spokojnie dojechać, przejść się po Bydgoszczy i pograć jeszcze trochę przed turniejem. Podobnie było we Wrocławiu i myślę, że jest to dobre rozwiązanie.

W naszym przedziale siedziała kobieta, która kaszlała, jakby miała gruźlicę. Trochę nas to martwiło, bo zaraza Nurgla ma to do siebie, że lubi się rozprzestrzeniać, ale postanowiliśmy nie przejmować się tym, choć zaraz po przyjeździe mieliśmy w planach wypić trochę napojów na bazie spirytusu celem oczyszczenia organizmu i odpędzenia ewentualnych sługusów Dziadka.

Podróż upłynęła nam na rozmowie, w zasadzie cały czas o Inwazji. W tym miejscu chciałbym podziękować Ostremu za ten wyjazd. Według mnie to zdecydowanie gracz ze ścisłej polskiej czołówki i przywilejem (nie bójmy się tego słowa) było z nim rozmawiać o grze. Podczas tego weekendu bardzo dużo się nauczyłem, na pewne zagrania zacząłem patrzeć inaczej, poznałem pewne aspekty gry, na które wcześniej nie zwracałem uwagi. Dodatkowo, zrozumiałem jak ważny jest odpowiedni mindset, którego do tej pory nie doceniałem, choć w pokerze był dla mnie podstawą. Chłonąłem wiedzę jak gąbka, co przydało się również na turnieju. To w dużej mierze dzięki radom Ostrego udało mi się wejść do topki i zająć wysokie miejsce. Dlatego też chciałbym tutaj również Pawłowi podziękować.

IMG-20130628-00562

Silni, zwarci i gotowi!

Po odświeżeniu się w hotelu wyszliśmy na miasto, gdzie spotkaliśmy się z Mikalsem i jego dziewczyną. Po posiłku i kilku głębszych udaliśmy się do naszego hotelu celem ogrywania talii. Po drodze zaszliśmy jeszcze do sklepu, gdzie kupowaliśmy prowiant na wieczór. Za mną w kolejce stała grupka dresiarzy. Ja kupuję: woda, cola, jest pasta do zębów?, aha nie ma, to jeszcze może… rum! Pakuję wszystko do siatki, na koniec flaszkę, odwracam się, a jeden z dresiarzy kiwnął do mnie głową dając do zrozumienia, że zakup zaaprobował. Pierwsze spotkanie z lokalną społecznością nastroiło nas pozytywnie na następny dzień.

Talie testowaliśmy z Ostrym do ok. 3 rano. Mikals nie chciał siedzieć tak długo, ale jest to zrozumiałe, biorąc pod uwagę, że przyjechał z przeuroczą towarzyszką, z którą również chciał spędzić czas. Testy upłynęły w pozytywnej atmosferze choć – jak to zwykle bywa – wywróciły wszystko do góry nogami i tak to płynnie przechodzimy do rozdziału poświęconemu talii, którą grałem.

The Deck

IMG-20130628-00564

Testerzy

Jadąc do Bydgoszczy byłem przekonany, że będę grał Dark Elfami na End Times. Konkretnie miałem na myśli deck, którym Daniel z Winvasion wygrał kanadyjskiego regionalsa (http://deckbox.org/sets/393440). Dokonałem w nim jednak zmiany wyrzucając Vile Sorceress a dorzucając trzeciego Walking Sacrifice oraz dwóch Mannfredów (według mnie jedna z kluczowych jednostek dla tego typu talii i chyba nie pomyliłem się, bo Przemo również go miał). Z pełnym przekonaniem jechałem tym deckiem, miałem wydrukowaną na niego decklistę, byłem spokojny.

Mój spokój od samego początku zaczął burzyć Ostry, który stwierdził, że nie powinienem tym grać, ponieważ nie jest to optymalny deck, da się to złożyć lepiej, a poza tym nie jestem ograny. Mocno natomiast przekonywał mnie, że powinienem jechać Chaosem który miałem we Wrocku, bo tam mogłem zajść daleko, gdyby nie błędy.

IMG-20130629-00567

Powiększenie tego zdjęcia pomoże odgadnąć tajne hasło;)

Nie powiem, siał ziarno na żyzną glebę, ponieważ mocno rozważałem wzięcie Chaosu. Do tego stopnia mocno, że miałem go ze sobą na wszelki wypadek. Ostatecznie, jak wszyscy wiedzą zagrałem nim (po drobnych zmianach), ale może po kolei. End Timesem chciałem jechać ponieważ trochę obraziłem się na Inwazję. Stało się to po ostatnim przed Bydgoszczą turnieju, kiedy to nie dość, że zostałem zmiażdżony, to jeszcze mój Unleashing został zastopowany przez disdaina rzuconego z kasy z Waystonów, o czym zresztą już płakałem na blogu. Coś wtedy we mnie pękło, obraziłem się na grę i stwierdziłem, że End Times będzie odpowiedzią na wszystkie moje problemy i troski. Nie był.

Po długich debatach i rozważaniach późną nocą w hotelowym pokoju zdecydowałem się jednak na Chaos. Wpłynęła na to analiza meta, jaką dokonaliśmy z Ostrym (wywiad i analiza pola bitwy przed walką to podstawa; Sun Tzu, Sun Pin, elo). Stwierdziliśmy, że będzie dużo Dark Elfów, z którymi dobrze sobie radziłem. Ponadto, talią byłem ograny, mogłem grać z zamkniętymi oczami. Postanowiłem jednak zmodyfikować ją w stosunku do tej z Wrocławia, ponieważ niektóre karty mi wtedy bardziej przeszkadzały, niż pomagały. Wyrzuciłem:

Savage Gors – talia i bez nich ma mocne uderzenie, poza tym musiałem ich wkładać w battlefield, co psuło mi koncepcję ciągnięcia maksymalnej możliwej ilości kart.

Long Winter – kontrolę devek mam w tali dzięki Księciu Demonów i Desacrated Temple, więc dodatkowa nie była aż tak potrzebna. Zresztą, zamiast kontrolować devki wolę wjeżdżać przeciwnikowi z buta w twarz, więc zimy nie pasowały do koncepcji.

Plague Bomb – najbardziej dyskusyjna według wielu zmiana. Rzeczywiście, bomba się świetnie sprawdza w kontroli jednostek. Ale jest taktyką, kosztuje 3, ma 3 lojalki a za tyle to mi się zdarzało strefę palić. Dlatego też jednak wypadła.

Daemonsword – kiedyś wydawało mi się, że ta talia bez mieczyka nie ma prawa bytu. Daje trzy młotki i dwa wytrzymałości, a drawback w postaci corruptu jest tutaj akurat dodatkowym atutem. Niemniej jednak zauważyłem, że jednostka z mieczykiem zawsze jest celem numer jeden przeciwnika, który zrobi wszystko, żeby ją zdjąć, podczas gdy bez miecza jednostki są często lekceważone. Dlatego też trudna, ale chyba słuszna decyzja.

O tym, co dodałem za chwilę. Ważne dla mnie było również, żeby talia miała równo 50 kart – znów za sprawą Ostrego, który przekonał mnie po długiej debacie, że jedna karta więcej jednak robi różnicę, a trzy więcej czasem przegrywają grę. Ciężko było rezygnować z kart, ale udało się. Ostatecznie talia zmieniła się z control na aggro-control i wyglądała tak:

Aggro-Control Khorvak Quest Desant

(http://deckbox.org/sets/373889)

Jednostki – 20

2 x Daemon Princekhorvak

3 x Fledgling Chaos Spawn

3 x Blue Horrors

3 x Pink Horrors

3 x Warhounds

3 x Sorcerer of Tzeentch

3 x Khorvak Grimbreath

Taktyki – 13

3 x Blood Summoningblood

3x Offering of Blood

2 x Seduced by Darkness

3 x Warpstone Experiments

2 x Unleashing the Spell

Misje – 3

3 x Raiding Camps

Wsparcia – 14

3 x Disc of Tzeentchdisc

3 x Northern Wastes

3 x Rift of Battle

2 x Den of Iniquity

3 x Desacrated Temple

Wielu młodszych stażem graczy prosiło mnie, żebym opisał jak cała talia działała, więc poświęcę temu parę linijek. Ogólnie zamysł był prosty. Ładuję wszystko w misję poza Książętami i jak najdłużej utrzymuję przeciwnika w przekonaniu, że jest bezpieczny. W kluczowym momencie cała eskadra ładuje w strefę, dopalam Unleashingiem i – co często było niespodzianką – Offeringiem. Przy okazji kontroluję jednostki pieskami i ptaszkami, devki księciem i świątynią a suporty Raiding Campsami. Krótko o poszczególnych kartach. Postaram się napisać tak, żeby doświadczonych graczy nie znudzić, a wręcz zabawić:

IMG-20130629-00576

Myślicie że to finał? To pierwsza runda. Emocje od rana do wieczora.

Daemon Prince – bardzo rzadko używany do palenia, najczęściej do kontroli devek. W stosunku do Wrocławia zmieniłem liczbę z 3 do 2. Nie jest to kluczowa jednostka, a przy takim dociągu 2 wystarczy jak mam – zdąży się poświęcić, co trzeba.

Fledging Chaos Spawn – do poświęcania pod Księcia i Offering, do spaczania pod Summoning. Ponadto pod eksperymenty do dociągu. Warto zaznaczyć fakt, że podpakowany eksperymentami pomiot z dyskiem w strefie z riftami niemalże sam pali strefę. Nie wiem czemu mnie przymuliło i we Wrocławiu miałem tylko dwa, tu naprawiłem ten błąd.

Pink Horrors i Blue Horrors – żeby wchodziły razem trzymając się za rękę i śpiewając piosenkę. Niebieskie nawet jak schodzą, to wchodzą więc dobry deal. Czasem robiły świetne starty, jak wychodziły 2 + wioska rasowa + summoning + piesek.

IMG-20130629-00571

Zwycięzca maty we własnej osobie – Mistrz!

Warhounds – pieski to podstawa, tania jednostka która daje nam młotki zabierając je przeciwnikowi. Must have.

Sorcerer of Tzeentch – jeśli chodzi o chaosowe restrykcje to według mnie numero uno. Ptaszek jak wchodzi to odpala przeciwnikowi zegar. Jak wchodzą dwa to odpalają ból dupska. Daje nam młotki, zabierając je przeciwnikowi, czego chcieć więcej.

Khorvak Grimebreath – musi być razy trzy. Wchodzi za darmo z Summoninga i od razu generuje wcisk, ciśnienie, strach i przerażenie. Chowajcie swe dziatki, Khorvak ma naprawdę srogi oddech.

Blood Summoning – MVP tej talii, zdecydowanie najważniejsza karta. Robi fantastyczne starty, pozwala wstawić Khorvaka i od razu zaatakować. Bardzo ważna w grze przeciwko Mrocznym Elfom i kradzieży zasobów, bardzo popularnej w pometatronowym meta. Daje też fałszywy spokój przeciwnikowi, który myśli, że pewnych jednostek nie wystawię z braku kasy, a tu jednak witam Pana Ptasiora!

Offering of Blood – moja niespodzianka dla wszystkich, którzy myśleli, że mają jeszcze turę, że uda się przewisieć na devce, ale najbardziej dla tych, którzy z uśmiechem na ustach mówili „czyli zadajesz siedem, więc jeszcze nie palisz”. Otóż już palę, pani kierowniczko, ja palę cały czas, można powiedzieć non-stop palę. Offering pozwala na niedopalenie stref, co również daje fałszywe poczucie bezpieczeństwa przeciwnikowi. Przy założeniu, że odpalam wszystkie Offeringi to na stolicy oponenta mam gwarantowane po trzy obrażenia w każdej strefie. To znacząco zmniejsza ilość obrażeń, jakie potrzebuję zadać, żeby skończyć grę, zwłaszcza przy użyciu Unleasha. Niedoceniana, ale wybitna karta.

IMG-20130629-00569

Warszawa – Wrocław
Long live the Invasion!

Seduced by Darkness – nie ma się co rozwodzić. Spowalnia przeciwnika, a jak trzeba to spacza mi jednostkę, którą muszę użyć do ataku a nie mam spaczonej, np. Spawn z dwoma eksperymentami i dyskiem na sobie. Tylko 2 kopie, trzecia wypadła, ale wyrzucałem z ciężkim sercem. Jednak nie jest to kluczowa karta, a przeciwnik często nie zdąży mnie zaatakować na tyle skutecznie, żebym musiał się desperacko bronić. Ponadto, DE za dużo nie atakują, a przecież analiza meta była pro robiona.

Warpstone Experiments – najlepsze o wpół do dziesiątej rano, czyli przed questem dla kart + później do wcisku. Ich brak w takiej talii to karygodny błąd.

Unleashing the Spell – znany i lubiany chaosowy finiszer. Nie zliczę nawet gier, które kończyły się stwierdzeniem „… no i anlisz”. Tu również z ciężkim sercem wyrzuciłem jedną kopię, ale trzy to jednak za dużo, bo potrzeba tylko jednego, żeby skończyć. Poza tym to nie jest tak, że jak nie dojdzie to nie da rady wygrać gry.

Raiding Camps – misja dociągająca karty, czyli to, co demony lubią najbardziej. Poza tym podstawa kontroli wsparć, według mnie aktualnie jedyna grywana chaosowa misja (może poza Beastmen Incursion, ale to jednak specjalna misja)

IMG-20130629-00574Disc of Tzeentch – w zastępstwie za Khorvaka pozwala atakować z boku, daje dodatkowy młotek i położony na spawnie sprawia, że przeciwnik zaczyna mieć ciężkie wybory, co zabijać. Koniecznie razy trzy, we Wrocławiu miałem dwa i to było za mało.

Northern Wastes – tanio, szybko, Dosia.

Rift of Battle – mnożnik obrażeń, dla nas prawie niegroźny, chyba że jakieś Sally Forth, mirror, albo uporczywa obrona w queście, który prawie zawsze jest obstawiony, więc którego najczęściej i tak nie ma sensu atakować.

Den of Inquity – Generalnie do kontroli jednostek przeciwnika razem z zestawem do usuwania devek i kamienia nazębnego. Dla mnie najsłabszy punkt talii, nie spełniał aż tak dobrze swojej roli. Według mnie można spróbować wrzucić coś innego, może jakiś support z jedną lojalką (ale jak myślę o Northern Forge to od razu mam mieczyk przed oczami).

Desacrated Temple – pogromca devek, świetne wsparcie. Z Księciem robi bardzo dobrą robotę.

Podsumowując: niszczyć, spaczać i palić, palić, palić!

Pył bitewny

IMG-20130629-00572

Ogłoszenia parafialne od MC Alana!

Po krótkim śnie i solidnym śniadaniu stawiliśmy się na polu bitwy, czyli w Cafe Kino. Świetna miejscówka, bardzo klimatyczne miejsce z cytatami i zdjęciami z filmów na ścianach. Bardzo fajnie podzielona sala, w której graliśmy – na stoły dla topki, salę główną i salę płaczu, żalu i sromoty, czyli tak zwane „przy kiblach”. Było wygodnie i przestronnie, świetnie to Alan ogarnąłeś!

Wiele razy było to już powiedziane, napisał to także Przemo w swoim wpisie, ale napiszę to i ja: to dla takich chwil człowiek gra w Inwazję. Dla tych ludzi, którzy tak jak Filku mówią: „Jak zrobisz regionalsa w Warszawie to przyjeżdżam nawet w Boże Narodzenie”, którzy jak Przemo są chodzącymi legendami tej gry, czy jak Czarny – są chodzącym fluffem. Dla tego klimatu, wspaniałej atmosfery, która sprawia, że człowiek czuje, że jest to prawdziwe święto, a nie tylko sobota. Dla emocji, dla radości wygranej i goryczy porażki, dla trzech pajączków na pierwszej ręce, dla topdeck Hemmlera ciągnąc jedną kartę, dla odpalenia komba i zablokowania odpalenia komba, dla szalonych talii i pomysłów. Wystarczy pobyć na takim turnieju chwilę i człowiek widzi pasję w oczach graczy. To naprawdę piękne przeżycie dlatego nakurwiać na MP-ki wszyscy!

A zatem do rzeczy – runda zasadnicza.

Runda 1

Drixen (DE, przewijarka) 2-0

IMG-20130629-00570Przed pierwszym pojedynkiem zawsze jest delikatny stres i spinka. Ja starałem się temu zapobiec poprzez techniki relaksacyjnego oddechu, luźne i przewiewne ubranie, odpowiednie nastawienie psychiczne i 100 gram czystej, co tam najzimniejsze macie w lodówce. Przeciwnik raczej zrelaksowany, miły, ale chyba nie spodziewał się do końca, czego może się spodziewać, bo nie do końca ogarniał, jak działa Unleashing. Nie przeszkadzał mi za bardzo we wrzucaniu kolejnych kart do questa, bo to wspierało jego mechanikę przewijania. W pewnym jednak momencie uderzałem nagle za milion i mimo, że Drixen próbował podejmować środki zaradcze zabijając mi jednostki było już w zasadzie za późno. Nie wyrzucał mi kart z ręki, więc Unleashing spokojnie czekał na swoją chwilę i w obu grach zakończyłem właśnie w ten sposób, chociaż w drugiej byłem już rzeczywiście bliski przewinięcia. Uchroniło mnie jednak poświęcenie jednostek na Offeringa, co dodatkowo pozwoliło zmiękczyć stolicę przeciwnika. Pierwsze koty za płoty.

Runda 2

Oreł (IMP, rush na wojownikach) 1-2

IMG-20130629-00575

Obawiam się, że mam kłopoty…

Wiedziałem, że z Imperium nie będę miał lekko. Oreł to bardzo przyjemny człowiek, miło się grało i integrowało. W pierwszej grze miał baja, więc siadł pełen zapału i chęci do gry. Ja również byłem nastawiony bojowo, dopóki nie zobaczyłem trzech milicji i trzech drummerów w battlu i nie usłyszałem: „za dziewięć w kingdom”. Wtedy pomyślałem, na Slaneesha, emergency, źle się dzieje w państwie duńskim. Nie wyszedłem z tego i gramy drugą grę. W drugiej spokojnie, wysypuję się z młotków, Oreł wychodzi z supportów po bokach i milicjantów w battla. Chwilę później grabię jego obozy, wsparcia zburzone a w oczach milicji zobaczyłem strach i przerażenie (później Imperial Production Corporation nakręciło o tym całkiem dobry film: Fear and Loathing in Middenheim). Zatem 1-1 i przystępujemy do ostatecznego boju. Szybki kościółek i odpowiedni zestaw dyscyplin skutecznie uniemożliwił mi likwidację jednostek, a zatem i supportów. Mi zazgrzytało w dociągu i po długiej walce poległem.

Runda 3

Okoń (HE, wcisk na Star Dragonach za darmo) 2-1

24-28Niezrażony porażką przystąpiłem do kolejnej gry choć już nie na stoliku numer jeden, a numer sześć. O przegranej już nie myślałem, zgodnie z nastawieniem, że każdy pojedynek jest odrębną całością, nie ma co patrzeć w przeszłość i trzeba grać swoje. Okoń miał najciekawszą talię, jaką widziałem na turnieju. Generalnie chodziło o zagrywanie jak największej ilości spelli normalnie i z wiatrów dla zasobów z Watchstone of Athel Tamara. Później za spelle w discardzie za darmo wchodziły smoki i paliły. Nawet jak zeszły, to szybko wracały z Gift of Life. Okoń miał też sporo misji, które odrzucał do anulowania akcji Magiem Loeca. Szukałem talii na deckboxie i forum, ale Okoń się nie podzielił chyba. Szkoda, bo mimo iż na koniec był 19ty, to jednak jedno zwycięstwo zamiast przegranej mogło mu dać topkę. Nasze gry były zacięte, ale jednak kawałek tego decku musi przemielić, żeby dokopać się do smoków i zrzucić odpowiednią ilość spelli. Poza tym nie było jak i czym palić raczej. Ja zaś starałem się być szybki, bo zrozumiałem na dzień dobry o co chodzi w talii (widziałem już podobną – coś takiego kombinował swego czasu Arhra). Mimo wszystko pierwszą grę przegrałem, toteż musiałem spiąć się w sobie i wygrać drugą. Wiedziałem, że na Unleashing nie mam co za bardzo liczyć, bo i tak zostanie anulowany, a przebrzydłego maga ciężko było zdjąć. Postawiłem na brutalną siłę i udało się. Wydaje mi się, że Okoń popełnił błąd olewając moje Summoningi. Gdyby je anulował, trudno by mi było pospaczać jednostki i mogło się skończyć rumakowanie [edit: Virgo mnie poinformował, że spaczenie to koszt, więc i tak by się spaczyły. Zatem mój strach był nieuzasadniony]. Przeciwnik ewidentnie czekał jednak na Unleashing, bombę lub Burn it Down. Z tym Burnem to ciekawa historia, bo mimo że go nie miałem przeciwnik wkręcił sobie, że mam. Wystarczyło położyć pierwszą devkę w battla. Oczywiście, mówimy o kumatym przeciwniku, bo taki, który nie patrzy co się dzieje na stole, albo nie wiąże tego co się dzieje na stole z tym, co może zostać zagrane, nie da się podpuścić. To tak jak w pokerze, czasem wygodniej gra się z lepszym przeciwnikiem niż totalnym nowicjuszem. Wracając do pojedynku z Okoniem, drugą grę udało mi się szybko wygrać, na trzecią zostało nam z dziesięć minut. Walka była zacięta, kiepski dociąg u przeciwnika i brak poważnej kontroli sprawiły, że znowu rozhuśtałem machinę – udało mi się spalić na minutę przed końcem. To był naprawdę ciężki pojedynek, dzięki Okoń (i podziel się talią!).

Runda 4

Marcin Odziemski (DE, combo na Lordzie i kociołkach)

IMG-20130629-00578

Debiut Mikalsa – focia obowiązkowa

Do gry przystąpiłem z werwą wywołaną zwycięstwem w ciężkim pojedynku z Okoniem oraz spowodowaną trudną, aczkolwiek przyjemną relacją pomiędzy mną a kolejną zimną setuchną. W tym miejscu zresztą również podziękowania dla obsługi lokalu, która musiała się ze mną użerać jak rozlewałem soki i co chwilę domagałem się garnucha. Byliście pro, a dziewczyny bardzo ładne (co nie zmienia moich uczuć do koleżanki z Wrocławia, jesteś the best). Okej, gram z DE. Nie za bardzo się boję, bo grałem już przeciwko temu combu więc wiedziałem co i jak. Miałem też dodatkową motywację, bo Marcin w poprzednich rundach pokonał Mikalsa i Ostrego, zatem wróżda rodowa była rozkręcona na całego – rachunki musiały zostać wyrównane, a wizerunki mafiosów filmowych na ścianach spotęgowały chęć vendetty. Marcin wyluzowany, na początku naszej gry spożywał jakieś dary boże w postaci drożdżówki czy innej bułeczki na ciepło. Przeciwnik zrelaksowany to przeciwnik pożądany. Grałem więc w taki sposób, żeby utwierdzić Marcina w przekonaniu, że nie stanowię dla niego zagrożenia i uderzyć znienacka. W pierwszej grze się udało. W drugiej Marcin już był bardziej uważny i udało mu się odpalić combo. Tu muszę przyznać, że miałem tak parszywy dociąg, że kląłem Bogów Chaosu za ten szajs. W trzeciej grze było dużo mind game i liczenia obrażeń na stolicy przeciwnika oraz ilości moich kart w decku. Kluczowy okazał się tu Offering, którego nie pokazałem w poprzednich grach przeciwnikowi, a który odpalony razy trzy spalił druchii na turę przed przewinięciem. 3-0-1, wstąpiła we mnie dodatkowa nadzieja na topkę, choć miałem lekcję z Wrocławia, że każda porażka może zakończyć turniej.

Runda 5

Angian (DE, talia mistrza Europy 2013 czyli przewijanko z discardem ręki) 2:0

IMG-20130629-00577

Organizator w akcji!

Na typ etapie miałem wrażenie, że ten turniej wygląda jak przechodzenie Mortal Kombat. Z każdym zwycięstwem przeciwnik był coraz trudniejszy i na przedostatnim poziomie natknąłem się na Angiana, bardzo dobrego gracza. Spotkaliśmy się już we Wrocławiu, gdzie również wygrałem, dlatego też wiedziałem, że przeciwnik będzie zmotywowany podwójnie. Niemniej jednak wiedziałem także, że mimo wszystko będzie to bardzo przyjemna gra, gdyż Angian jest bardzo miłym i kulturalnym człowiekiem. W pierwszej grze miał naprawdę zabójcze wyjście, ale na moje szczęście ja miałem imba!!!111oneone. Jeśli dobrze pamiętam to wyszedłem ze spawna, trzech horrorów, rifta, misji, khorvaka za spaczenie horrorów z Summoninga, którego to Khorvaka spaczyłem Seduced i pozbywając się całej ręki zaatakowałem za 8 w swojej pierwszej turze. Angian nie mógł po prostu nic zrobić. W drugiej grze nawiązał walkę i Caught the Scenty wyrzucały mi co trzeba z ręki. W kluczowym momencie Shady wyrzuciły nie tę kartę, którą trzeba było (Angian miał 33,3% szans) i również z tego pojedynku wyszedłem zwycięsko. Pamiętam, że naszą grę obserwował jeden z młodszych graczy, którego wybitnie zdziwiło, dlaczego ja gram rifty w questa, skoro one służą do ataku. Kolega został poinstruowany, że ja palę z boku, na co ze zdziwieniem zapytał: „jak to z boku?”. Cieszę się zatem, że mogłem zaprezentować ciemne sztuczki nowemu graczowi. Ze statami 4-0-1 nie wiedziałem jeszcze, że mam zapewnioną topkę, myślałem tylko o kolejnym przeciwniku. Kto nim będzie? Z tablicy i moich wyliczeń wynikało, że może to być Metatron. Oczywiście, stresik delikatny miałem, bo wiadomo: Metatron to Metatron. Niemniej jednak Dark Elfy nie były dla mnie najstraszniejszym przeciwnikiem, więc spokojnie czekałem, co się wydarzy a kiedy ogłoszono paringi usłyszałem, że gram z…

Runda 6

Przemo (DE, End Times) 2:1

… Przemem. W brzuchu zrobiła mi się kulka, zestresowałem się poważnie. Popatrzyłem na Ostrego, który patrząc na mnie zrobił smutną minę, która świadczyła, że to nie na mnie by stawiał, jakby na szybko otworzyli obok bukmacherkę. Niemniej jednak poklepał mnie po plecach i życzył powodzenia. Przez głowę mi przebiegło, że 4-0-2 po przegranej z Przemem też mi da raczej topkę buchholzami, ale szybko otrząsnąłem się z tej myśli: gram o wszystko! Idąc do stolika myślałem o tym, że będę grał z żywą legendą tej gry. Dla mnie Przemo jest właśnie legendą i jakbyśmy byli kartami to on byłby pacjentem, którego rzucasz na środek stolicy i masz młotki w każdej strefie. Dodatkowo smaczku dodawała myśl, że to pojedynek blogerów i że gram o topkę w turnieju regionalnym. To uczucie, którego życzę wszystkim graczom – takich chwil się nie zapomina. Przez całą grę starałem się zachować spokój. Pojedynek przebiegał w naprawdę fantastycznej atmosferze. Mieliśmy nawet jednego kibica – Tobiaco – który w pełnym skupieniu przyglądał się grze. Gram, robię swoje, wykładam kolejne jednostki, spaczam, atakuję i nagle widzę, że jak nie poleci End Times to w następnej wygrałem. Tak się stało. W drugiej szybkie nietoperze i zrzucanie kart z ręki sprawiło, że co bym nie robił – Koniec Czasu musiał nastać. Nie wyciągnąłem nic konkretnego i gramy trzecią. O wszystko, przynajmniej dla mnie, bo Przemo był już w topce na pewno przechodząc turniej jak burza i rozjeżdżając wszystkich jak walec. Przemo zaczyna. Walking Sacrifice i Mannfred na Heroic Task. Widzę już, że jak go nie zdejmę to będzie krucho. Dociągam ósmą kartę i widzę drugiego pieska. Zatem piesek, pokazują Spawna, Summoning na pieska, zagrywam drugiego pieska, pokazuję spawna i von Carstein poszedł do piachu. Wstąpiły we mnie nowe siły. Walka była jednak zacięta, Przemo IMG-20130629-00580zrzucał Muckiem rękę i dociągał kolejne karty. Wiedziałem, że każdą z nich może być ET ale robiłem swoje i po kolejnym moim ataku byłem turę od zwycięstwa. Przemo w swojej turze pociągnął kartę i podał mi rękę z uśmiechem. Prawdziwa klasa. W tym momencie wybuchły we mnie emocje, byłem tak szczęśliwy, że ciężko to opisać, jak mały dzieciak. Nie zapomnę tego nigdy i życzę każdemu graczowi.

Dla tych którzy wytrwali do tego momentu mały smaczek. Otóż Przemo podczas gry powiedział: „świetna talia, średni koszt karty 1,25, nieźle”. Poczyniłem zatem odpowiednie kalkulację i powiem, że trafił prawie w samą dziesiątkę. Otóż średni koszt karty w mojej talii wyniósł 1,22, czyli coś jak nieśmiertelne „1zł + VAT”. JESTEM W TOOOOOOPCE!!!

W 60 minut dookoła topki

IMG-20130629-00581Emocje sięgały zenitu, ale musiałem trochę ochłonąć i coś zjeść, zwłaszcza że na tym etapie byłem już po solidnym pół litra czystego spaczenia i coś ciepłego do jedzenia było dobrym pomysłem. Nie oddalaliśmy się za daleko, Selverin gdzieś zaginął, więc poszliśmy z Ostrym, Mikalsem i Kasią (która wiernie kibicowała do samego końca turnieju). Wybraliśmy ogródek, który był połączonym ogródkiem trzech lokali: w jednym była pizza, w drugim wódka, a w trzecim nie wiem co było, bo wódka i pizza w doborowym towarzystwie mi wystarczała. Złączyliśmy stoliki z Radanerem, Marcinem Odziemskim i ekipą, żeby wspólnie posilić się przed topką. Podczas obiadu padł jeden z najlepszych według mnie tekstów tego dnia, a autorem był Radaner. Brzmiało to mniej więcej tak: “Nie rozumiem dzisiejszego meta, jak można tak grać. Zagrywam kartę z ręki, zagrywam kartę z grobu, zagrywam kartę z dupy. Mam dziesięć kart na ręce, dziesięć w grobie i dziesięć na stole. Jest druga tura, grasz.” Zbieraliśmy się z 5 minut ze śmiechu i na fazę pucharową szliśmy w wyśmienitych humorach. Nie czułem już większego stresu, osiągnąłem plan maksimum i wszystko ponad byłoby tylko wisienką na torcie. Chciałem grać o zwycięstwo, ale byłem spokojny.

Ćwierćfinał

IMG-20130629-00586Po przybyciu na miejsce dowiedziałem się, że gram z Wojtem, a nie jak zakładałem z Kubalą. Nie zmienia to faktu, że moim przeciwnikiem miało być Imperium, co nie było dobrą wiadomością. Z Wojtem nigdy wcześniej nie grałem, okazał się bardzo kulturalnym i sympatycznym przeciwnikiem. Gry graliśmy w skupieniu, ale w pozytywnych nastrojach i bez spinek. Bez narzekania i usprawiedliwiania się, ale muszę napisać, że nie dość że miałem najgorszego z możliwych dla mojej talii przeciwników, to jeszcze był on tego dnia w świetnej dyspozycji (o czym świadczy zwycięstwo w turnieju), a ja miałem takie szambo za każdym razem na ręce, że wychodziłem z jednego młotka, co w mojej talii jest tragedią. Wojt w obu grach wyszedł dokładnie tak samo. W Kingdom milicja, kościółek i zoo, czego nie miałem jak ściągnąć. W drugiej turze Hemmler z taksą w questa i nara. Później dochodził Karol. Obie tak wyglądały. Robiłem co mogłem, siliłem się na najbardziej pro zagrania jakie znam, ale ten pojedynek to było starcie leśnych band partyzantów z uzbrojoną po zęby, pancerną III Rzeszą. Przegrałem 2-0, ale byłem szczęśliwy. Jasne, żałowałem że nie wszedłem dalej bo mam naturalną ciągotkę do rywalizacji, ale chapeau bas dla Wojta – świetna talia, świetne ogranie, świetny turniej. Gratuluję serdecznie zwycięstwa! Na tym etapie odpadł też Selverin, który ostatecznie zajął 6 miejsce. Szkoda, ale 25% topki stanowili gracze z Warszawy, co bardzo cieszy. Za wyeliminowanie mnie z turnieju Wojt otrzymał ode mnie specjalny żeton spalenia z Game Night Kita. Ja natomiast od Garrovsky’ego przypinkę imperialną. I to jest właśnie ten klimacik, który lubię!

Nocne Polaków rozmowy, czyli integracji czar

IMG-20130629-00601Po skończeniu gry zająłem się razem z pozostałymi kibicowaniem Final 4 czyli Wojtowi, Kubali, Przemowi i Czarnemu. Jak wszyscy wiedzą turniej wygrał Wojt, drugi był Przemo, trzeci Kubala i czwarty Czarny. Ja zająłem 5 miejsce i tym samym ustanowiłem sobie wysoko poprzeczkę na następne turnieje. W ramach nagrody zgarnąłem grę “Kolejka” (i jestem bardzo zadowolony, bo od dawna chciałem ją mieć), a także komplet stolic przygotowanych specjalnie na regionalsa oraz wypasioną płytkę Alana – serio chłopaku, bardzo mi się podoba. Po rozdaniu nagród spakowaliśmy manatki i zawinęliśmy się w podróż do lokalu na integrację.

IMG-20130629-00589Miejscówka była bardzo przyjemna, mieliśmy dla siebie całą wielką salę, była okazja spokojnie pogadać i wypić. Oczywiście, tematem przewodnim była Inwazja i przeżycia mijającego dnia, ale zeszliśmy na różne tematy, jak to podczas nocnych Polaków rozmów bywa. Highlightami wieczoru było nasze rapowanie z Alanem, Filku i jego hiperaktywność, beef Alana i Okonia (“Zawisza jedzie na sześć pociągów do was!”) o życiu i wszystkim, co z nim związane, oraz ogólnie wyśmienita zabawa do późnych godzin nocnych. Kto nie był, ten niech żałuje, bo jest czego! Z taką ekipą (choć niestety w okrojonym w stosunku do uczestników turnieju składzie) mógłbym imprezować codziennie. Już się nie mogę doczekać Krakowa.

Podziękowania, pożegnania, buźka, klapa, rąsia, goździk, całuski, cukiereczki, ciasteczka

IMG-20130630-00608

Spoils of War

Turniej był świetny. Zarówno poziom graczy i talii, jak i świetna atmosfera, tony klimatu i pozytywnej energii. Dlatego też ogromne podziękowania należą się Alanowi za ogarnięcie wszystkiego i nadzorowanie tematu oraz ludziom, którzy mu w tym pomogli. Chciałbym też podziękować moim wszystkim przeciwnikom za gry rozgrywane w przyjaznej atmosferze bez żadnej spinki. W następnej kolejności chciałbym podziękować Ostremu, Mikalsowi, Kasi i Selverinowi za wsparcie podczas całego turnieju, a także Nibelungowi który również dopingował mnie telefonicznie i trzymał kciuki (w Krakowie mam nadzieję, że będziemy się wspierać na żywo!). I teraz: Przemowi, Czarnemu, Filkowi, Okoniowi (dzięki za postawienie wódeczki dla wszystkich, miły gest), Ostremu, Selverinowi, Arcziemu, Nastiukowi, Michnikowi, Tobiaco, Mamutowi, Kubali, Wojtowi, Orełowi oraz reszcie ekipy z którą świętowaliśmy wieczorem. I ja też tam byłem, miód i wino piłem!

Dzięki za uwagę, mam nadzieję, że bawiliście się dobrze!

Categories: Chaos, Dark Elf, HE, Imperium, Meta, Turnieje, Uncategorized | Tagi: , , , , | 4 Komentarze

Logika tej gry

40-110Dzisiaj wpis krótki, ale treściwy (mam nadzieję!). Wczorajszy turniej był bardzo ciekawy, mimo, że było tylko 6 graczy. Było za to dużo dyskusji o grze i jej zasadach. Było to bardzo pouczające, choć ostatecznie przekonało mnie to, że wiele zasad w Inwazji nie opiera się na logice, tylko na szalonych wymysłach ludzi z FFG. Każdy wyjadacz już to wie, ja też wiedziałem to wcześniej, ale wiedza ta dopiero wczoraj uderzyła mnie w twarz niczym Kliczko.

Podczas gry miała miejsce taka oto sytuacja. Chcę rzucić Blood Summoning grając przeciwko Bokalusowi, który na stole ma dwa Saphery Waystone. Rzucam taktykę, na co mój przeciwnik mówi, że dostaje na Waystony żetony za zagranie taktyki i w odpowiedzi rzuca Disdaina. Nie chciałem się zgodzić na to, jako że nie jest to według mnie logiczne i wywiązała się jedna z dyskusji tego dnia, w której byłem sam kontra świat. A że w drużynie świata grali między innymi Selverin, Dex i Ostry to uznałem, że tak jest jak mówią, choć jest to według mnie debilne. Bo oto mamy sytuację, w której ja inicjuję stos zagrywając akcję, na co przeciwnik odpowiada taktyką, na którą ma kasę z mojej taktyki, a efektem tego jest anulowanie tejże taktyki, za której zagranie dostał kaskę. Czyi taktyka, której nie ma, dała mu pieniądze na anulowanie samej siebie. Genialne. Spieszę od razu wyjaśnić tym, którzy zaczną mi pisać, że jak nie znam zasad, to nie powinienem grać, że ja rozumiem, że tak ma to działać, ale uważam, że jest to głupie. Może inaczej – powiem to twardo: łańcuch akcji w tej grze jest głupi. To by było na tyle, czekam na hejt.

Druga akcja dnia wczorajszego była dużo śmieszniejsza. Chodzi o zagranie Boodzika w grze z Ostrym. Zagranie, które zostało nominowane do najgorszego zagrania dekady. Ale było dużo śmiechu. Sytuacja wygląda tak. Ostry ma 5 obrażeń w battlu, 4 w kingdomie. Ma trochę jednostek i zasobów, ale to nie jest ważne w historii. Boodzik ma coś w kingdomie, w misji ma Raiding Camps, Spawna i Ptasiora (chyba, mało ważne) i 7 devek. W ręku ma jedną kartę, na którą patrzy. Ta karta to Unleashing the Spell. Boodzik skończył swoją turę, Ostry ma zacząć swoją, ale w tym momencie Boodzik podaje Ostremu rękę i mówi „nic już nie zrobię”, na co stojący za nim Dex oraz moja skromna osoba aż podskoczyliśmy z mieszaniną przerażenia i śmiechu w okrzykach. Opisywane nie brzmi tak śmiesznie, ale wyobraźcie sobie, że stoicie za nim i widzicie wygraną na bank grę, którą wygrywający gracz poddaje. Ubawiliśmy się setnie.

Do zobaczenia w Bydgoszczy!!!

Categories: Chaos, HE, Zasady | Tagi: , , | 3 Komentarze

Coś się kończy, coś się zaczyna – podsumowanie I Ligi Warszawskiej

Warhammer Invasion LegendsDługo nie pisałem, fakt. Było to spowodowane paroma zmianami w moim życiu. Otóż postanowiłem dokonać gruntownych zmian w swoim życiu, a mianowicie zacząć spełniać swoje marzenia, a przynajmniej spróbować. Zmiana nie jest łatwa i nie jest standardowa toteż zajmuje trochę czasu. Stety, niestety, czasu poświęconego Inwazji. Niemniej jednak korzystając z bezsennej nocy popełniam niniejszy wpis.

IMG-20130508-00514

Dzielni wojownicy w akcji

Zakończyliśmy ligę! Bezkonkurencyjny okazał się Ostry, zdobywając 123 punkty na 200 możliwych. Z pewnością pomogła mu w tym frekwencja. Ostry, podobnie jak ja, Bokalus i Makabrysio, był obecny na wszystkich turniejach ligowych. Jak widać we wszystkich przypadkach – obecność popłaca. Serdeczne gratulacje dla Ostrego. Jako skromny upominek sprezentowałem najlepszemu graczowi warszawskiej sceny część swojego Invasion Game Night Kita. Niech mu karty i żetony służą dzielnie w dalszych bojach.

Ostateczna tabela ligowa poniżej.

TABELA KOŃCOWA LIGI

Garść statystyki. Poza łączną liczbą graczy do statystyk liczę tylko graczy, którzy wzięli udział w przynajmniej połowie turniejów.

W lidze wzięło udział łącznie 26 graczy.IMG-20130508-00516

Rozegraliśmy 289 pojedynków.

Najwyższa frekwencja na pojedynczym turnieju – 18 osób

Najniższa frekwencja na pojedynczym turnieju – 10 osób

Najlepsza frekwencja – Ostry, Bokalus, Wilk, Makabrysio (10)

Największa liczba zwyciężonych turniejów – Ostry (3)

Najlepiej rozegrany turniej – Ostry (max zdobytych punktów – 20, we wszystkich rundach zwycięstwo 2:0)

IMG-20130529-00524

Zażarta walka to norma na naszych turniejach

Najwięcej zwycięstw – Ostry (26)

Najmniej zwycięstw – Szycha (0)

Najwięcej remisów – Bokalus, Dex (7)

Najmniej remisów – Wosho (1)

Najwięcej porażek – Makabrysio, Mikals (20)

Najmniej porażek – Wosho (3) – choć tu muszę dodać, że Selverin odniósł tylko 4 porażki w 9 turniejach!

Najlepszy bilans – Selverin (+31)

Najgorszy bilans – Mikals (-29)

Królowie baja – Wiśnia, Pablo, Dykta, Mikals, Szycha (3)

Na turniejach najchętniej wybieraną rasą był Chaos, a najrzadziej graliśmy Wysokimi Elfami. Ogólnie w Warszawie królowało destro, czyli nic się nie zmienia od początku chyba gry w Inwazję w stolicy.

Rozkład ras podczas całej ligi obrazuje poniższy wykres (liczba przy danej rasie oznacza ile razy dana rasa występowała w turniejach ligowych).

wybór ras

Wygrane turnieje w ujęciu rasowym:

Mroczne Elfy – 3, Wysokie Elfy – 3

Orki – 2, Imperium – 2

Chaos – 0, Krasnoludy – 0

Jeśli chodzi o mój udział w lidze, to – jak już pisałem – byłem obecny na wszystkich turniejach. Moje wyniki nie szokowały, nie odniosłem spektakularnych zwycięstw, forma przyszła w drugiej połowie ligi, ale regularne wygrywanie ok. połowy rozegranych pojedynków (45-50) oraz obecność na wszystkich turniejach zrobiły swoje i zakończenie zmagań ligowych na 5 pozycji traktuję jako duży sukces. Poniżej, bardziej dla siebie niż dla innych, historia moich zmagań.

moja statystyka

 Tyle jeśli chodzi o statystykę. O atmosferze nie trzeba wiele opowiadać, zawsze znakomita. Wyśmienite integracje poturniejowe, godziny rozmów o inwazji i nie tylko. Stworzyła nam się bardzo zgrana i solidna ekipa, mam nadzieję, że podczas kolejnej odsłony ligi będzie równie ciekawie i przyjemnie. Zmiana miejscówki wyszła nam tylko na lepsze. Mamy więcej miejsca, można na legalu spożywać dowolne napoje o dowolnej porze. Jedyne, co trochę boli to ceny, ale zawsze jest coś za coś.

Chciałbym podziękować raz jeszcze wszystkim, którzy wzięli udział w lidze, w szczególności nowym graczom, dla

IMG-20130605-00537

Moment gratulacji od organizatora dla zwycięzcy ligi plus radujący się atmosferą Awojdi:)

których wejście jest zawsze trudne, bo się dostaje baty. Gratuluję wszystkim uczestnikom a szczególne gratulacje raz jeszcze dla Ostrego za pokazanie, kto rządzi, dla Selverina za wspaniałą walkę mimo faktu, iż co turniej grał od drugiej tury, dla Nilisa za piękne budowanie formy i w konsekwencji miejsce na podium oraz swój pierwszy pucharek, dla Nibelunga za pierwszy sukces w postaci trzeciego miejsca oraz dla Miklasa za konsekwentne szlifowanie umiejętności, dzielną walkę i urywanie punktów nawet najlepszym graczom.

W następnej odsłonie ligi planuję dokonać pewnych zmian, które oczywiście przedyskutujemy w gronie

zainteresowanych. Wzorem innych miast chciałbym wprowadzić 5 rund, co zresztą mam nadzieję zostanie wprowadzone w życie już od dzisiejszego turnieju. Ponadto, za baja z pewnością nie będzie 3 punktów, bo nie odwzorowuje to w tabeli ligowej faktycznych wyników gracza. Morphine ciągle rozbudowuje swój program, także pewnie skorzystamy z jego dodatkowych dobrodziejstw (w tym miejscu wielkie dzięki dla Morphine!).

Teraz przed nami okres wakacyjny, ale turnieje będą odbywać się normalnie. Moje wpisy mogą być nie tak częste, jak raz na tydzień, ale będę starał się pisać regularnie i na inne tematy, niż tylko wyniki turniejów.

Wasz ulubiony Wilk.

PS. Jaram się Hidden Kingdoms jak flota Stannisa pod King’s Landing!

PS2. Poniżej mini album pt. „Przeżyjmy to jeszcze raz:)”

IMG-20130522-00523

Niezapomniane integracje…

IMG-20130320-00405

… masa radochy…

IMG-20130320-00402

… magiczne starty…

IMG-20130327-00426

… paraolimpijskie potyczki…

IMG-20130327-00419

… buziaczki dla Pań…

IMG-20130410-00433

… i kolejka dla wszystkich!!!

Categories: Chaos, Dark Elf, HE, Imperium, Krasnoludy, Liga, Meta, Orki, Statystyki | Tagi: , , , , , , , , | 5 Komentarzy

Enemy at the Gates, czyli jak to Imperium z Chaosem mężnie walczyło

Warhammer_Mark_of_Chaos_1Emocje ligowe powróciły. Za nami 6 kolejka warszawskiej ekstraklasy rozegrana po raz pierwszy na nowej miejscówce, czyli w lokalu Solec 44. Zawodnicy zebrali się w liczbie osiemnastu, by godnie reprezentować barwy wybranych przez siebie frakcji oraz by bawić się i radować naszym cotygodniowym świętem Wojennego Młotka.

Solec 44 otworzył przed nami gościnne podwoje – udostępniono nam salę, która była tylko dla nas, także idealnie na inaugurację. Szeroki wybór ciekawych piw i innych alkoholi, a także ciekawa, właściwa tylko dla tego miejsca kuchnia oraz imprezowa i bardzo przyjazna atmosfera lokalu sprawiły, że grało i biesiadowało się bardzo przyjemnie. Mam nadzieję, że przed nami jeszcze wiele świetnych turniejów w tym miejscu.

Obrodziło nam Chaosem, aż ośmiu graczy wybrało flirt ze spaczeniem i poprowadziło armie wojennych ogarów, horrorów, demonów i innych kreatur wprost z pustkowi, którymi rządzą Mroczni Bogowie. Na polu bitwy stanęły także siły dobra, w przeważającej mierze złożone z elitarnych żołnierzy imperialnych, lecz także z krasnoludzkich zabójców oraz dumnych synów Ulthuanu. Jedynym dowódcą floty czarnych arek był Selverin, co może dziwić, biorąc pod uwagę sukces Mrocznych Elfów na Mistrzostwach Europy. Na osiemnastu graczy nie było żadnych Orków! Powiem szczerze, jak dla mnie to właśnie świadczy o nieprzewidywalności warszawskiej sceny i sprawia, że turnieje są tak emocjonujące i ciekawe. Nigdy nie wiadomo, czego się spodziewać i jakie będzie meta danego turnieju.

empireJa zdecydowałem się zagrać w miarę standardowym Imperium. Ostatnio grałem dość dużo destro i mi się znudziło. Generalnie lubię świeżość, dlatego też często zmieniam frakcje, rzadko gram długo jedną. Może nie jest to najlepsze, bo nie znam często talii na pamięć, ale przynajmniej ciągle coś nowego się dzieje.

Talia na deckboxie: http://deckbox.org/sets/373902

Założenia, jakie mi przyświecały składając talię:

– zdecydowana większość kart ma być x3

– brak udziwnień, w  prostocie siła

– Rodryk do kontroli wsparć

– Osterknachci do kontroli jednostek

– Call for Reserves do używania dwóch powyższych jednostek ponownie w zależności od potrzeby

– Hemmler do palenia

– Werner na snotlingi i kulty oraz ewentualnie do obrony questa

– Chain Lightning na rushe, Chaos i Dreamery

– Temple of Verena do wykorzystania zasobów z raidera niewykorzystanych na taktyki

 cl

Talią grało się bardzo przyjemnie. Mimo prostoty konstrukcji daje duże możliwości i wymaga dokonywania wyborów. Jest upierdliwa dla przeciwnika, bardzo szybko potrafi zrobić dobrą ekonomię. W defensywie radzi sobie świetnie. Jedynym poważnym problemem, jaki zaobserwowałem i który muszę rozwiązać jest brak firepowera do mocnego uderzenia. Walnięcie w strefę za 8 jest dość ciężkie, wymaga posiadania przynajmniej 4 jednostek w battlu, w tym Hemmlera, który przy oporze ze strony przeciwnika rani całą eskadrę. Me no likey. Niemniej jednak przy wszystkich zaletach tej talii, ta drobna wada nie przeszkadzała bardzo w graniu, a osiągnięty przeze mnie wynik wskazuje, że jest całkiem niezła.

Runda 1 (EMP – CHA 1:2)

lordPierwsza gra i niestety porażka, chociaż po zaciętej walce. Na marginesie chciałbym dodać, że bardzo cieszy mnie fakt, iż jeśli przegrywam, to coraz rzadziej 0:2, także mało kto ma ze mną łatwe zwycięstwo. Tym razem również tak było. Wylosowałem Bokalusa, który grał Chaosem z combem na Lord of Change, Barbed Snares i Sacred Cauldron w pakiecie. W pierwszej grze walczyłem dzielnie, ale dość dobra kontrola ze strony przeciwnika oraz niewystarczająca ilość młotków w battlu sprawiła, że musiałem ustąpić pola. W drugiej grze to ja kontrolowałem i Pan Przemian został zdjęty w odpowiednim momencie przez Elitę Osterknachtu. W trzeciej grze najbardziej podczas całego turnieju odczułem brak wystarczającego uderzenia w ataku. Miałem w zasadzie wygraną grę, mnóstwo kart na ręce, dużo zasobów i nie miałem takiej ilości młotków, żeby spalić Bokalusa. W końcu niestety to on spalił mnie decydując się na konwencjonalny atak, a nie odpalanie comba. Zlekceważyłem potęgę Chaosu i dostałem Unleashem i pierwsza runda w plecy.

Runda 2 (EMP – CHA 2:0)

 sg

Druga runda i znowu Chaos, tym razem na Khorvaku i spaczonych jednostkach atakujących z boku. Dykta dokonał delikatnych zmian w talii, którą grał we Wrocławiu, ale główny zamysł był mi znany. W obu grach udawało mi się kontrolować Osterknachtami i Rodrykami oraz samemu bronić się przed kontrolą dzięki dyscyplinom i kościołom. Również w obu grach od początku udawało mi się zorganizować duży dociąg, dzięki czemu Hemmler był na posterunku bardzo szybko. A wiadomo, szybki Hemmler, szybki koniec.

Runda 3 (EMP – CHAOS 1:1)

kMaraton z Chaosem trwa, zupełnie, jakbym znowu był na Assaulcie, tylko zamiast ciągłego oglądania kanonek i tuneli, na stole roiło się od piesków i ptaszków. Boodzik również miał standardowy chaos ze spaczonymi jednostkami i Khorvakiem. Żaden z moich przeciwników nie używał ani Daemonsworda, ani dysków, co mnie zdziwiło, bo w tego typu talii zazwyczaj sprawdzają się wyśmienicie. Pierwszą grę graliśmy z Boodzikiem dość szybko. Mimo moich prób obrony i kontroli, Boodzik miał jednak w ręce więcej argumentów i wygrał. W drugiej grze to ja miałem inicjatywę i po położeniu trzeciego kościółka w Kingdom oraz Hemmlera w battlu Boodzik grę poddał. Na zagranie trzeciego starcia mieliśmy 30 minut i śmialiśmy się, że i trzy byśmy zdążyli zagrać. Wykrakaliśmy sobie, ostatni pojedynek trwał całe pół godziny, kontrola po obu stronach, cios za cios, oko za oko, ząb za ząb. W momencie, w którym skończył się czas Boodzikowi zabrakło prawdopodobnie jednej tury, żeby mnie spalić. Udało mi się uratować remis, choć było gorąco.

Runda 4 (EMP – HE 2:1)

W ostatniej rundzie totalna zmiana klimatu. Musiałem się przestawić mentalnie, bo na mageswojej drodze napotkałem atakującą z boku (dzięki Sally Forth) armię z Ulthuanu prowadzoną przez Starscreama. Ciekawa talia, w której pierwsze skrzypce odgrywała wymieniona wyżej taktyka oraz Dreamer i zapożyczony z Imperium Celestial Apprentice, który do czasu wyjścia kościółków był dość denerwujący. W pierwszej grze miałem fatalną rękę startową, a Starscream wyszedł szybko z Learned Mage x3 (!) oraz Celestiala i Dreamera. Dwa ataki i po zawodach. W drugiej grze również nie zapowiadało się dla mnie różowo, ale po początkowych problemach zacząłem odzyskiwać inicjatywę dzięki heroicznej obronie moich jednostek (bronili się dzielnie nawet Huntsmani). W pewnym momencie mieliśmy po jednej spalonej strefie i każdy z nas mógł w swojej turze skończyć potyczkę atakując, jeśli drugi nie postawi na obronę. Wtedy właśnie Starscream popełnił poważny błąd. Mając 4 zasoby położył na stole Dreamera z attachmentami dającymi celewytrzymałość, wyznaczył na atakującego, a potem zaczął zadawać rany Learned Magom, żeby ściągnąć mi jednostki z questa, w którego atakował. Zabił sobie wszystko, co było do zabicia w queście, ale zabił mi także wszystkich potencjalnych obrońców. Później zadał obrażenia Dreamerowi, wyleczył go i znowu zadał obrażenia, żeby ten zaatakował równo za 8, czyli tyle ile trzeba do spalenia. Nie wziął tylko pod uwagę, że mam zostawione dwa zasoby, a Chain Lightning ściąga jednostki za 3, a nie tylko te za 2. Dreamer poszedł do piachu, a w następnej turze Hemmler et consortes pokazali długouchym siłę Imperium. W trzeciej grze Starscream poszedł mocno w obronę, przez którą przebijałem się przez dobre 20 minut. Udało mi się na 13 sekund przed końcem. Uff… To był najtrudniejszy pojedynek tego dnia dla mnie, tym bardziej cieszy zwycięstwo.

Ogólnie turniej bardzo udany. Zająłem 5 miejsce, co w Warszawie cieszy. Dalej przebijam się w tabeli ligowej do TOP10, jeśli utrzymam formę to nawet TOP8 jest realne, chociaż poziom jest wysoki, a gracze tacy jak Wosho, Selverin, Ostry, Awojdi, Wiśnia, Carnage, Bokalus czy Nilis (ostatnio w wyśmienitej formie, o czym świadczy choćby zwycięstwo w opisywanym turnieju) to bardzo trudni i wymagający rywale, dlatego też co tydzień jest bardzo ciężko. Ale walka trwa.

Categories: Chaos, HE, Imperium, Liga, Turnieje | Tagi: , , , , | 1 komentarz

Call the Banners – Wspomnienie Mistrzostw Europy 2013

IMG-20130427-00452Kurz bitewny opadł, bohaterowie powrócili do swych grodów z nowymi ranami odniesionymi w boju i nowymi historiami do opowiadania przy garnuszku rozgrzewającego trunku, Wrocław został zdobyty a emocje po tygodniu są już mniejsze (chociaż na forum wybuchła dziś na chwilę Fotogate, zanim odkurzacz Virgo wessał ją w otchłań niebytu). Jest to zatem najlepszy czas na podsumowanie Mistrzostw Europy, które już od tygodnia są miłym wspomnieniem.

The Day Before

Do Wrocławia przyjechałem, tak jak wielu graczy, dzień wcześniej. Stwierdziłem, że wolę być wyspany przed całym dniem gry i całą nocą integracji i był to strzał w dziesiątkę. Muszę przyznać – choć może wyjdę na kompletnego geeka – że jadąc odczuwałem już klimat turnieju. Wyobrażałem sobie graczy, którzy niczym wojska pod flagami różnych miast przemierzają krainę by następnego dnia oblegać Wrocław. Widziałem oczami wyobraźni stężałe twarze śmiałków, którzy w zacinającym deszczu na koniach pędzą przez stepy, pola, drogi i doliny po sławę i chwałę, która nie przemija nigdy. Ok, poniosło mnie, ale cóż – był to mój pierwszy tak duży turniej, a że jestem mocno w klimacie fantasy od dziecka to i efekty są takie, jakie są.

Po ulokowaniu się w hotelu odbyłem telekonferencję z częścią warszawskiej ekipy, która również docierała już do miastaIMG-20130426-00444 stu mostów. Umówiliśmy się na Rynku, gdzie w malowniczym sąsiedztwie McDonalds’a i klubu Go-Go znajdował się hostel chłopaków. Posililiśmy się potężnymi porcjami bardzo dobrych pierogów w pierogarni naprzeciw Ratusza i wypiliśmy świetne piwko w browarze Spiż (pierwszy raz w życiu piłem czekoladowe piwo – pycha!).

Potem nadszedł czas na ostateczne testy, które ja skończyłem ok. 22, ale chłopaki walczyli do późnych godzin nocnych (wczesnych rannych). Może trzeba było z nimi zostać, bo Awojdi, Ostry i Wiśnia zaliczyli odpowiednio czwarte, ósme i jedenaste miejsce. Ja jednak zdecydowałem się wyspać i nie żałuję tej decyzji. Podczas testów najmniejsze problemy dla mojej spaczonej talii sprawiło Imperium (o dziwo!), a największe Orki (tu akurat nie ma nic dziwnego, Wurrzag imba!!11oneone). Nie wiedziałem jeszcze, że następnego dnia na armie Cesarza Karla-Franza nie trafię wcale, a Orcza Horda stanie na mojej drodze zaledwie w dwóch z siedmiu gier.

Organizacja

Ogromne podziękowania i propsy dla organizatorów. Zorganizowanie imprezy tego formatu, przy tak dużej ilości uczestników jest nie lada wyzwaniem logistycznym. Ale podołaliście w pełni, gratulacje, chapeu bas! Bardzo dobrze sprawił się również program autorstwa Morphine, który to program z tego co widziałem nie sprawił najmniejszych problemów i nie wykrzaczył się pomimo ponad setki graczy. Nagrody również były świetne, nikt nie wyjechał z Wrocławia z pustymi rękami, a ilość gier i książek była naprawdę imponująca. Szkoda tylko, że FFG tak słabo wsparła Mistrzostwa Europy gadżetami typu maty i stolice. Ale nic to, nie narzekam, za turniej skończony w tabeli dalej niż bliżej zgarnąłem stylową Wolę Elektorów z alternatywnym artem oraz poziomą stolicę (świetny pomysł!).

dungeonŁyżką dziegciu w tej beczce miodu niech będzie sufit, oświetlenie i gulasz. Ogólnie miejscówka była świetna – podziemia zamku tworzyły bardzo fajny klimat, super pomysłem była możliwość zakupienia napojów na miejscu oraz możliwość pozostania w zamku na integrację w czysto inwazyjnym gronie. Minusem było kapanie z sufitu, co rozumiem, biorąc pod uwagę taką ilość ludzi i wilgotność w podziemiach zamkowych. Niemniej jednak było to nieprzyjemne, zwłaszcza że wystarczy odrobina wiedzy z fizyki, żeby wiedzieć, co kapało. Jeśli chodzi o oświetlenie, to problem był w tej części sali, w której grałem przez większość czasu. Tu niestety nie dało się chyba nic zrobić, trzeba było wczuć się w klimat dungeonu i walczyć dzielnie z przeciwnikiem i ciemnością. Temat gulaszu miał zostać poruszony w oddzielnym wątku na forum, ale został odpuszczony. Może to i dobrze, nie ma co wylewać łez. Mam jednak nauczkę na przyszłość, że najlepiej jednak organizować się samemu, zwłaszcza z prowiantem. W końcu gulasz zjadłem, rzeczywiście było w nim dużo mięska, jak obiecywał Przemo, ale nie powalił mnie na kolana. Niewątpliwą jego zaletą było jeszcze większe pogłębienie klimatu, w końcu to taką strawą mogli raczyć się dzielni woje w karczmach i zajazdach przemierzając drogi w poszukiwaniu przygód.

Integracja

DSC_0577

Pamparampampam! Tak się bawi Wasz oddany bloger:)
Autor zdjęcia: Joanna „mer” Mida.

Cud, miód, malina. Choć raczej powinienem powiedzieć „cud, spirytus i Nestea”. Żeby być w zgodzie z prawdą, powinienem napisać, że integrację zacząłem już od 9 rano, kiedy to otworzyłem pierwszą puszkę Jacka Danielsa z Colą i zacząłem rozmawiać z ekipą, która również właśnie dotarła na pole bitwy. Cały dzień raczyłem się różnorakimi trunkami i rozmawiałem z całą masą ludzi. Dla mnie to właśnie było najważniejszą częścią turnieju – poznanie ludzi z innych miast, porozmawianie z osobami, które znałem tylko z forum i rozpoznawałem tylko z avatarów. Nawet wypiłem małe piwo, na które skusiła mnie śliczna barmanka, będąca niewątpliwie jedną z największych ozdób turnieju.

Zamieniłem także parę słów z naszymi gośćmi zza granicy. Koledzy z Włoch byli bardzo mili, mają ciekawy i odmienny od naszego pogląd na Inwazję (w prostocie siła). Zechcieli wypić z nami nawet domowej roboty spirytusik, także komitywa na sto procent. Ekipa z Niemiec również bardzo rozmowna i kulturalna. Poznałem na żywo kolegów, z którymi grywam na OCTGN. Z rozmową z jednym z nich wiąże się anegdota. Otóż stałem sobie i obserwowałem grę Makabrysia, który naIMG-20130427-00460 środku swojej stolicy miał karteczkę z napisem “na początku tury strzelać, kurwa!!!”, która to karteczka była przypomnieniem o akcji Duregana Thorgrimsona. W pewnym momencie podszedł do mnie aktualny wicemistrz świata w Inwazję, czyli Franke Oliver z Niemiec, i zapytał po angielsku, czy Makabrysio gra na sproksowanej legendzie. Odpowiedziałem mu, że nie i wytłumaczyłem co jest napisane na kartce. Jednak jak doszedłem do słowa kurwa, to nie wiedzieć czemu przetłumaczyłem to jako “god damn it”. Chciałem chyba zachować poziom w kontaktach międzynarodowych i bezę zjadłem łyżeczką. Później czułem się jak lektor w filmie, który tłumaczy “fuck” na “kurczę”, “kurna”, lub “motyla noga”. Nic to, najważniejsze, że Makabrysio pamiętał o strzelaniu. Ja muszę następnym razem zrobić sobie taką karteczkę z napisem “połóż devkę zanim zaatakujesz, god damn it!”.

DSC_0431

Autor zdjęcia: Joanna „mer” Mida.

Dobrym pomysłem, który również przyczynił się do głębszej integracji było wspólne oglądanie finału na rzutniku. Jasne, jakość mogła być lepsza. Jasne, komentarz mógł być od samego początku. Niemniej jednak super, że organizatorzy poszli z duchem czasu i na chwilę podziemia zamku zamieniły się w mini salę projekcyjną. Bardzo przyjemnie było oglądać ten pojedynek popijając sobie z Makabrysiem i komentując zagrania.IMG-20130428-00502

Podczas wieczornej imprezy integracyjnej odbyły się kalambury, będące konkursem znajomości kart. Juri i Czarny mieli wspaniały pomysł i mam nadzieję, że zabawa ta na stałe wpisze się w tradycję turniejów regionalnych. Walka była zacięta, a zabawa przednia. Zająłem drugie miejsce ustępując nieznacznie Virgo, z którym szliśmy łeb w łeb. Dzięki temu zwiększyłem ilość spoilsów, bowiem zgarnąłem dodatkową poziomą stolicę (neutralną!!!) oraz kufel z wygrawerowanym logiem Mistrzostw Europy w Inwazję. Bardzo przyjemna nagroda i cenna pamiątka z wyjazdu.

IMG-20130428-00500O reszcie nie będę się rozwodził. Dodam tylko, że w trakcie rozdania nagród miało miejsce wręczenie nagrody za zwycięstwo w konkursie „Najprzystojniejszy gracz z młotkiem w…”. Nagrodę Darkerowi wręczył organizator konkursu – Makabrysio, a potem nastąpiły oględziny dowodu Darkera, żeby każdy mógł zrozumieć, że zwycięstwo było zasłużone. Na imprezie poturniejowej bawiłem się do 5 rano w doborowym towarzystwie, odbyłem wiele ciekawych rozmów o Inwazji i nie tylko, skosztowałem wielu lokalnych napitków wytoczonych z piwniczek przez graczy z różnych części Polski specjalnie na tę okazję. Słowem: “i ja też tam byłem, miód i wino piłem”.

W tym miejscu chciałbym serdecznie podziękować całej ekipie warszawskiej za trzymanie się razem i wsparcie w trakcie turnieju oraz integrację (z tymi ludźmi nie da się źle bawić!), Virgo za klimatyczną walkę w kalamburach oraz Tobiaco, Tobolowi, Michnikowi, Arcziemu, Stachowi, Radanerowi, Rodzynowi, Alanowi, a także wszystkim innym, z którymi udało mi się wypić i pogadać w zajebiście pozytywnej atmosferze. Obyśmy mogli to powtórzyć w Bydgoszczy.

The Game, czyli krew, pot, łzy i piur skil

Przejdźmy zatem do samego turnieju, czyli walce o zdobycie tytułu Mistrza Europy. Po wielu tygodniach poszukiwania talii i zastanawiania się, z jakim orężem najlepiej stanąć na ubitej ziemi wybrałem Chaos. Podczas przygotowań rozważałem grę Wood Elfami na maksymalnej kontroli devek i Verenie (nie byłby to chyba najlepszy pomysł, biorąc pod uwagę z iloma krasnoludami przyszło mi się zmierzyć), Dark Elfami na maksymalnej kontroli ręki i zadawaniu obrażeń za zrzucanie kart przez przeciwnika (chyba jednak zbyt losowe, choć fun był), Orkami na Gorbadzie (dzięki Wam, o Mroczni Bogowie, że odwiedliście mnie od tego!). Jednak w zasadzie w ostatniej chwili, na kilka dni przed turniejem wybrałem Chaos na Khorvaku i spaczonych jednostkach. Podobną talią wygrałem kiedyś turniej w Warszawie i byłem 10 w turnieju na OCTGN, miałem ją ograną i znałem na wylot, toteż stwierdziłem, że będzie najbardziej odpowiednia na mój pierwszy duży turniej.

Khorvak Rush-Control

Jednostki – 22

3 x Daemon Princekhorvakblood
2 x Fledgling Chaos Spawn
3 x Blue Horrors
3 x Pink Horrors
2 x Savage Gors
3 x Warhounds
3 x Sorcerer of Tzeentch
3 x Khorvak Grimbreath

Taktyki – 13

2 x Blood Summoning
2 x Long Winter
3 x Seduced by Darknessunleashdaemon
3 x Warpstone Experiments
1 x Plague Bomb
2 x Unleashing the Spell

Misje – 3

3 x Raiding Camps

Wsparcia – 15

2 x Disc of Tzeentchcamps
3 x Northern Wastes
3 x Rift of Battle
2 x Daemonsword
2 x Den of Iniquity
3 x Desacrated Temple

Z perspektywy czasu widzę, że w talii były dwa zasadnicze błędy i kilka mniejszych. Po pierwsze, Savage Gors wrzucone pod wpływem rozmowy z Arhrą nie wypaliły kompletnie. Talia w ataku ma wystarczającego powera bez nich, a poza battlem są w zasadzie bezużyteczni. Już lepiej było za nich dać trzeciego Spawna pod eksperymenty lub do questowania i poświęcania, albo nawet 1 Bloodthirstera, który by wyszedł z Blood Summoning. Po drugie, Long Wintery, jakkolwiek świetne, to w tej talii szły najczęściej w devkę. Kontrolę rozwinięć, jeśli jej potrzebowałem, dawała mi Desacrated Temple i poświęcanie jednostkek na Daemon Prince’a. Lepiej sprawdziłby się trzeci Blood Summoning i druga Bomba. Jeśli chodzi o mniejsze błędy, to opiszę je przy okazji poszczególnych gier.

IMG-20130427-00469Pomimo błędów, deckiem grało się bardzo przyjemnie, dzięki Raiding Campsom i kontroli jednostek często zostawiałem przeciwnika na początku z pustym stołem, sam mając moc młotków w queście. Khorvak za każdym razem wychodził za darmo z Blood Summoning i od razu atakowałem za 4-5, a czasem 8 młotków (jeśli był mieczor), co sprawiało, że inicjatywa szybko była po mojej stronie. I to właśnie ciekawe opcje kontroli, szybkość i przejmowanie inicjatywy, a także finiszer w postaci Unleashing the Spell były filarami tej talii. Z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że gdyby nie popełnione błędy i stres związany z brakiem doświadczenia w grze w tak dużym turnieju, to TOP20 wcale nie było nieosiągalne.

Pokrótce o pojedynkach, jakie przyszło mi stoczyć.

Runda 1
Szeryf (DWA) 2:1

my lifePrzed pierwszym pojedynkiem trochę trzęsły mi się ręce, ale starałem się nie dać po sobie znać. Pokerowe doświadczenie procentowało i trzymałem nerwy na wodzy. Kolega grał standardowymi krasnoludami, nie zauważyłem większych niespodzianek. Z mojej strony kontrola była dość skuteczna, ponieważ Szeryf nie opierał się na odporności, dzięki czemu i pieski i ptasior mogły spokojnie zadawać obrażenia jednostkom. Generalnie skończyłbym w miarę szybkim 2:0 gdyby nie dwie karty, które w każdej grze z krasnoludami tamtego dnia podnosiły mi ciśnienie oraz przez które nie zająłem lepszego miejsca w turnieju – My Life for the Hold i Master Rune of Spite. Pominę już fakt, że wydawało mi się, iż ZAWSZE na pierwszej ręce moi oponenci je mieli. Najważniejsze jest to, że utrudniało mi to niemiłosiernie grę. Jeśli chodzi o majlajfa, to rozważałem przed turniejem włożenie do talii Mob Up x 2 i byłaby to dobra opcja, biorąc pod uwagę, że głównie grałem z kraśkami. Któż jednak mógł wiedzieć. Na runę nic nie poradzę, Daemon Princy schodzą od niej z miejsca, wszystko z mieczykiem w zasadzie także. Mimo wszystko ilość majlajfów jest ograniczona, a runy były zazwyczaj techem w liczbie 1 lub 2, toteż po ciężkim boju udało mi się triumfować w pierwszej grze 2:1. W tym miejscu chciałbym poruszyć jedną, niemiłą kwestię. Otóż kolega Szeryf, który sam popełniał często błędy, wykonując pewne akcje nie w odpowiednim momencie nie pozwolił mi położyć devki po powiedzeniu słowa “atakuję”. Każdy, kto mnie zna wie, że ja zawsze pozwalam wszystko położyć i cofnąć – to tylko zabawa i nie należy się tak spinać. Ale sytuacja, w której ja ani razu nie zwróciłem przeciwnikowi uwagi, a on nie pozwolił mi raz (bo tylko raz popełniłem ten błąd w tej grze) czegoś zrobić zepsuła mi atmosferę pierwszej rozgrywki. Widać kolega liczył na poważne sukcesy tego dnia, bo liczyło się dla niego każde obrażenie. Cóż, tę grę i tak przegrał. Ja za to dostałem lekcję, że niektóre gry są mniej fun, a bardziej o punkty.

Runda 2
Angian (DE) 2:0

Jak dowiedziałem się, że gram przeciwko Dark Elfom, delikatnie się zasmuciłem. Ciągnę zazwyczaj bardzo dużo kart ze blackwzględu na atakowanie jednostkami z boku i użycie mieczyka, dlatego też przewijarki mają ze mną łatwiej. Podczas gry jednak przypomniałem sobie, że Mroczne Elfy mają z kolei problem z Chaosem – słabą obronę i taką sobie ekonomię. Z Angianem grało się bardzo przyjemnie i miło, jest to mega pozytywny człowiek. Miał ciekawą talię, w której gościli Black Guards i nowy raider za 4. Do tego Crone i przewijanie nagle przyspiesza dość mocno. W pierwszej grze wyżej wspomniane trio pojawiło się szybko na stole i zacząłem walkę z czasem. Angian kładł devki, co nie jest częstym widokiem na stolicy Mrocznych, ale w grze ze mną było niezbędne – widać doświadczenie przeciwnika. Zdążyłem jednak wygrać ten wyścig z czasem i w ostatniej turze (w następnej bym się przewinął, bo zostały mi chyba z 3 karty w decku) udało mi się położyć po 8 obrażeń w dwóch strefach i ściągnąć devki Zbezczeszczoną Świątynią poświęcając jednostki na Księcia Demonów. W drugiej grze Angian miał po prostu pecha. W swojej pierwszej turze położył tylko Hekartii, a to, co położył w drugiej ściągnąłem mu z Raiding Campsów i pieska. Po kilku turach z pustym stołem stwierdził, że nie ma sensu dalej przeciągać i poddał grę. Podziękowaliśmy sobie za pierwszą, ciekawą partię i odszedłem od stolika z drugim zwycięstwem na koncie i nadzieją, że ten dzień może przybrać dla mnie bardzo pozytywny obrót.

Runda 3
Argoth (DWA) 1:2

Niestety, pierwsza porażka, po koszmarnym błędzie, którego nie zapomnę bardzo długo, a może nigdy, i który mocno wybił mnie z rytmu na resztę dnia. Najpierw chciałbym podkreślić, że gra z Argothem była czystą przyjemnością. Jest to bardzo miły i kulturalny człowiek – oby więcej takich graczy. Dodatkowo, warto wspomnieć, że Argoth jest organizatorem międzynarodowego turnieju na OCTGN, który był świetnie przygotowany – tym milej było mi poznać i zagrać z nim. W pierwszej grze bardzo szybko skontrolowałem stół i dość gładko spaliłem krasnoludzką stolicę. Powiem szczerze, że grałem jak na skrzydłach. Nagle jednak doszło do katastrofy. W drugiej grze wymienialiśmy z Argothem ciosy – obrażenie za obrażenie. W pewnym momencie sytuacja wyglądała następująco. Moja tura. Przeciwnik ma w Kingdomie 7 facepalmobrażeń i chyba żadnej devki, pozostałe strefy czyste, w queście żadnych jednostek i żadnych devek, dwa supporty, jeśli dobrze pamiętam. Ja mam 4 zasoby, Unleashing the Spell, z 6 devek, jedną spaloną strefę i jestem w stanie zaatakować Daemon Princem, Khorvakiem i dwoma horrorami (jeden z dyskiem) za 8. Argoth ma 3 karty na ręce i się uśmiecha. Myślę sobie, ma majlajfa (mimo, że jeden już poszedł wcześniej). Sam sobie wkręciłem tego majlajfa tak, że zaślepiło mnie to maksymalnie. Do tego stopnia, że zamiast zaatakować i rzucić Unleashing to ja zacząłem coś kombinować ze zdejmowaniem mu supportów z questa, żeby nie losował kart i nie wystawiał jednostek do battla. Dziś jak na to parzę, to zastanawiam się jak mogłem popełnić taki błąd. Przecież wiedziałem że tym co ma na stole + jedną jedyną dodatkową jednostką w następnej turze mnie spali, więc na co czekałem? Przecież wiedziałem, że jeśli ma majlajfa, to nieważne w której turze go rzuci – czy w tej, czy w następnej. Zamroczyło mnie, spaliłem się psychicznie, sam nie wiem. Nie zaatakowałem, Argoth w następnej turze mnie spalił. Jak przygotowywaliśmy się do trzeciej gry to powiedział, że uśmiechał się, bo wiedział, że przegra jak mam Unleasha i nawet już przełożył karty do lewej ręki, żeby mi prawą podać. Ten błąd kosztował mnie nie tylko tę partię, ale również następną. Niewykorzystane sytuacje się mszczą i ta zemściła się na mnie okrutnie. Trzeci pojedynek oczywiście przegrałem i zamiast stanu 3-0-0 i pewnego podejścia do kolejnej gry miałem 2-0-1 i byłem niesamowicie na siebie zły. Niemniej jednak grało się, tak jak już napisałem, super i dostałem w tym pojedynku solidną lekcję.

Runda 4
Tobiaco (DWA) 2:1

Maraton z Krasnoludami trwał nadal. Powiem szczerze, że niewiele mogę o tej grze napisać, poza tym, że nie różniła się od innych za bardzo. Z tego co pamiętam, Tobiaco miał mnie majlajfów niż pozostali rywale. Pamiętam, że w ostatniej grze Tobiaco mógł stallować i ugrać remis, ale nie zrobił tego tylko walczył do końca, za co szacunek. Mój rywal okazał się bardzo miłym i zabawnym człowiekiem, z którym przyszło mi tego dnia wieczorem porozmawiać dość długo i wypić parę kubeczków. Zwycięstwo w tej grze dawało mi nawet szansę walki o topkę, toteż ze zniecierpliwieniem oczekiwałem paringu następnej tury.

Runda 5
Awojdi (ORC) 0:2

wurrzagDla odmiany trafiłem na Orki. Nie byłem z tego bardzo zadowolony, bo to dla mnie najtrudniejszy matchup. Dodatkowo, trafiłem na kolegę z Warszawy, który jest jednym z najlepszych graczy w Inwazję w Polsce i w Europie, co zresztą potwierdził zajmując czwarte miejsce w turnieju. Awojdi kontrolował mnie od początku. Niestety, nie zdążyłem zabić jego Wurrzaga, który rzygnął i sprowadził mnie do parteru, albo nawet piwnicy i tam trzymał, bił, przypalał i ogólnie katował. Pierwszą grę szybko poddałem. W drugiej historia się powtórzyła. Po prostu nie miałem szans. Nie z tą talią, nie z tym graczem. Stwierdziliśmy z Awojdim, że skoro mamy tyle czasu (gra trwała z 15 minut) to idziemy na gulasz. Cóż, jak już wiecie, gulaszu się nie doczekaliśmy. Spędziliśmy za to miło czas przy barze oraz kibicując innym reprezentantom stolicy

Runda 6
Cosa (DWA) 1:2

Po przerwie dla odmiany… Krasnoludy! Cosa był bardzo dokładny w tasowaniu i przekładaniu mojej talii, widać było, że serio traktuje turniej. Teoretycznie, zwycięzca naszego pojedynku po wygraniu również następnego miał nadal szansę na topkę, toteż częściowo rozumiem podejście. Ja grałem nadal bez spiny, chociaż cały czas miałem w głowie porażkę z Argothem i alergicznie reagowałem na każdego majlajfa u przeciwnika. Pierwszą grę przegrałem – nie podeszło mi nic, czym mogłem szybko zaatakować, a powolna rozbudowa przeciwko krasnoludom zazwyczaj oznacza śmierć. Powalczyłem jednak chwilę, ale musiałem ustąpić pod naporem górskich wojowników. W drugiej turze znowu wyrównana walka, ale obliczony na styk Unleashing pozwolił mi doprowadzić do remisu. Zostało nam kilka minut toteż bez zbędnej zwłoki przystąpiliśmy do decydującego pojedynku. Po dobraniu kart miałem na ręku średni start, mogłem wystawić tylko Desacrated Temple i Rift of Battle. Wziąłem mulligana. Popatrzyłem, zapłakałem. 1 x Unleashing, 3 x Seduced, 1 x Bomba, 1 x Den, 1 x Rift. Przeciwnik zaczyna, ja dobieram kartę – drugi Unleashing. Dziękuję, dobranoc, popij wodą.

Runda 7
Niestety, nie pamiętam (Karol?) (ORC) 1:2

Gra totalnie o pietruszkę, kolega na forum chyba nie bywa, ogólnie nie był mi znany. Przepraszam, ale nie zapamiętałem owpksywki, głupio mi. Przeciwnik nie grał na Wurrzagu (chociaż jak się później okazało miał go w talii). W obu wygranych grach miał niestety na ręce startowej Mustera, co go boostowało mocno ekonomicznie, a wiadomo – za 5 zasobów to Orki mogą już całkiem sporo. Dodatkowo, Orc Warning Post sprawiało, że do ataku musiałem poświęcać devki, tak bardzo mi potrzebne na Unleashing. Pierwszą partię po walce przegrałem, w drugiej to ja byłem górą kontrolując niemiłosiernie. Trzecia partia rozegrała się praktycznie w pierwszej turze. Ja zaczynam, ręka startowa marzenie. Horrory różowe i niebieskie w liczbie hurtowej (4!), Daemon Prince, elegancja francja. Wykładam więc całe tałatajstwo, nawet sobie ładnie dzielę, że jeden w Kingdom dla kasy, trzy w Quest, wszystko gra i buczy. Jeszcze Daemon do battla, devka, grasz. Przeciwnik: muster, rzyg. Zostałem z jedną kartą na ręce i w ten właśnie sposób zakończyłem turniej. Otworzyłem Jacka z Colą świętując awans do highlandera i podałem mojemu przeciwnikowi rękę gratulując zwycięstwa.

Zakończyłem turniej na 59 miejscu ze statystykami: 3 – 0 – 4. Czy jestem zadowolony? I tak i nie. Jadąc na Mistrzostwa każdy marzy o zwycięstwie. Ale patrząc realnie nie chciałem zająć jednego z ostatnich miejsc. To był plan minimum. Planem średnim było miejsce w środku tabeli i to udało się zrealizować. Plan maksimum miałem TOP30 i powiem szczerze – spokojnie było wykonalne. Dlaczego zatem się nie udało. W zasadzie wszystkie przyczyny już podałem w opisie poszczególnych pojedynków. Zabrakło trochę doświadczenia i trochę szczęścia. Mogło być lepiej, ale, jak się mawiało w dzieciństwie, pierwsze śliwki robaczywki. Chciałbym podziękować wszystkim moim przeciwnikom za grę i walkę w każdym pojedynku. Mam nadzieję, że jeszcze uda się kiedyś pograć i być może wyrównać porachunki.

Podsumowanie

SONY DSCTak właśnie doszliśmy do końca relacji z turnieju. W highlanderze byłem gdzieś w końcówce ambitnie wybierając Dark Elfy (chociaż Bokalus zajął ex aequo pierwsze miejsce również Mrocznymi – gratsy!). Spoczko się grało, były to moje pierwsze w życiu gry w tym formacie. Drugiego dnia nie miałem siły po melanżu zwlec się z łóżka i dotrzeć na drużynówkę, toteż wyspałem się i wyruszyłem w podróż powrotną z głową pełną wspomnień.

W tym miejscu chciałem jeszcze napisać, że podziwiam Metatrona. Grałem wczoraj jego talią i muszę powiedzieć, że stopień zaawansowania i możliwości, jakie daje ten deck są niesamowite. Granie tym cały dzień na pełnym skupieniu również zasługuje na szacunek.

Gratuluję serdecznie Radanerowi za zdobycie Mistrzostwa Europy (to musi być cudowne uczucie!) oraz całej topce. Szczególnie gratuluję Woshowi, Awojdiemu, Ostremu oraz Wiśni. Pokazaliście klasę zapewniając Warszawie aż cztery miejsca w TOP16. Europejski poziom.

Na sam koniec dziękuję jeszcze raz wszystkim, dzięki którym przeżyłem jeden z najlepszych dni w moim życiu. Mam nadzieję, że zobaczymy się w Bydgoszczy!

Categories: Chaos, Dark Elf, Krasnoludy, Orki, Turnieje | Tagi: , , , , , | 5 Komentarzy

Muster for Wrocław

oficjalnyplakatkopiaZbliża się Assault na Wrocław. To widać, słychać i czuć. Nasze zwyczajowe sobotnie fun gierki zmieniły się w poligon doświadczalny dla nowych talii i pomysłów. Co chwilę w rozmowach było słychać: “we Wrocławiu użyję właśnie tej karty”, “myślę że wymienię kilka kart i jadę tym do Wrocławia”, “uważaj na to, bo we Wrocławiu…” i wiele tym podobnych tekstów. W powietrzu czuć bojowego ducha, Warszawa (a myślę, że nie tylko) się zbroi. Dla mnie to ekscytujący czas, bo będzie to mój pierwszy duży turniej i od razu Mistrzostwa Europy! Bardzo budujący jest też fakt, że na wczorajszych testach pojawiło się osiem osób, czyli więcej niż jeszcze do niedawna bywało na turniejach w Rivendell. To już jednak zamierzchłe czasy, przyszłość jest jasna, jak słońce świecące dziś nad Warszawą.

Sam ostro główkuję, czym pojechać do Wrocławia i na wczorajsze spotkanie zabrałem ze sobą trzy talie: dwie do testów i jedną for fun, ale na ciekawym według mnie pomyśle. Postaram się opisać każdą pokrótce i napisać, co było w nich dobre, a co szwankowało.

Talia nr 1 –  Kurt i Elfy

Ponieważ moje poprzednie talie leśnych elfów na obecne meta (Waaaaaaaaaaaaaaagh!!!!) nie są najlepsze – ponieważ nie mają dobrego dociągu, co czyni je powolnymi – postanowiłem połączyć leśne bandy z głównymi siłami Imperium pod wodzą Kurta Helborga. Dzięki dużej ilości wsparć, legendzie, Doubling the Guard i Planning for War planowałem zyskać zdolność do odbudowy po Vomicie, albo Grimgorze. W ramach kontroli miałem magów zaopatrzonych w Łańcuch Piorunów, elitę sprowadzoną prosto z Osterknachtu oraz Burn it Down – wiem, niewiele to, ale liczyłem, że wystarczy.kurt

Najważniejszym elementem było w miarę szybkie wystawienie Kurta, co umożliwiłoby mi rzucanie Doubling the Guard za darmo, Burna i ewentualnie Chain Lightninga za 1, a także olanie rzygania, i Grimgora. Ewentualnie Kurt miał być dobrą podpałką pod dociąg kart z DtG (motyw podpatrzony u Jaszczura).

Talia nie spełniła do końca moich oczekiwań. Przeciwko Chaosowi jeszcze jakoś szło, mimo problemów dla moich devek, jakie sprawiała Desacrated Temple. W starciu z chaosowym rushem na Callu talia dawała radę, ale przeciw kontroli na Inkurzji już słabiej, chociaż walczyłem. W mirrorze gra trwała długo, ale muszę przyznać, że naczelny warszawski ekspert od Imperium, prof. dr. hab. Nilis z Katedry Imperialnej Strategii z Uniwersytetu w Altdorfie miał dużo lepszą i szybszą talię, której nie byłem w stanie się oprzeć. W potyczkach z Orkami byłem bez szans – moja talia była za wolna, a Grimgor z rytuału, gdy miałem 6-8 devek i jednostki z Helblasterami w battlu po prostu kończył grę.

Podsumowując, talia była za wolna i nie umiałem dotrzymać tempa przeciwnikom, co wyeliminowało ją z grona kandydatów do udziału we Wrocławskiej edycji show pt. So You Think You Can Burn?

Talia nr 2 – Skorumpowana Kontrola

Ta talia to zaledwie cień dawnej świetnej talii, którą wygrałem jeden z warszawskich turniejów i byłem 10 w międzynarodowych turnieju na OCTGN (http://deckbox.org/sets/288160). Wtedy gwiazdami decku były Warpstony, Muster, Ptasior, Beastmen Incursion i bardzo ciężko było przeciwnikowi oprzeć się takiej kontroli.

discW związku z wyjściem wioski rasowej dla Chaosu postanowiłem przerobić dawny deck i zobaczyć, co potrafi w obecnym meta. Nie miałem jednak okazji długo testować talii, ponieważ udało mi się zagrać tylko trzy pojedynki – jeden z HE, jeden z EMP i jeden mirror. Z HE było najłatwiej, ale kolega nie miał w zasadzie kontroli, więc wiedziałem, że zwycięstwa nie mogę traktować bardzo poważnie. Imperium mnie rozłożyło. Dobre rozstawienie jednostek nie pozwoliło mi korzystać z Raiding Camps, Kościół i Dyscyplina ostudziły moje zapędy kontrolne, Sellsword niszczył mi wioski i nagle się okazało, że moi najeźdźcy z Północnych Pustkowi nie są w stanie zrobić dosłownie nic. Grę poddałem. W mirrorze dałem radę, ale zapewne tylko dlatego, że był to rush, a nie kontrola.

Talia nie jest zła. Ma mocne zdolności kontrolne, potrafi uderzyć z boków i spalić niespodziewanie strefę. Zapewnia potężny dociąg i często potrafi zaskoczyć przeciwnika. Więcej testów pozwoliłoby mi zapewne ocenić ją obiektywnie, ale szczerze… Odechciało mi się nią grać. Poprzednią wersją grałem z miesiąc i powrót nie zapewnił mi przyjemności z gry, a raczej próbę technicznego kombinowania. Dlatego żegnam się z nią i również nie nominuję jej do towarzyszenia mi w Napaści na Wrocław. Zachęcam jednak, zwłaszcza świeżych graczy, do kombinowania z tym pomysłem, bo deck prowadzi się dość łatwo i można się nim pobawić. W naszych domowych gierkach Nibelung grywa zmienioną nieznacznie wersją tej talii i wiedzie mu się całkiem, całkiem.

Talia nr 3 – Death with the Sword

swordDeck zrobiony for fun. Bardzo chciałem zagrać Siłą Cesarzy i Mieczem Gwiazdy Porannej (na marginesie: jedne z nielicznych kart, według mnie, obok na przykład Korowodu Dzierzb, których polskie nazwy brzmią lepiej niż angielskie). Wydało mi się, że te karty są dla siebie stworzone, stąd powstała koncepcja przewijarki na Crone, która będzie karcić mieczem i leczyć się, wyposażając mnie jednocześnie w karty.

Talią grałem przeciwko Chaosowi oraz HE i przeciwko obu taliom grało się bardzo przyjemnie. Oczywiście, żeby w pełni odpalić numer z mieczem i leczeniem, trzeba nazbierać trochę kart i zasobów, ale jak już wypali, to jest naprawdę miło i wtedy człowiek czuje, po co gra w tę grę tak naprawdę – dla bardzo dobrej zabawy. Przyjemnie jest, kiedy z Call of the Kraken wchodzą Black Guards do obrony legendy. Zazwyczaj w następnej turze dołączałem miecz do Crone i zaczynało się przewijanie na ostro.

Oczywiście, na turnieju deck nie byłby w stanie powalczyć, ale ważne jest, żeby wstrenght ferworze przygotowań i zmagań turniejowych nie zapomnieć o radości z gry. Ja radość wczoraj odnalazłem właśnie grając tą talią i bardzo się z tego cieszę. Jedyną rysą było uświadomienie mnie, podczas dyskusji z Nilisem i Dyktą, że leczenie nie pozwala mi na przyjęcie na Crone obrażeń, a później uleczenie ich Siłą Cesarzy. Bo plan był taki: atakuję z mieczem, dostaję dwa obrażenia. W następnej turze przeciwnik atakuje całą swoją trzódką legendę, która dostaje kilka obrażeń i po przydzieleniu ich, a przed zadaniem rzucam taktykę i leczę Crone. Dzięki temu byłaby ona “czysta”, a ja pociągnąłbym dużo kart. Nadzieje na ten numer okazały się płonne – tak niestety nie można. Nic to, zabawa i tak przednia z leczenia legendy po ataku i dobieraniu bunusowych kart.

Na koniec chciałbym jeszcze podzielić się trzema przemyśleniami.

Po pierwsze, nie wiem, czy wioski rasowe w Chaosie są aż takim przebojem. Długo wyczekiwane miały podreperować starty i być wybawieniem dla okulałej po FAQ 2.0 rasy. Jednak Chaos może wykorzystać tak wiele neutralnych kart w ciekawy sposób, że wioska nie zawsze się po prostu opłaci. Oczywiście, można brać przykład z Virgo i wrzucać do talii i wioski i neutrale, ale to są już zagrania pro, wykonywane przez przeszkolonych kaskaderów, więc nie róbcie tego w domu. Nie mówię oczywiście, że wioski są do niczego, o nie! Po prostu zastanawiam się, czy akurat w tej rasie są rzeczywiście tak oczywistym wyborem, jak się do niedawna wydawało.

sellswordDruga uwaga łączy się z poprzednią. Otóż składając obecnie talię należy zadać sobie jedno ważne, ale to zajebiście ważne pytanie: czy wkładać Veteran Sellsworda? Z jednej strony jego użycie wyklucza niejako posługiwanie się wioskami samemu, ale jednak daje możliwość kontroli wiosek przeciwnika. Z tego, co obserwuję, jak na razie jest pół na pół – część graczy wrzuca ich do talii, a część nastawia się na granie wioskami i liczy, że przeciwnik też nie będzie używał tej jednostki. Jestem ciekaw, jak będzie we Wrocławiu – czy będzie to jednostka must have, czy raczej sobie ją darujemy.

I wreszcie, last but not least, dochodzimy do ostatniej kwestii w tym wpisie, a mianowicie: czym jadę do Wrocławia? Otóż ostatnie testy dały mi sporo do myślenia. Być może to truizm i oczywista oczywistość, jak mawia klasyk, ale wczorajsze gry uświadomiły mi, że żadną “standardową” talią daleko się nie zajedzie (no chyba że będą to Orki, o których już jest na forum poważna dyskusja w wątku Meta na Wrocław). Dlatego też postanowiłem pójść w stronę, w którą do tej pory nigdy nie poszedłem, pograć rasami, którymi do tej pory nie grałem, sprawdzić nowe możliwości, nowe karty, nowe pomysły na talię. Chyba oryginalność jest mimo wszystko kluczem do zwycięstwa, a jeśli nie, to przynajmniej do dobrej zabawy.

Na koniec filmik, który niedawno pokazał mi Arhra i – mimo że dotyczy Warhammer Fantasy Battle – z pewnością przywoła uśmiech na Wasze twarze.

Dark Elf Security Guard

 DESG

Boom! Miłego popołudnia!

Categories: Chaos, Dark Elf, Imperium, Meta, Ogólne, Testy talii | Tagi: , , , , | 1 komentarz

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.